czwartek, 28 lipca 2016

Koło otwarte

Na ulicach centrum miasta - tłumy młodych ludzi. Ci młodzi przyjechali, przylecieli nieraz z końca świata, żeby być ze sobą w wierze. Łażą więc po ulicach, starówkach, kościołach, rynkach, muzeach, knajpach i koncertach. Na koncertach stoją tuż pod sceną i śpiewają, krzyczą, płaczą. Ich flagi powiewają, jest ich mnóstwo. Nagle, znalazł się tu cały świat.

Można stać z boku i przypatrywać się temu, jak kwitnie młodość - Młody Kościół, Kościół Odmłodniały. Czyli taki, którego serce nie dotknęła racjonalność, a głowy nie zaprzątają już emocje. Skoro tak, słowo "Młody" otworzę w poniższym tekście wielką literą. 

Młody to Kościół otwarty - zadbany, przyciągający Drugiego (nie: "innego") skinieniem głowy, dyskretnym zaproszeniem. Uśmiechnięty, radosny. Młody (Odmłodniały?) jest gotowy do działania, ale cały czas potrzebuje rady - jak działać sprawniej. 
Młody staje na ulicy w kole i śpiewa przy akompaniamencie dźwięków własnych rąk, łazi do późnej nocy po mieście, robi znak krzyża przed jedzeniem, wzruszy go najmniejszy gest. Nie boi się ciemności, więc wchodzi w nią, gdy tylko usłyszy, że ktoś go woła, mimo, że konsekwencje bywają bardzo bolesne (ale on jeszcze tego zwykle nie wie). 
I to właśnie Młody wychodzi i mówi, że chce mu się "w ogóle". Chce mu się tworzyć, jeszcze dokładnie nie wie co, ale chce... budować. W którą stronę dokładnie - ktoś starszy podpowie. Byle nie obśmiał pomysłu, nie zadrwił, tylko potraktował poważnie. Kiedy Młody zrobi to całkiem sam, wyjdzie banalnie, naiwnie, rzadko z szałem i błyskiem. Nie, pomyłka, błysk się właśnie pojawia. To trwałego blasku jeszcze nie ma. Czas na ostatni szlif jeszcze przyjdzie. 

Ten błysk, iskra wytryskuje jak fontanna pośród tłumu. Tłum ten idzie z gitarami, bongosami i prostymi instrumentami z drewna. W końcu staje w wypełnionym ludźmi kole. Ktoś w centrum koła trzyma ozłocony Krzyż, który widać z oddali. Krzyż rośnie (bo to "składak" - turystyczny), ma już ze trzy metry. Nie jest mu więc potrzebny żaden stołek, aby ktoś, kto go niesie, sam został wyniesiony. Po prostu Krzyż widzą wszyscy, którzy stoją w kole i pozostali, którzy do koła się (jeszcze?) nie dokleili. Każdy widzi "o co tam chodzi", wystarczy unieść głowę. 

Przyglądam się więc kto tam jest. Uroda tych twarzy wskazuje na ciepły, słoneczny zakątek świata - południowy, wielu jest ciemnoskórych. Ktoś kiwa do mnie, żebym dołączyła. Czy to naprawdę o mnie chodzi? Zastanawiam się jeszcze i myślę, że to... dziwne. Ja? w te tłumy? te głośne, rozśpiewane tłumy? Fajni są, ale czy ja tam pasuję? Sama nie wiem.
Myślę sobie, że może nadchodzi właśnie ten czas, kiedy trzeba uczyć się od tych, których kiedyś nawracaliśmy? My - chrześcijanie? Może idzie takie Chrześcijaństwo, o którym nam się jeszcze nie śniło (że na ziemi jest takie możliwe?), ale, na które mamy tak ogromną nadzieję. Być może czas mieć odwagę zadać sobie niewygodne i banalne pytania: czy potrafię porzucić smutek (że mój czas młodzieńczych śpiewów już minął), wstyd (że może to jednak nie ten etap ulicznych śpiewów) i po prostu od-młodzić swój Kościół? Odważyć się na odmianę w stronę rzeczywistego, owocującego Miłosierdzia?

Ten tłum, wspomniane koło potrzebuje każdego, kto nawet na niego nie spojrzy. Potrzebuje świeckiego, zwykłego człowieka, który się odważy, potrzebuje księdza, kardynała, papieża, matek, ojców. Potrzebuje tych, którzy cierpią, budowniczych, chorych, inżynierów, lekarzy, kelnerów, artystów, rzemieślników, sprzątaczek, prawników, bezrobotnych i producentów mebli. 


To idę, najwyżej stanę tylko obok. Ale bliżej.

środa, 29 czerwca 2016

Marzyciele


Chodzą po ulicach, do pracy, sklepu. Łażą po parkach, knajpach, plotkują z przyjaciółmi, pracują dużo. Wybierając się do kina dziesięć minut szukają kluczy i klną, jakby miało to coś zmienić. Podbijają świat co najmniej raz dziennie wstając do życia. 

Rozmawiasz z nimi jakby nic się nie stało, bo nic nie wiesz. A kiedy się dowiadujesz, krążysz. Jak owad prowadzony instynktem, wyczuwając cień zagrożenia, chaotycznie i na oślep zmieniasz kierunek. Wstrzymanie oddechu, błyskawiczny zwrot, zmiana tematu - byle nie wybuchło. Albo bezradne spuszczenie wzroku - „no bo co powiedzieć?”. Tragedia.
No tak, tragedia. 
Smutek i żal już były. Może jeszcze są, może pobędą jakiś czas. Ale silniejsze od nich jest coś, co chyba nawet nie wygląda.

Nie żyć stratą, ale wyobraźnią. Marzeniem. 

Ten, kogo mijasz w poczuciu, że „nie należy przeszkadzać” idzie sam, ale to wrażenie zarezerwowane tylko dla Przypadkowych.
Tuż obok niego wędruje Marzenie. Nie widać go, ale jak przyjrzysz się, to zobaczysz. Marzenie to, czy Wspomnienie? - pytam. Jednak Marzenie. To drugie tylko zagląda do przeszłości, a rzecz nie w odświeżaniu „byłego”, a zwykłym (świętym) życiu.  

Marzenie rośnie z każdym dniem, wzorem tych Widocznych, spełnionych Marzeń, które słyszysz, widzisz, spierasz się z nimi. Marzenie rozwija się najlepiej, jak potrafi, dojrzewa, trzyma za rękę. Nie pyta, nie smuci się, nie ma kłopotów, żeby nie przedobrzyć z obecnością. 
Marzenie jest obecne coraz bardziej i bardziej - dyskretnie i elegancko. Po cichu się uśmiecha w trudnej chwili. I nie dopuszcza złego. 

Marzyciele żyją sobie, nawet nie wiesz, jak i wielu.
Pewnie przed chwilą, gdzieś na świecie któryś się obudził.



środa, 18 maja 2016

Brzydale

To był dość podły ekobar. Swąd spalonego jarmużu dusił kelnerki, ale, że mieszał się z aromatem najlepszej kawy w mieście, dawał się znieść. Do tego wszystkich stałych bywalców łączyła filozofia lęku przed mordowaniem. Grzecznie więc martwili się, że jarmuż przypalony, ale ostatecznie dobrze, że nie muszą wdychać spalonego kawałka zwierzęcia. Uff.

Kelnerka uwijała się niezgrabnie i niespecjalnie widziała w tym problem. Zgodna ze swoim wewnętrznym głosem, którego słuchała z uwagą, pracowała bardziej tak, jak chciała, niż powinna. Przecież nic nie powinna, a jak ktoś uważa inaczej, to powinien to w sobie przepracować i już.

Ekobar systematycznie wypełniali wygłodniali okularnicy w szerokich spodniach i obcisłych bluzkach - wszyscy "inni", "odbiegający", co poniektórzy nawet może "wykluczeni". Posadzeni w jednym rzędzie, tworzyliby równy świat, którego pragną ponad wszystko. Równy z równym, równa równemu, równy równej - wszystko wyrównuje się niepostrzeżenie, wszyscy równo mówią sobie "ty".

Obok przy stoliku usiedli inni od tych innych. Jedzą jarmuż, ale odcięci od zapachów i hałasu, nie czują, że ekojarmuż zwęglony.
Oboje ubrani jak na egzamin. Ona w bladoróżowej bluzce z kołnierzykiem i czarnej, niezdecydowanej czy opinać, czy nie opinać ud, spódnicy prezentowała się raczej marnie. Brak makijażu, włosy spięte klamrą i niedbały przedziałek tylko prosiły o dopełnienie jakimś pryszczem. Ale pryszcza nie było. Chłopak w czarnej marynarce ciągle ocierał pot z czoła. W zasadzie co pomyślał, to chwytał się za głowę.
Ich telefony schowane gdzieś na dnie plecaków nie przeszkadzały w rozmowie, mimo, że jarmuż jedli całe dwie godziny. Ona zalotnie kiwała głową i spuszczała wzrok, on na to łapał się za głowę. Od czasu do czasu uśmiali się razem, pomachali rękoma tłumacząc nieważne cokolwiek.
Z początku rozmowę zakłócała kelnerka, przeciskając się między stolikami, ale po godzinie już omijała ich stolik, zdając sobie sprawę z tego, że sytuacja jest beznadziejna. Deseru tutaj nie będzie, pójdą do parku.

Wstali, nie przerywając rozmowy. Może rozmawiali o pałacu w Wilanowie, może o molekułach, może o marzeniach? Nikomu z pewnością spalona kapusta nie smakowała tak, jak im.
W końcu Ona przerzuciła czarną torebkę przez ramię, on otworzył drzwi. I poszli sobie. Po prostu, wyszli niezauważenie.

Zostały po nich dwa puste miejsca, które każdy chciał zająć jak najprędzej.


sobota, 26 marca 2016

Kościół zmarwychwstaje

cóż się pytam co się dzieje
wszystko stworzenie truchleje.

W Wielką Sobotę wydaje się, że wszystko już się stało. Bierzesz życie w swoje ręce, wątpliwości stają się sprzymierzeńcem w dążeniu do prawdy, mimo, że dane Ci było ją poznać. A co jeśli to wszystko było nieprawdą? Przecież nic się nie dzieje? A na dodatek nie ma kontroli - Chrystus już nie stanie fizycznie obok i nie powie „jak”. No nie powie. 
Ale nie zostawił przecież człowieka na rozstaju dróg, nie opuścił go, tylko chce być obecny uświęcając poziomość jego drogi. 

Może właśnie Wielka Sobota jest tym dniem, w którym powinniśmy pytać siebie o Kościół, o swoje w nim miejsce. Jakiego Kościoła chcemy, czyli czego wymagamy od siebie (!). Od nikogo innego właśnie, bez żadnych warunków. Po Wielkim Czwartku wiemy przecież, że w relacji z Bogiem każdy z nas jest zupełnie sam - nie można liczyć, że ktokolwiek stanie między nami pomagając lub przeszkadzając. W czekaniu i modlitwie żadna relacja nie pomoże. To jest właśnie ten dramat, którego Jezus świadomy był przed, a uczniowie dopiero po spełnieniu proroctwa.
No więc co jesteś w stanie dać z siebie? Czy w ogóle chcesz? Dlaczego nie chcesz? Odpowiedź pierwsza brzmi - nie, bo popatrz co to za ludzie. Co oni robią? To hipokryci, a ja się brzydzę hipokryzji, tego całego przepych, kłamstwa, zła. Wolę już ten mój pogodny pragmatyzm.
A jeśli Kościół będzie wspólnotą idealnych i przykładnych, skromnych, to wtedy wstąpisz? 
Uśmiech.
Przecież wiemy, że w ogóle nie o to chodzi. 

W Kościele, jakkolwiek to zabrzmi, w ogóle nie chodzi o moralność, styl życia, wielodzietną rodzinę i choinkę na święta. To nie moralność jest istotą chrześcijaństwa, mimo, że tak często stoi na sztandarach religijności. Z powodzeniem można postępować nienagannie w imię ateizmu i innych „izmów”, nie ma co do tego wątpliwości. 
„W Kościele chodzi o miłość” - słyszymy. Ale… w imię Chrystusa i to jest właśnie najtrudniejsze. Próbujemy podążać drogą Miłości Chrystusa codziennie narażając się na sromotną klęskę. Bo upadek na tej prostej jest nieunikniony. Na tym właśnie polega dramatyczna sytuacja człowieka. Musi nieustannie się podnosić - nie tylko ze względu na upadek moralny. Upadamy, bo nie w każde miejsce życia wpuszczamy Łaskę Chrystusową, bo przestajemy ufać Jemu, a za bardzo ufamy samym sobie. A kiedy nie wychodzi, to albo się biczujemy do krwi, albo bez skruchy przechodzimy nad porażką do porządku dziennego.

Kościół jest wspólnotą tych, którzy chcą. To samo „chcenie” już jest gotowością do podjęcia wysiłku (co najważniejsze) w nie swoje imię. Nie jesteśmy Bogami i dlatego wysiłku często nie podejmujemy, albo ponosimy porażkę. Czasem wzajemnie się podnosimy, podamy rękę, upiększymy codzienność. Niestety, skaczemy sobie do gardeł, bo wydaje nam się, że wiemy lepiej. I może dobrze nawet, że skaczemy, bo to objaw żywych emocji… 
Słowa ks. Tischnera o tym, że ważniejszy od Kościoła jest człowiek wręcz unaoczniają to, jak ważny dla wspólnoty jest indywidualny byt - jego wybory, poczucie odpowiedzialności, myślenie, wiara. Kościół jest dokładnie taki, jacy jesteśmy my. Gdyby nie my, to nie Kościół - nie tylko hierarchia, ale MY, czyli ja, ty, on, ona. Ale, uwaga, powiada filozof - biada temu, kto całą nadzieję pokłada w człowieku…

Dzisiaj w Kościele dzieje się coś absolutnie wyjątkowego, choć jestem przekonana, że i przewidywalnego, oczekiwanego przez wielkich Duchownych Kościoła. Mam tu na myśli choćby papieża Benedykta XVI.
Kiedy czytam o działaniach papieża Franciszka i reakcjach na nie członków Kościoła właśnie, od razu mam przed oczami obraz z przypowieści o synu marnotrawnym. Papież Franciszek wychodzi do tych, którzy od wspólnoty odeszli. Jest fantastyczną, medialną postacią, od której bije skromność, dobro i prawda. Do tego mówi zrozumiale, jakby był Duchem „naszych” czasów. Przyciąga jak magnes sceptyków, krytyków Kościoła, którzy coraz częściej wypowiadają się na jego temat. 
Syn marnotrawny  powraca, wyprawiamy ucztę. Przełamujemy schemat „złego krytyka Kościoła”.
Ale jest i drugi syn - wierny, pracowity. Buntuje się na samą myśl o tym, że ukochany ojciec nigdy go nie docenił, nie okazał takiej radości z powodu jego obecności. Buntuje się i krzyczy, wydaje mu się, że wie lepiej, co jest właściwe. 
Ale nie wie przecież. Gdyby iść drogą wiernego syna i zacząć liczyć na ucztę, to na nic to wszystko. Kościół umarłby prędzej niż nam się wydaje, a Papież stałby się zwykłym prezydentem, politykiem, a może nawet despotą. Niełatwo jest jednak słuchać krytyki zewnętrznego obserwatora, bo można odnieść wrażenie, że krytyk wchodzi we wspólnotę, bo wreszcie stworzono dla niego warunki. To boli pracowitego i wiernego. Trudno się dziwić, ale z pewnością ból minie.
Nadchodzi więc czas, żeby obaj synowie siedli wspólnie przed grobem Chrystusowym i wspólnie wyczekiwali Światła Zmartwychwstania, wspólnie ucztowali, wspólnie pracowali. Niestety, ci sami będą go wspólnie krzyżować i wyprą się go przy pierwszej lepszej okazji, a może nawet sprzedadzą za luksus życia poza dramatem. 
Mimo wszystko, czekajmy na przybysza głodnego (żeby nakarmić), spragnionego (żeby dać mu pić) i nagiego (żeby go przyodziać).


Ludzkie siły absolutnie tego nie obejmą. Człowieka, który uważa, że „to wszystko” to pragmatyka i, że sam poradzi sobie z życiem, rozczaruje prędzej czy później własne działanie. Kilka razy się uda, ale sił w końcu zabraknie. Kościołowi może zabraknąć tylko (?) wiary, nadziei i miłości. 

niedziela, 14 lutego 2016

Między innymi

Świątynię zdobiły odrestaurowane freski, rzeźby, obrazy świętych, przebogate kryształowe żyrandole. Zawieszone babcinymi rękoma różańce w bocznym ołtarzu, aż piszczały z niedopasowania do eleganckiej architektury. Piszczały, ale nikt zdjąć ich nie miał sumienia.
W ciszy, ławki zaczęli wypełniać wierni. Nikt się nie witał, ani nie uśmiechnął. Kamienna, poważna cisza. Zwróceni twarzą w stronę głównego ołtarza cierpliwie wyczekiwali pieśni na wejście. 
Stały, przewidywalny porządek modlitwy, przez lata praktykowany, dawał jej poczucie stałej, był jakimś punktem odniesienia. Choćby krytycznym. Może dlatego w ogóle tam weszła?

Podeszła do przednich ławek, tylne były już dostatecznie wypełnione. W pierwszej siedział tylko jeden mężczyzna. Nawet nie zwrócił uwagi, że chciała usiąść, wpatrzony wprzód.
- Przepraszam - powiedziała, a on odskoczył. Jakby wystraszony, przywołany do porządku. Najpierw zobaczyła jego wielkie oczy wydzierające się spod krzaczastych brwi, potem dopiero szarą, nieco spuchłą twarz, gołębią kurtkę. W dłoniach kurczowo trzymał sfatygowaną czarną, wełnianą czapkę. Przesunął się prędko i poprawił siwiejącą czuprynę, a potem wąsa. Wyczuła jakąś niepotrzebną nerwowość, ale poddała się ciszy i oczekiwaniu. 
Zabrzmiały pierwsze dźwięki pieśni, potem modlitwa, śpiew, klęczenie, "moja wina". 
"No moja. I to wielka" - gorzko mruknęła do samej siebie. Rzadko zresztą tak świadomie wypowiadała te słowa. Msza, jak zwykle miała momenty uwagi i odpływania w stronę własnych myśli, codziennych sprawi słynnego "ile mam jutro do zrobienia".

Tuż przed kazaniem dosiadł się młody chłopak. Buzia jak z obrazka, płaszcz i szal - jak z żurnala.
Siedzieli we troje, każdy ze swoimi myślami i intencjami. Patrząc w jedną stronę przeszli przez przydługawą homilię, mylącego się raz po raz organistę, przez klęczenie, stanie, siedzenie. Czasem bardzo uduchowione, ale nie do końca idealne i medytujące. 

I wreszcie nastąpił ten moment pęknięcia, przełamania. Wyraźnie spojrzeli sobie w oczy - serdecznie, normalnie, z godnością i dobrą intencją. Ściskając ręce, darowali uśmiech. O, jeszcze ta pani w tej wielkiej czapie, i gość obok niej. Ktoś ją trącił z tyłu i podał rękę, więc skoro się już odwróciła, to sama wyciągnęła do kilkorga osób, które stały w pobliżu. Każdy z nich wyciągał rękę bez wahania. Nikt ich o to nie prosił, nikt nie zmusił. Nie czeka ich za to nic spektakularnego.
Wyciągając swoją dłoń przełamali się sami i nie w swoim imieniu. Że nie w swoim - może jeszcze nie do końca są tego świadomi. 

Podczas osobistej modlitwy zapadła się w swoje myśli, a tymczasem organista rozpoczął śpiew. Czy wcześniej naprawdę tego nie słyszała? Próbując zostać niewidzialną zakrywała siłą umysłu swoje oczy i uszy - jak dziecko krzyczące "nie ma mnie". Ale była - stała tam  i słyszała wszystko. 
Gość w szarej kurtce usiłował dobić głosem do melodii kantora, ale udawało mu się to może co piąty dźwięk. Jego osobista melodia brzmiała za to bardzo logicznie, bez skrępowania, ale też cienia pychy snuła się gdzieś w pomiędzy. Chłopak z prawej śpiewał tak samo nienagannie, jak się prezentował. Zawodzącą babkę w przydużej czapie słyszało pół kościoła.
W końcu i ona się dołączyła. To nic, że ledwo dochodziły do jej własnych uszu słowa, które wyśpiewywała. Z początku było to drażniące, ale nie zdobyła się na zatkanie uszu, żeby lepiej słyszeć siebie. Pieśń wielu głosów już w powtórce refrenu zgrała się w niekształtną całość, która dzięki swojej nieforemności tak uważnie sunęła do przodu, z wersu na wers coraz odważniej, lepiej, sprawniej. Poczuła jakiegoś rodzaju satysfakcję, radość, może nawet akceptację? Tak, chyba poczuła, że znalazła swoje miejsce - między innymi. 
Śpiewała, jak umiała, oni też. 

Po wszystkim zapadła cisza przerywana szuraniem butów o posadzkę. Znów, ktoś komuś coś podał, bez komentarza. 

Z rosnącej szczeliny otwieranych drzwi przebił się promień światła. Otulił ją ciepłem, weszła weń i znalazła się w codziennym gwarze. Gdzieś ktoś grał na gitarze, to przejechał tramwaj, złośnik trąbnął odruchowo. Była znów między innymi. 

poniedziałek, 8 lutego 2016

co to jest improwizacja?

Jako pierwsza pytanie „co to improwizacja” zadała mi pytanie Pani, która uczyła mnie „elementarza” tej sztuki. Podziwiam ją, jak dzielnie znosiła moje poszukiwania dominant w każdej tonacji „do czterech znaków” oraz jak bardzo lubiła wszystkie trzaski w drewniane skrzydło fortepianu.
Cóż mogłam wówczas odpowiedzieć, jako piętnastolatka mniej, lub bardziej uczciwie ćwicząca wykonawstwo fortepianowe? Każda odpowiedź wydawała mi się pusta i bezsensowna. Na próbach definicji upłynęło nam w sumie wiele lat, bo nieustannie powracałyśmy do istoty tego, czym się wspólnie zajmujemy. Improwizowałyśmy grając, gadając o sztuce, śmiejąc się w różnych rejestrach, czasem stawiając koślawo palce na klawiaturze. Nigdzie indziej nie było wolno. 
Improwizowanie zażądało uwolnienia się. 

Na tak zwanych lekcjach najmniej istotny był efekt, ważny był za to proces - to, na ile świadomie podążam za swoim wyobrażeniem, myślą, chęcią., uważność w słuchaniu tego, co robię - w naszych (moich) improwizacjach absolutnie wszystko było ważne. Nawet to, co nieistotne. Okazywało się, że nawet najgłupszy, skręcający ucho zgrzyt, stanowił element bez którego improwizacja nie obyłaby się. Potem dało się grać same zgrzyty i też było pięknie. Wszystko zaskakiwało i (nie zawaham się) budowało osobowość. 

Akceptacja. 
Radość. Smutek. Zaskoczenie. 
Opowiadanie. 
Poznawanie. 
Odkrywanie. 
Myślenie. Niemyślenie. 
Milczenie.

Wybrnięcie z sytuacji.
Coś z niczego -
przełomowe lub bez sensu (jeszcze?).


Improwizacja.

sobota, 6 lutego 2016

bezsiłka

Bezsiła dotknęła najdotkliwiej, jak umiała.
Zaczęło się.
Zapominanie słów, rozsypywanie inspirujących myśli bez porządku i kierunku, zachwyt spętany smutnym powątpiewaniem - żeby nie rozochocił przypadkiem. Pozostało ratowanie spacerem na przekór. Jak nie pomaga, to jeszcze jeden. I jeszcze.

Spacerowanie, myślenie, proces, spacerowanie, brak myśli, powrót myśli. To jak pielgrzymka w intencji utrzymania się przy ziemi - rozpaczliwe szukanie gruntu pod stopami. Żmudne, męczące i smutne. Jakże nasze.
A wydawałoby się, że to takie piękne wędrowanie. No tak, piękne... Słońce głaszcze swoim blaskiem, wokół życie nie ogląda się na nikogo i idzie dalej. Idzie tam, dokąd je prowadzą chęci, a nawet one wędrują ostatkiem sił.
Naprawdę nie?

Bezsiła rozochaca się i podnieca. Jak wojownik zdobywa coraz więcej, lepiej, wcale nie szybciej, za to skutecznie. Strategia dla każdego ta sama - "tylko konsekwentnie".
To pasożyt. Istnieje tylko dlatego, że zabiera. Gdyby nie było czegoś do zawłaszczenia, nie byłoby jej.

Dobrze byłoby, gdyby wreszcie zrozumiała, że nikt specjalnie jej o nic nie prosi. Nikt jej nie chce. Odpocząć można w spokoju, a nie udręce.
Niech więc pójdzie sobie i nie zawraca głowy.
Nie da się przekupić, ani przechytrzyć, oszukać.

Idź sobie.