niedziela, 24 maja 2015

Donosiciel

Najzupełniej nieoczekiwanie nastało lato. Nie zdążyłam nawet pochwalić się świeżo zakupionym malinowym, cienkim płaszczem. Upał wybuchł nagle i zalał gorącem całe miasto. Zaczął się wielki i wspaniały dzień, na który czekałam z niecierpliwością. Telefon dzwoni (mama dzwoni) "czy już się zaczęło". Otóż nie "zaczęło się", bo czekam na taksówkę. 
Jest naprawdę upalnie.

O mojej podróży z Sokratesem pisałam dokładnie roku temu. Po tym roku mam nieco więcej dystansu do tego, co się stało, kiedy dojechałam na miejsce.
Celem mojej podróży był piękny, wielki biało-czerwony pierścień, wybudowany specjalnie dla tych, co kopią piłkę na milion sposobów i oglądają ich miliony. Wokół pierścienia wylano beton (jasna sprawa), a wewnątrz pomalowano na modny szary kolor. Trafiłam na wydarzenie swoich marzeń, na Targi Książki. I powiedzmy to sobie szczerze, weszłam z plakietką autora (bez wstępnej opłaty!). Stolik był już przygotowany z nazwiskiem wydrukowanym na chwiejącej się kartce A4, pod spodem komentarz: "autor", a jeszcze niżej, w sumie od razu... "5 zł". Moją książkę objęła promocja. Nie było w sumie aż tak bardzo oczywiste, czy cena dotyczy książki, autora, czy GG. W sumie... wydawałoby się, że 5 zł i moja twarz wyglądają na tyle atrakcyjnie, że prawie każdy się zatrzyma, zainteresuje, lub nawet wyda monetę na książkę. Ale niestety twarzy tam było wiele - tych bardzo znanych i tych mniej, uśmiechniętych i zmęczonych tym niekończącym się uśmiechaniem do przechodniów.
Siedzę więc i się uśmiecham. Być twarzą swojej własnej książki - to jest coś! Mija pierwsze, najbardziej krępujące 15 min. Schodzą się tłumy, więc odruchowo (choć sama nie wiem skąd ten odruch) wyjmuję moje pióro. Ale niestety na przeciw siedzi Gwiazda i podpisuje swoje najnowsze kulinarne dzieło. W walce o podpisy, autografy i splendory wygrywa kotlet z Gwiazdą. Postanawiam się nie poddawać, zatem siedzę twardo dalej. 
Czas mija, a ja siedzę i błagam los, żeby przysłał kogoś życzliwego. Miały się pojawić moje amerykańskie koleżanki.
SĄ!
"Hej Grażyna! Gratulujemy!!!" - każda kupuje książkę po 5 zł. Jest to miłe, nawet bardzo miłe. Niesamowite jest to, że nie rozumieją ani słowa po polsku, a cieszą się ogromnie, że kupiły moją książkę.  
Dalsze czekanie staje się męczące i wykańczające. Klimatyzacja się chyba zalała niewidocznym deszczem, okna brak, dźwięków wokół jest po prostu za dużo. 
Żeby choć ktoś podszedł...
Minęła godzina. Podchodzi do mnie przemiła dziewczyna z kucykiem na głowie. Jest uśmiechnięta od ucha do ucha, zbliża się do mnie z kilkoma książkami pod ręką. Oczywiście już automatycznie sięgam po pióro. I nagle słyszę takie słowa:
"O, proszę pani, gdzie tu jest toaleta?"
Nie wiem co powiedzieć, odpowiadam bardzo szczerze.
"Nie wiem, jeszcze tam nie byłam, ciągle tu siedzę".
W odpowiedzi tylko niedowierzające mi "aaa..". Chcę się już zbierać. Telefon (mama) dzwoni "jak tam córeczko?", "oczywiście wszystko wspaniale, opowiem później bo nie mogę teraz rozmawiać, sama rozumiesz", "tak rozumiem" - odpowiada. I wiem, że ona naprawdę rozumie sytuację, każdy podtekst.
Zrezygnowana pakuję się, pakuję pióro, pakuję kilka książek dla znajomych. 
I właśnie wtedy podchodzą dwie Gwiazdki. Jedna duża w żółtej bluzce, druga nieco bardziej filigranowa w różowej. Ta pierwsza trzyma dyktafon, druga notatnik. 
-Dzień dobry. To Pani jest autorką tej książki? - pyta jedna bardzo pewnym tonem.
-Tak - to ja.
- To my kupimy tę książkę. - szukając pieniędzy dopytuje - ile? pięć złotych?
- Tak, 5 zł.
Otrzymuję pieniądze i koniecznie muszę podpisać, choć tym razem ktoś mnie o to (wreszcie) prosi. 
- My jesteśmy ze "Szkolnego Donosiciela". To taka nasza gazetka szkolna. Czy odpowie nam Pani na kilka pytań?
- Oczywiście, że tak.
No i rozmawiamy sobie o literaturze dla dzieci, o tym, co lubimy, czego nie, skąd jesteśmy...  Trwa to kilka chwil. 
- No dobrze - mówi ta duża, kopnięta przez różową. - To my poprosimy do Pani kontakt do autoryzacji wywiadu. Zgadza się Pani?

A kto by się nie zgodził?

Potem podchodzili już tylko koneserzy i ci zainteresowani "nowościami". Na szczęście nikt już więcej nie pytał o ustronne miejsce, a Szkolny Donosiciel... napisał list po kilku dniach.


Wróciłam do domu, telefon (mama) dzwoni.
"Tak, wszystko w najlepszym porządku" - bez zbędnych szczegółów.

WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO MOJEJ MAMIE