wtorek, 21 stycznia 2014

Babcia Tereska

Będzie o mojej cudownej Babci. Teresie. Babci, która nie umiała gotować (bardzo Cię Babciu przepraszam, ale to prawda, wybacz!), śpiewała chętnie i bez przerwy... fałszująco, kobiecie cichej, cierpliwej, umiejącej z czegoś zrezygnować, ale kiedy trzeba - zrobić "po swojemu". Babciu - dedykuję Tobie nazwę mojego bloga.

W jednej z audycji radiowych redaktor pytał słuchaczy dzisiaj o "niezwykłe babcie". Każdego wnuka i wnuczkę wypytywał, czy babcia mówiła coś o seksie, co mówiła o dziadku. Pytanie trochę żenujące - tak jakby sex stał się sprawą publiczną... Moja babcia o sexie nigdy nie mówiła, ale o dziadku zawsze w zaszklonych oczach. Nie było mi dane poznać Go osobiście, umarł krótko przed moim przyjściem na świat. Babcia kochała Dziadka nad życie - jestem tego pewna. To od niej dowiedziałam się, że "płakać po kimś można zawsze, niezależnie ile czasu upłynęło od jego odejścia". Kochała jego pedantyczny porządek, jego pracowitość, a on do niej, podobno, zwracał się nie inaczej, jak "Teresinka". Byli więc razem: "Marysinek i Teresinka", nawet jako dziadkowie...

Nie będąc ekscentryczką, ani nie posiadając duszy szaleńca, odkryła, że dla wielkiej miłości jest w stanie zaprzeczyć swojemu dotychczasowemu życiu. Babcia zakochała się w Marianie, który nie pochodził z rodziny o silnych, bogatych, inteligenckich korzeniach. Babcia za to mieszkała w przedwojennej kamienicy na pierwszym piętrze... Rodzice ulokowali ją w zakonie, miała się modlić i modlić (zapewne, żeby "Marysinek" wywietrzał jej z głowy i, żeby spokojnie cierpiąc, zapewniła łaski dla całej rodziny...). Babcia jednak w czasie nowicjatu, któregoś dnia po prostu z Marysinkiem... zwiała. Poszła za nim w niełatwą codzienność, na przekór wszystkim przeciwnościom. Oczywiście w rodzinie krąży już historia, jak Dziadek łapał ją skaczącą z okna (oczywiście celnie Babcia trafiła w jego ramiona). Inna wersja jest "prześcieradłowa". Babcia miała zrobić sobie warkocz z prześcieradeł zakonnych, po którym wydostała się z zimnego zakonu wprost w objęcia Dziadka, oczywiście pod osłoną nocy i przy blasku księżyca:). Wiał okropny wiatr, padał deszcz, a ona niesiona na skrzydłach miłości uciekała do Marysinka. Po prostu jestem dumna z takiej Babci! Jedno jest pewne - jak już w te objęcia wpadła, to już nigdy w inne się nie rzuciła. Ani Dziadek innych szukać nie chciał.

Babcia Tereska miała piegi i piękne, grube włosy. Wcale nie była chuda i nadmiernie wylewna, za to nigdy nie zwracała mi uwagi. Nie słyszałam od niej "nie wolno", słyszałam za to "nie musisz tak robić". Pamiętam to doskonale. Dzisiaj myślę sobie, że była po prostu mistrzynią wybijania z głowy durnych pomysłów.
Babcia snuła czasem wizje przyszłego świata. To od niej dowiedziałam się, że "już nie długo (to było w latach osiemdziesiątych!!!)  będziemy, Grażynko, rozmawiać ze sobą telefonicznie widząc swoje buzie". Jak widać, wizja Babci się sprawdziła, szkoda, że nie potrafiła jej zrealizować. Najprawdopodobniej mogłabym się wtedy zająć sprawami istotniejszymi niż zarabianie na chleb...

Babcia nosiła obrączkę do śmierci. Nie pozwoliła zapomnieć o Dziadku. Przy grobie miała swoją ławeczkę, dzięki której mogła zawsze ze swoim Marysinkiem spokojnie pomilczeć.

Dzisiaj myślę o niej szczególnie i tęsknię. Mam nadzieję, że w niebie jest w tym samym sektorze, co Dziadek... Chociaż i tak by sobie poradziła - po swojemu!

niedziela, 12 stycznia 2014

Kultura-lektura???

Wszystkie książki klasyków polskich zostały w domu rodzinnym. Właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że nie mam nawet połówki "Pana Tadeusza". Przez internet jakoś nie umiem czytać takich pozycji. Chciałabym mieć książkę w ręce. Dotknąć, powąchać, celebrować ten moment obcowania z dziełem. Być może nawet dobrze się składa? Przynajmniej zadbam o osobistą bibliotekę! Super!

Wyruszyłam na łowy dzieł Mickiewicza w puszczając się w "shoppingową", sobotnią dżunglę. Trudno inaczej nazwać księgarnie sieciowe, w których prędzej kupisz kawę, ciastko i książkę o tym, jak zabawiać dziecko podczas gotowania, niż literaturę, tzn. Literaturę.  Nie sądziłam jednak, że zdobycie dzieł Adama graniczy z cudem. Dodam, że akcja dzieje się w Warszawie, w centrum Warszawy - stolicy Polski, centrum życia kulturalnego, w zagłębiu teatrów, nocnego życia, mekki artystów polskich. Ach!

W pierwszej kolejności weszłam do 3 lub 4ro piętrowego sklepu sieciowego, w którym można kupić bądź zamówić tak zwane "wszystko co kojarzy się z kulturą".
Na próżno szukałam Adasia na półce zatytułowanej "Literatura (!) Polska". Znalazłam tam natomiast opasłe tomiska książkowej wersji polskich seriali, np. "M jak Miłość", wyznania, spowiedzi i biografie znanych polskich celebrytek - mniam! Ale Adama jak był, tak go nie ma. Półki z literaturą litewską nie było...
Udałam się do punku "info", grzecznie odstałam swoje i na pytanie "gdzie znajdę dzieła Mickiewicza?" usłyszałam "zaraz sprawdzę.....yyyyyy....... w lekturach szkolnych proszę sprawdzić. Skręci pani tu w lewo, tam w prawo, pójdzie Pani do końca prosto i przy "fantasy" jeszcze raz w lewo. To będzie przy półce z grami komputerowymi". "No dobrze, pomyślałam".
Idę.
Skręcam, zakręcam, wykręcam, czuję się jak dziwak wpuszczony do labiryntu. Perspektywa zakupu "Grażyny" i "Dziadów" była tak zachęcająca, że byłam w stanie pokonać każdy zakręt. Uff, dotarłam w rytmie "Last Christmas", nieśmiertelnie zabawiającej klientów od początku grudnia do końca stycznia...
Na półce z lekturami szkolnymi masa książek. W tym Harry Potter oczywiście obecny (aż dziwne, bo był bez opracowania! Czysta forma!). Patrzę pod "M.", jest! Jest "Pan Tadeusz" w pięknym wydaniu z cudownymi ilustracjami, waży chyba z 3 kg. Myślę sobie "kupię chrześniakowi", ale.... jest po kaszubsku... Po polsku, jakby to powiedzieć... "nie ma takiego numeru".
Kolejny "Pan Tadeusz" tylko w opracowaniu i wersji "light" czyli z przykładowymi rozprawkami, ale ja bym chciała "Dzieła zebrane" lub coś w tym rodzaju, bez rozprawek, bez 20sto zdaniowych, gimnazjalnych wypowiedzi... Nie udało się. Trudno.

Wybrałam się więc do innej filii tej samej sieciowej księgarni. Już nie szukałam niczego sama. Postanowiłam zasięgnąć "info".
"Dzień dobry. Gdzie mają Państwo dzieła Mickiewicza?"- uprzejmy Pan powiedział, że zaraz odszuka w systemie. No to czekam. Czekam.
"Adama?"-zapytał!!! Może jestem jakąś ignorantką, ale nazwisko "Mickiewicz" kojarzy mi się tylko z Adamem, poetą, wieszczem, artystą, może mniej, ale jednak filozofem. W każdym razie: "TAK, ADAMA!".
"Oj, proszę Pani. Mickiewicza Adama mamy tylko "Ulubione wiersze babci", "Wiersze na dobranoc" i "Pana Tadeusza" (w opracowaniu szkolnym)". Totalny blamaż. Katastrofa. Ale może Mickiewicz pisywał wiersze dla babci? Kto wie? Poszłam zobaczyć, ale okazało się, że to była cienka książeczka z kolorowymi ilustracjami i wierszami czołowych polskich poetów kojarzonych z dziećmi wśród których na ostatnich stronach znalazł się wiersz znany z podstawówki o tych, co siedzieli i palili "lulki".

Kolejne dwie wizyty w sieciówce okazały się podobną porażką, więc został tylko antykwariat lub internet. Czy ja nie mogę normalnie wydanego dzieła Mickiewicza? Klasyka,  któremu niejeden profesor w tym kraju zawdzięcza karierę naukową???

Udałam się w kierunku przystanku autobusowego i beznamiętnie gapiąc się na migające witryny sklepowe "wszystko -50%, brzydziej podane, a nowe bardzo drogie" ujrzałam SKŁAD TANICH KSIĄŻEK. Weszłam beznamiętnie i tak samo zapytałam o Adama. Pan na szczęście nie pytał czy chodzi mi o Adama, Tadeusza, czy innego "Dżona", tylko wskazał półkę, na której znalazłam tanie wydanie bez opracowania, w twardej oprawie WSZYSTKICH DZIEŁ Mickiewicza. Mało tego! Był też cały Żeromski, Słowacki, Prus Bolesław, a także skrawki Herberta! Żaden tom dzieł zebranych Adama nie przekroczył magicznej ceny 15zł.! Czyli kultura w sam raz na kieszeń polskiego nauczyciela! Hura!

Kupiłam trzy tomy i wychodząc ze sklepu czułam się tak szczęśliwa, jak dawno już się nie czułam. Nie potrafię jednak zrozumieć tego, dlaczego musiałam wykonać w ogóle wysiłek w zdobyciu klasycznej literatury polskiej. Czy to ma jakiś sens? A może tylko ja nie mam tych książek w domu, bo wszyscy je wcześniej wykupili? Kto wie, dlaczego...

PROJEKT MICKIEWICZ - "DZIADOWSKA POKUTA"

Mam pierwsze w życiu poważne postanowienie noworoczne. W tym roku przekroczę próg trzydziestego roku życia i chcę nadać temu jakiś głębszy sens. Sens kulturalny. Być może okaże się czymś jeszcze głębszym?

Zacznę od tego, że 12 lat temu, idąc na maturę z języka polskiego nie przeczytałam III cz. "Dziadów" A. Mickiewicza. Co za wyznanie... Śmieszne. Kto by się przejmował, że nie doczytał lektury szkolnej? Obawiam się, że nie byłam jedyna. Nie zdążyłam nadrobić tej lektury w klasie maturalnej, a wówczas, kiedy ją omawialiśmy, a nasza Pani zachwycała się formą, językiem, sensem i klasą autora, ja po prostu nie dałam rady. Było to dla mnie za trudne. Dramat wydawał mi się bełkotem, bezsensem i stratą czasu. Musiałam w tym czasie ćwiczyć na fortepianie, albo przygotowywać się do sprawdzianów i kartkówek z biologii, chemii... "Zdziadziałego" Mickiewicza rzuciłam w kąt i tyle.

Dzisiaj ogarnął mnie jakiś głód kontekstów, głód korzeni? Nie wiem jak to do końca nazwać. Po prostu spłynęła na mnie myśl i potrzeba nadrobienia tej zaległości. Chyba nie do końca jednak samoistnie, bo poważnym impulsem było moje spotkanie z pewną fantastyczną malarką, która wyznała mi, że 2014 to jej osobisty rok... Herberta. Zastrzegła sobie, że to jest "jej" Herbert, więc skoro "jej Herbert", to... "mój Mickiewicz"! W szkole nie przestudiowaliśmy całej twórczości Wieszcza, a ja mam do odprawienia "dziadowską pokutę". Warunki idealne. W dodatku Adam stworzył moje imię, więc, chyba należy się znajomość jego twórczości? Postanowiłam więc, że 2014 będzie moim osobistym rokiem ADAMA MICKIEWICZA. Mam nadzieję, że wytrwam i uda mi się poznać twórczość artysty, filozofa, społecznika, indywidualisty. Za 10 miesięcy przekroczę trzydziestkę z dwoma fakultetami na karku i chyba nie wypada bez... "Dziadów". Kto może niech się dołączy!