Tekst dedykuję mojej Siostrze Oli,
mojej Mamie
oraz znanej Pisarce - Agnieszce Lis
Bywa, że po prostu nie można się zebrać. Wszystko nie tak.
W głowie kwitnące "co by było gdyby" ściga się z "przecież mogłam to już zrobić ze sto razy". Lista nieodrobionych zajęć życiowych ciągnie się bez końca, ale jeden plan zostanie zrealizowany.
Napiszę TO.
Jest już wszystko. Pomysł wpadł rano, więc nie ma się o co martwić. Kubek z herbatą już czeka, zapisane drobne kartki, zapalona lampka i ulubiony głos w tle.
Ani słowa.
Kartka główna bielą piszczy. Jęczy, stęka i marudzi. Nie da się tego słuchać w spokoju.
Na dodatek herbata wystygła.
Trzeba iść po kawę.
Człowiek zwany Autorem idzie po kawę nie do kelnera, tylko do kuchni.
Autor nastawia wodę w czajniku.
Wody brak, czajnik jakby przypalony. A zatem? Trzeba otworzyć go, wlać weń wodę, zamknąć, postawić na elektrycznym podpalaczu, włączyć "on" i czekać, czekać.
Następnie, otworzyć szafkę, odnaleźć właściwy kubek (a nigdy nie nie wiadomo, czy w kropki, czy w paski) i nie zmienić zdania. W przeciwnym wypadku proces powtarzamy (zmiana zdania to proces twórczy).
Nadal nic nie przełamuje jęku bieli.
Wyjście na herbatę przywołuje na myśl proces kuchenny.
Nastawić wodę, czajnik jakby przypalony, otworzyć szafkę, nowy kubek... Tylko herbata - zielona, czarna, czy czerwona?
Dla kartki nie ma to najmniejszego znaczenia.
Może, gdyby sama się czegoś napiła, byłoby jej łatwiej przyjmować moje słowa?
"Przestań jęczeć, Pustoto! O! Wredoto największa! Głodna męk człowieczych!".
Chwycenie za głowę, mętne spojrzenie za okno z kubkiem gładkim, tak, jak robią aktorzy, gdy grają proces myślowy, nie pomagają.
Odchodzę. Na zawsze odchodzę!
Na kanapkę z pomidorem.
SÓL!
Podczas solenia dzwoni telefon. To Gośka.
- Co robisz?
- Piszę - odpowiedź ledwo wyszła zza zaciśniętych zębów.
- O! Świetnie. A zamieścisz dziś?
- No pewnie! Tak! - ochota na pogryzienie słuchawki powstrzymana. To nowy telefon. - Wiesz co... no... wiesz - wykręcam się - muszę kończyć. Sama rozumiesz.
- Jasne, pa. Nie przeszkadzam
- No, pa, kochana.
Od tych kłamstw autor głodnieje.
Kanapka? Nie, już była. Może orzeszki?
Otworzyć szafkę, sprawdzić.
Nie ma orzeszków. Pożeracz zjadł wszystkie.
Iść po nie?
Nie, nie, przecież piszę. Może jabłko?
Krojone?
Modlitwa.
"Żeby tu jakiś redaktor nakrzyczał, nastraszył potrąceniem z pensji" - co ja w ogóle opowiadam?!
A może soczku?
Sms, mail (niejeden), garść szybkich wiadomości, plotek od Kaśki. Na deser ważna rozmowa z Magdą, która ma zawsze ważny i nie cierpiący zwłoki problem. Tym razem (jak zwykle) "rzeczywiście" ważny.
Ciało Autora nie wytrzymało nadmiaru trunków i złożyło kilkugodzinny pokłon kartce zalanej potokiem słów, potrwa to do rana.