czwartek, 9 października 2014

Korzeń

Ciężki, masywny, rozrośnięty, zwykle pogmatwany i wcale nieregularny. Trzyma konstrukcję od lat, od setek lat w jednym miejscu. Nie pozwala na nadmierne wychylenia, na pochopną przesadność. Potrafi utrzymać pion, a nawet znaleźć schronienie potrzebującemu - w sobie samym. 
O jego masie świadczy głupi i głuchy pień, za sens służy słodki i dojrzały owoc otoczony sezonowo zmieniającymi się liśćmi. Niektóre z nich zmarszczą się między snopkami siana, zachowując swój zapach, nawet kolor - zachowując swój sens, podczas kiedy inne zwyczajnie skwaśnieją po upadku. Za sprawą przypadku uległy silniejszemu podmuchowi wiatru... 
Większa część rozwinie swoje dalsze życie ponownie zaczynając historię od gorzkiego ziarna, które, zgodnie z nauką, ma paść na żyzną glebę.

Najpierw snuje delikatną nić i przebija nią toporną ziemię. Mocna, wytrwała, spójna osobowość ziemi staje przeciw kruchej, zziębniętej pionierce. Niteczce. Nic więcej. 
Jak kret szuka drogi do spokoju i bezpieczeństwa, intuicyjnie tropi zapach własnego domostwa, własnych dźwięków, znanego kodu wszechrzeczy. 

Mały korzeniek. Nic takiego. 

Próbowałam się kiedyś z nim rozprawić.
Najlepiej poszło z tym głupim i tępym pniem. Wydawał się mocny i hardy, ale kilka wprawnych ruchów pozwoliło na oderwanie. Owoce pokulały w swoją stronę. 
Owoce, owocki - są albo nie ma.
Ale nie da się i nie można tykać korzenia, skoro dalej drąży cierpliwie ziemię. Nie gruby pień, 
a smukłe pionierki w niewidzialnych rękawicach chronią przed wiatrem tak zwaną "koronę". I niosą życiodajny pokarm. Dodają sił, szukają ducha, nie boją się, że coś nie wyjdzie. 



Ujrzeć swój korzeń... 
Taki chudy, pogmatwany, mocno poplątany
Ale swój własny 
I zrozumieć skąd i po co, jak, dlaczego 

Nic takiego.





środa, 8 października 2014

Nowy

Zaczyna się pięknie, niewinnie i z pełnią miłości. Nowego i bezbronnego należy głaskać i trzeba oswajać. Mawiają, że głaskanie jest dobre tylko na początku, oswajanie pouczające.
Tak mówią, gdy Nowy się zjawia. Skaczą, krzyczą, płaczą. Świat wydaje się przepięknym 
i odplamionym z win, kiedy pojawia się Nowy. Nowy wymaga energii płynącej z zewnątrz, siły głaszczącego i gumowych granic. Może się rozwijać. Kwitnie.

Wzrasta w okolicznościach, warunkach, nakazach. Jak roślinie, Nowemu przycinają skrzydła, żeby (podobno) szybciej rosły. Nowy zyskuje więc formę, by łatwiej go wpleść w tak zwane "pomiędzy". 
Nowy określa swoją kondycję, uczy się jak stawiać kroki, jak nie chwiać się więcej. Stawia granice tej kondycji i mówi "dalej nie mogę", lub "chcę więcej" i wiele innych zdań wykrzykuje do samego siebie. 
W końcu przyjdzie dzień na Nowszego. Trzeba będzie i dla niego znaleźć miejsce. Prościej poruszać się w przestrzeni, w której wszystko ma określone (swoje?) miejsce.

Któregoś dnia Nowy staje się Starym - znanym i przewidywalnym. Skrzydeł już nie podcinają, rosnąć już się nie da.

Stary Nowym jednak pozostanie dopóty, dopóki... pamięta.







piątek, 3 października 2014

Błogie '90te - Doris

Jak każda szanująca się dziesięciolatka, pewna mała pianistka w dwóch warkoczach, która wolała pisać pamiętnik niż ćwiczyć gamy, miała pieska. Piesek, fortepian, gruby dywan i biznesmen pod  jednym dachem - śmiali się wątpliwi przyjaciele. To właśnie kolejny obraz lat błogich i pięknych, czyli 90-tych. Wtedy również wspomniana pianistka uczyła się tego, że marzenia są po to, by je spełniać, a fantazjowanie - żeby je tworzyć. Nie do końca jednak wiadomo jakie będą... konsekwencje spełnionych marzeń. Ale tego można dowiedzieć się tylko je realizując. 

Posiadanie psa w miejskiej rodzinie wiązało się z czymś więcej niż z podawaniem karmy z pierwszych telewizyjnych reklam i wyprowadzaniem na wybetonowane ścieżki parku. Obecność psa była znakiem nowoczesności, bogatej emocjonalności, pokoju i harmonii. I być może cały czas pokutuje w miejskich rodzinach myślenie bardzo szlacheckie i szlachetne zarazem. Oto ktoś, kto psa posiada i o niego uchodzi za tego, którego stać na uczucia wyższe, refleksję i wreszcie stać go na spacer w środku dnia. W dodatku dzieci rozwijają się harmonijnie. W rodzinie, w której nie ma psa zwykle jest cicho, a kiedy atmosfera bywa napięta, nie ma kto przyjaźnie zaszczekać, więc szczeka on i ona i tak dalej. Bez psa jest sterylnie - matka zamiast czyścić dywany w szale i bez opamiętania, czyści paznokcie, co nie jest już tak przyjemne dla oka ojca. Nic nie pałęta się pod nogami, zegar tyka głośno jak u babci i nikt nie robi słodkiej awantury o spacer.

W mojej rodzinie psa nie było. Była suka. Miała cztery nogi, złotą mordkę i miejskie, długie paznokcie. Miała na imię Doris.
To ja sprowadziłam ją do domu.

Jak?

Jako najmłodsza i najbardziej wyzwolona, postanowiłam spełniać marzenia mojego uciskanego, starszego rodzeństwa. Dotąd wszyscy tylko marzyli o psie. Żyjąca w cieniu marzeń Kaśki, Ali i Marcina i wiecznie powtarzanym zdaniu "A! Wtedy, no wtedy... No Ciebie to jeszcze na świecie WTEDY nie było!" postanowiłam skutecznie działać. Nie mogłam już więcej słuchać wspomnień zabiegania o psa. Moja siostra Kaśka, kiedy była mała (czyli taka jaką ja na wieczne "zawsze" pozostanę) trzymała balon przy łóżku z napisem "REX - KRÓL PSÓW", co okazało się nieskuteczne. Nie pomagały negocjacje Marcina, ani płacz lokowatej i złotowłosej Alicji (Ali).
W końcu marzenia o psie poszły w odstawkę. Ale nikt nie spodziewał się, że w ich realizacji pomoże... szkoła.
Wtedy akurat czytaliśmy o tym, co "jeździł koleją" i samotnie odjeżdżał patrząc wstecz tęsknym i mokrym okiem. Ponieważ w '90-tych czytało się lektury od początku do końca, ja też postanowiłam załatwić sprawę skutecznie. I oczywiście pomogły mi w tym mokre oczy. Ale nie moje!

Opowiadanie i wariacje na temat dbania o "czworonogiego Przyjaciela" (duże "P", a co!), podawania wody, aby nigdy nie był spragniony, wyprowadzania na dalekie spacery i prowadzenia z nim długich rozmów ("bo ja nie mam przyjaciela...") okazały się tak poruszające, że po trzech tygodniach do domu trafiła Doris.
Miał być duży, najlepiej długowłosy pies. Przywieźli małą czarną sukę, ze złotymi plamkami na łapach, na pocieszenie... W książeczce stało "DORIS" i tak już zostało.  
Tylko, że nikt (czyli ja!) nie przewidział, że Doris naprawdę regularnie musi wychodzić, skoro miskę ma wciąż pełną wody, a już w ogóle nie było do przewidzenia, że... Doris jest stuknięta i wymaga psychiatry.

Zachowywała się jak spuszczona ze smyczy. Na spacer trzeba ją było ciągnąć, albo zanosić - dosłownie nosić na rękach. Zanim jednak dochodziło do pertraktacji w sprawie spaceru, Doris musiała się wykrzyczeć. Wychodziła z pięknej kamienicy i z całej siły obwieszczała światu, że ma go za nic. Szczekała i biegała za swoim ogonem jednocześnie. Agresywny szczek odstraszał wszystkich, więc z głowy miałam wszystkie potencjalne zagrożenia, jakie mogą spotkać dziewczynkę, która wychodzi na spacer do parku. Ciągnięcie na spacer szalonego, nie wiadomo na co szczekającego psa z pewnością nie było tym, czego oczekiwałam, ale na spacer wyjść trzeba było i kropka. Miał być piękny, duży, sprawny Lessie, a była suka rasy polującej, która odstraszyłaby każdego niedźwiedzia. Z pewnością moja szlachetna rodzina, gdyby liczyła na Doris podczas polowań, cierpiałaby głód... 

Tymczasem ciągnęłam czarnego woła na nowoczesnej smyczy, którą oczywiście kupiliśmy w nowo otwartym zoologicznym.
Zwykle podczas spaceru nagle coś jej przeskakiwało w tym psim mózgu i zaczynała biegać po parku tempem lamparta: za piłką, za zapachem, za facetem, za czymkolwiek. A ja za nią.
Czasem chodziłyśmy zupełnie spokojnie po świeżym śniegu i opowiadałam jej o tym, jak serdecznie nie znoszę ćwiczyć, jak ciągle słyszę, że robię "za mało", że "mogłabym, a jakoś nie zrobiłam" i tak dalej i tak dalej. I zawsze źle, a potem nagle dobrze. 
Doris słuchała i nie słuchała jednocześnie. I nigdy nie szczekała na mnie, kiedy marudziłam. A marudziłam bez końca. Bawiłyśmy się piłką z początku niepewnie i niechętnie. W końcu jej bezczelny ryjek wydał mi się najładniejszym ryjkiem świata. Powoli zauważałam, że jej sierść się mieni, a jej złote plamki na czarnym tle są regularne i śliczne. Namawiałam mamę, żeby kupiła jej psie czekoladki, aż w końcu chodziliśmy wszyscy ciągnąc Doris do parku. Cała nasza rodzina z psem przyklejonym do miejskiego bruku...

Przechodnie oglądali się za nami i myśleli sobie zapewne, co chcieli. A my chodziliśmy sobie z Doris tak, jak chcieliśmy, mając za nic drwiące spojrzenia. Trudno - nie był to Lessi z pociągu, ani nawet kundel bury, tak zwany "fajny pies". 

To była piękna wariatka, dzięki której chodziliśmy razem, a ja nie zwariowałam do końca.