Jej ciało stoi pośród świata czując przepływ i przenikanie myśli. W jednym momencie jest tu, teraz, tam, przedtem i potem. Przeszłość przeplata się z otwartą na Nowe teraźniejszością. Jedność poziomu z pionem ogarnia i wypełnia jej otwarte serce.
Jeszcze nie wiadomo co dalej. Czy "dalej" w ogóle ma prawo zaistnieć w takich okolicznościach?
Jeszcze nie wiadomo co dalej. Czy "dalej" w ogóle ma prawo zaistnieć w takich okolicznościach?
Zapadła noc.
Ciemna, dająca wytchnienie i odpoczynek, czarna. Źrenica dnia otwiera przestrzeń do zerkania w swoją duszę, odbija w najczulszym punkcie obrazy jasności. W sennych marzeniach przed-stawia i ze-stawia przeszłe z przyszłym w aktualnym „tu i teraz”. Pod powiekami toczy się bój o pierwszeństwo jasności nad ciemnością i nadziei nad otchłanią wątpliwości.
Z pozoru spokojną i nieznoszącą sprzeciwu czerń zaskakuje jej własne wyobrażenie. Oto w nieskończonym repertuarze myśli pojawia się fantazja rozpraszająca towarzyszącą jej dotąd szarość wątpliwości. Na chwilę cały świat staje się czarno-jasny, czarno-biały? - fantastycznie skontrastowany. Wreszcie. Oto ona, czarna smukła postać (może tylko jej cień?) rozpoczyna swój taniec życia. Wśród blasku jasności swobodnie i elegancko się obraca, z lekkością przeskakuje przeszkody i wciąż zmierza do przodu. Do przodu, do przodu i jeszcze dalej, by w końcu odbić się od największego kamienia i w nieracjonalnym locie kręcić piruety zachwytu nad tym, co dane jej doświadczyć. Włosy, piegi, ręce, sukienka – harmonijnie poddają się magii unoszenia nad rzeczywistością. Każde odbicie od gruntu niesie ją wzwyż, a z chwilą kolejnego uniesienia dziwi ją, że nigdy przedtem nie pomyślała o tym, że w tańcu można frunąć, oderwać się.
"Popatrz, przecież to takie proste" - mówi do siebie.
Ten niesamowity stan wszechogarniającego przejęcia nosi w sobie coś z zachwytu i przełamania. Porusza ją delikatnie, nie nachalnie. Jednak przenika jej duszę niczym przeciskający się strumień światła przez ledwo niewidoczną rysę, by za chwilę w pełni tryumfować jasnością. Światło w swojej klarowności nie jest niczym niezwykłym, ale staje się takie od razu, kiedy trafia w serce, wprawiając je w drganie dyskretnym gestem. Stąd tak poruszający poranek – triumf dnia nad ciemnością, przełamanie czerni dyskretnym zawołaniem słońca. Albo słup światła na obrazie martwej natury, nagła zmiana trybu - na jaśniejący, w beznadziejnie melancholijnym utworze. Zmiana dokonuje się w samym środku, nie przychodzi z zewnątrz, a jedynie daje o sobie delikatnie znać. Przemienia.
Wzruszenie.
Wybudzona z przedziwnego transu, z tańca uniesień, przejrzała. Jak każdego poranka, oddała się jeszcze chwili celebry krótkotrwałego stanu po-między. Jeszcze nie weszła w dzień, nie zeszła na ziemię, ale oddaliła się od sennych marzeń przyćmiewających toporność rzeczywistego świata. Leżąc w łóżku wtulona w poduszkę i ogrzaną ciałem kołdrę patrzyła w jeden punkt. Mając naraz otwarte oczy, przymykała je na to, co wprawiało ją w szarość. Oddawała się jeszcze pobrzmiewaniu rytmu sennego tańca, trwała w nim aż do ostatniej słyszalnej nuty.
Czarno-białość odeszła, a pozostała jedynie nieśmiała otwartość. Nie wiadomo, co przyniesie ta - podobno - jasna pora.
Ciemna zapowiedziała dobre.
Ciemna zapowiedziała dobre.