Gorączka grudniowego szału samodzielnie i bez pytania weszła do jej mieszkania.
To już ten stan, kiedy najlepiej po prostu wyjść z domu.
Wstaje z łóżka bo MUSI. Szuka budzika, bo dzwoni zupełnie jak ten dzwon, który jest nie wiadomo gdzie. Podczas poszukiwań potyka się o książkę, potem o gazetę, którą czytała tydzień temu. Mało brakowało, złamałaby nogę ślizgając się na folii, na której suszy obraz za, ma nadzieję, miliony dolarów.
Robi sobie kawę i strąca kubek z cholerą w tle.
To koniec.
Koniec kolejnego kubka z meblowego fast-fooda.
No i koniec chleba - wzdycha. Więc bawi się w wegankę typu anty-pszenica. Szuka garnka, żeby ugotować kaszę i nastawia ten cudowny posiłek na elektryczny ogień.
Pranie krzyczy, ledwo otwarty list śmieje się z niej, bo czeka od wczoraj na lekturę. Żelazko zakurzone, kotki w rogu miauczą złośliwie.
Nie wiadomo gdzie jest początek i koniec mieszkania, ale ona wie dokładnie gdzie jest.
Strona sto pięćdziesiąta ósma. Zostało jeszcze osiemdziesiąt trzy.
piątek, 9 stycznia 2015
wtorek, 6 stycznia 2015
błogie '90 - spacer z Bożeną
Do szkoły poszłam, gdy miałam siedem lat. Podstawówka zabierała dziecku wówczas osiem wiosen, a ewentualne liceum, kolejne cztery. Słowo "egzamin" brzmiało poważnie i nikt nie śmiał lekceważyć tego kluczowego, jakby się mogło wydawać, wydarzenia w życiu. Matura? Tylko raz. No chyba, że kogoś czekała poprawka.
Moja pierwsza wychowawczyni miała na imię Bożena. Wyglądała raczej na Bożen(k)ę, statystycznie wzorową uczennicę. Nasza Pani miała czerwony długopis i czarne szpilki z kokardką, oczywiście były to lakierki. Nosiła też bluzki z żabotem i czarne sweterki w towarzystwie których, tandetna kokarda z brokatem we włosach prezentowała się nadzwyczaj stylowo. I tak, jak my, była po prostu bardzo mała. Pasowaliśmy do siebie doskonale: mała Bożenka i małe dzieci.
Pierwszego dnia oprowadziła nas po naszej (!) wielkiej szkole, Tysiąclatce. Wszystko był "nasze" - nasza szkoła, nasza Pani, nasza klasa, nasz dziennik. Używaliśmy tych sformułowań jak imienia, czegoś co nas definiowało jak uczniów. Wszyscy starsi też mówili, że to wszystko "nasze".
Ciekawe, tak wejść i bez specjalnego aktu zdobyczy mówić "to nasze", nie tworząc jeszcze żadnej wspólnoty, żadnych zasad. NASZE jest i tyle. Ten brak definicji, zasad i "naszość" bez tożsamości, bez specjalnych zobowiązań pozwalały nam więc smarować po ławkach długopisem, a niektórym również na wyrzucanie szkolnego (naszego!) mienia za okno.
Korytarze Tysiąclatki były dla mnie tak samo szare na każdym piętrze. Trudno było zauważyć różnicę między piętrem nr 1, a nr 3. Granitowa, twarda podłoga, zimna i śliska, wzbudzała jakieś dziwne poczucie wstrętu, lęku, ale i dumy. Do dziś trudno mi zrozumieć to, że już jako tak mała dziewczynka miałam w sobie dumę. Może dlatego, że każdy siedmiolatek chciał chodzić do szkoły? Może dlatego, że niczym nie rozproszeni po prostu dumni byliśmy z tego, że możemy iść dalej (Po tym obrzydliwym korytarzu)? A może dlatego, że dumą jest być jak starsi...
Pani Bożenka swoim skrzeczącym głosem szła pierwsza w szeregu i pokazywała nam szkołę. Mówiła "Po prawej okna i nie wolno siadać na parapecie, a po lewej sale, w których się CO dzieci?" "uuuuuczyyyymyyyy" muczeliśmy zgodnie jak cielęta. "A czego?" i sama udzielała odpowiedzi wymieniając przedmioty, o których nie miałam pojęcia.
A za tymi oknami było ogromne, betonowe boisko. Wielki plac, na którym zbieraliśmy się "na apel". Miejsce prób i błędów społecznych, patelnia konfrontacji z ewentualnym wrogiem, miejsce schadzek plotkarek i "męskich ustaleń". Wtedy jeszcze nie było to dla mnie oczywiste - do czego służy boisko.
Pod szkolnym sufitem odpoczywały wisielce z opadłymi skrzydłami. Mowa o paprociach w białych, plastikowych doniczkach, z których zwykle ciekła woda. Zapamiętałam je dokładnie. Te smętne, opadłe, zielone gałęzie bardzo pasowały do ogólnego wystroju szkoły. Były zmęczone od rana do wieczora.
Na końcu korytarza były toalety "na lewo dziewczynki, na prawo chłopcy". Dochodząc do nich już wiedziałam, że nigdy tam nie wejdę. Potrzeby lepiej załatwiać rano na zapas i po powrocie ze szkoły. Sprawa jasna, lekcja szybka.
Nasza szkoła, nasza szkoła ukochana...
Za to w auli z zieloną kotarą i białym napisem z białych, papierowych literek "WITAJ SZKOŁO!!!" stało coś, co nadało sens tym korytarzom, paprociom, toaletom, przedmiotom i Bożence.
Tam było prawdziwe, trochę uszkodzone pianino. Marzenie.
Podeszłam, żeby sprawdzić, jakie wydaje z siebie dźwięki, ale nie dało się otworzyć.
Pianino było na kłódkę.
"Dzieci, siadamy" syknęła Bożenka. Rozpoczęliśmy pierwszy powitalny, szkolny apel. I to była tylko próba przed tym wieeeeelkim aaaaapeeeeeleeeem "boiskowym".
piątek, 2 stycznia 2015
BIEDNA NARZECZONA
- Kto chce? Kto chce Narzeczoną? - jakiś głos echem obija się o kupiecką prowizorkę. Jest tu, zaraz tam, leci tam. Płynie tam, gdzie dają więcej.
Wraca z niczym.
- No? Kto chce? Kto chce Narzeczoną? - Kupiec wychodzi zza lady.
Bazar ciągle głuchy.
Kupiec czesze włosy, przegląda książki o tym, jak zachęcać. Piszą, że trzeba mieć czyste buty, więc szlifuje je z dokładnością mordercy. Doskonale zaciera ślady po brudnej podłodze. Czyścioszek.
W końcu staje przed ladą. Wychodzi do ludzi tak, jak każą w książkach i jest serdeczny.
- Mam do sprzedania, moi drodzy, moi KOCHANI coś niezwykłego! Wspaniałego! Egzemplarz niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju! - i kłania się byle komu.
Znów zaczesuje błyszczące włosy, a chusteczką ściera na wszelki wypadek pył z modnych butów. Nie poddaje się ani na moment.
Bazar nic nie słyszy.
- Towar ładny! Nie pożałujesz Pan! - zaczepia wyglądających na bogaczy.
W końcu podchodzi jakiś Przystojniak w granacie i złotych guzikach.
- Co Ty właściwie chcesz sprzedać, chłystku? - pyta.
- Coś specjalnego!
- No co? Pokaż! - i pomachał palcami przed nosem kupca odchylając głowę wielkopańskim gestem.
Kupiec odsłonił plastikową kotarę. Z nerwów przełknął ślinę.
Stała za nią jakaś Zjawa.
Miała bose stopy, chude nogi, piękne, delikatne stopy. Jedwabna sukienka w mdłym kolorze powiewała w zgodzie z melodią wiatru. Ale była podarta. Trudno było to zauważyć, ale była. Kupiec pomalował jej twarz. Zielone oczy i głębokie spojrzenie zakrył ciężar sztucznych rzęs. Różowe policzki i złoty puder przykryły oznaki przemarznięcia. Trzęsła się na tym targu.
Nikt tego nie widział?
Kupiec oglądał ją z bliska i z daleka. Nie spodobały mu się włosy, bo "nieokiełznane".
- Będzie zniżka - Syknął kupiec. W książce pisali, żeby odwracać uwagę. Krzyknął od razu - Ona ma WSZYSTKO!
- To znaczy co? - roześmiał się Przystojniak. On też umiał czytać.
- Wszelki atrybut nowoczesności - zaciera ręce.
- O! A to ciekawe... - Przystojniak podrapał się po głowie - "Atrybut nowoczesności" powtarzał w myślach.
- Proszę spojrzeć! - Kupiec otworzył jej walizkę. Chciał ją dodać za darmo do zakupu. - O! Niech Pan patrzy! - Wyjmuje bez zażenowania. - Puder z zagranicy, umiejętności zza oceanu, temperament jaki Pan zechcesz. Książka... jakaś gruba. Te stare bibeloty pomogę Panu sprzedać.
- Jest coś jeszcze?
- Nie, nie ma.
- Ona w ogóle coś umie?
- A jakże! Niech pan spojrzy!
Zjawa nagle ożyła. Na zawołanie zapłakała, to zaśmiała się, zatańczyła. Potrafiła śpiewać, biegać w miejscu i powtarzać słowa w zawrotnym tempie, dokładnie i z odpowiednim akcentem.
"Błyskotliwa jest" - powiadają inni
"Ładna nawet" - zachwalają.
"Mądra?" - zapytał łysy z wąsem.
Bazar zamilkł, Kupiec nie wiedział co odpowiedzieć.
- Głupia dosyć. Ale nie odbiega od reszty. Gdy trzeba, jest lepsza. Zobaczcie, jaka modna, jaka uśmiechnięta!
Bazar zaakceptował zjawę mimo, że uśmiechała się tylko na zawołanie.
- Do pracy zdolna? - zapytał Przystojniak ze złotymi guzikami.
- Jak najbardziej, drogi Panie!
- Nie wiem sam... - zamyślił się. - Wygląda na pesymistkę.
- Pesymistkę? A czy Panu to odpowiada?
- Nie.
- Nie, no przecież to optymistka! Optymizm w ciele żywym! - roześmiał się jak "równy gość".
Przystojniak poklepał kupca po ramieniu. Kupiec zniósł to, choć nienawidził tego z całego serca. Sam dałby mu w twarz, ale nie mógł. Musiał sprzedać. To od Przystojniaka zależało jego "jutro".
Zjawa stała sama. Zielone oczy błagały o siłę, o spokój i odrobinę godności. Do tej pory myślała, że godność jest, lub jej nie ma. Kiedy jednak stanęła za plastikową kotarą, zapragnęła chociaż jej odrobiny. Marzyła, żeby to się wreszcie skończyło, z pogardą patrzyła na tych, którzy rozważali zakup.
"Biorę" z ust Przystojniaka zabrzmiało wulgarnie. Nie płacąc całości odszedł. Głupi Kupiec nie przeliczył kolorowych banknotów. Uwierzył obcemu, bo nie doczytał książki do ostatniego zdania. Głupi.
Zjawa wyszła jak królowa, tanecznym, dumnym krokiem. Ale co z tego?
Upadła tak żałośnie, że aż Kupcowi zrobiło się jakoś... żal? Nie miała siły wstać.
Przystojniak to przewidział. Realizował tylko swój plan.
Wziął więc jej walizkę, a od jedwabnej sukni odciął fragment materiału - na chustkę. Sprawdził jak pachnie jej puder, bo ta wiedza jest na wagę złota.
Teraz ma już wszystko.
W końcu Przystojniak kazał jej wstać, więc wstała,
Kupiec nie mógł już nic zrobić. Przecież ją sprzedał. Sprzedał Narzeczoną.
A podobno ją kochał. Podobno zrobiłby dla niej bezgraniczne i lekkomyślne "wszystko". Może zapomniał, co miał na myśli, gdy powtarzał to słowo po tysiąckroć?
- Panie! Zapomnijmy o tym! - krzyczał! - Ja nie chciałem żebyś ją kupił! To MOJA Narzeczona!
- Ale ja jej nie chcę sprzedać, chłystku! - krzyknął Przystojniak z oddali.
Było już za późno.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)