wtorek, 6 stycznia 2015

błogie '90 - spacer z Bożeną

Do szkoły poszłam, gdy miałam siedem lat. Podstawówka zabierała dziecku wówczas osiem wiosen, a ewentualne liceum, kolejne cztery. Słowo "egzamin" brzmiało poważnie i nikt nie śmiał lekceważyć tego kluczowego, jakby się mogło wydawać, wydarzenia w życiu. Matura? Tylko raz. No chyba, że kogoś czekała poprawka.

Moja pierwsza wychowawczyni miała na imię Bożena. Wyglądała raczej na Bożen(k)ę, statystycznie wzorową uczennicę. Nasza Pani miała czerwony długopis i czarne szpilki z kokardką, oczywiście były to lakierki. Nosiła też bluzki z żabotem i czarne sweterki w towarzystwie których, tandetna kokarda z brokatem we włosach prezentowała się nadzwyczaj stylowo. I tak, jak my, była po prostu bardzo mała. Pasowaliśmy do siebie doskonale: mała Bożenka i małe dzieci.
Pierwszego dnia oprowadziła nas po naszej (!) wielkiej szkole, Tysiąclatce. Wszystko był "nasze" - nasza szkoła, nasza Pani, nasza klasa, nasz dziennik. Używaliśmy tych sformułowań jak imienia, czegoś co nas definiowało jak uczniów. Wszyscy starsi też mówili, że to wszystko "nasze".
Ciekawe, tak wejść i bez specjalnego aktu zdobyczy mówić "to nasze", nie tworząc jeszcze żadnej wspólnoty, żadnych zasad. NASZE jest i tyle. Ten brak definicji, zasad i "naszość" bez tożsamości, bez specjalnych zobowiązań pozwalały nam więc smarować po ławkach długopisem, a niektórym również na wyrzucanie szkolnego  (naszego!) mienia za okno.

Korytarze Tysiąclatki były dla mnie tak samo szare na każdym piętrze. Trudno było zauważyć różnicę między piętrem nr 1, a nr 3. Granitowa, twarda podłoga, zimna i śliska, wzbudzała jakieś dziwne poczucie wstrętu, lęku, ale i dumy. Do dziś trudno mi zrozumieć to, że już jako tak mała dziewczynka miałam w sobie dumę. Może dlatego, że każdy siedmiolatek chciał chodzić do szkoły? Może dlatego, że niczym nie rozproszeni po prostu dumni byliśmy z tego, że możemy iść dalej (Po tym obrzydliwym korytarzu)? A może dlatego, że dumą jest być jak starsi...

Pani Bożenka swoim skrzeczącym głosem szła pierwsza w szeregu i pokazywała nam szkołę. Mówiła "Po prawej okna i nie wolno siadać na parapecie, a po lewej sale, w których się CO dzieci?" "uuuuuczyyyymyyyy" muczeliśmy zgodnie jak cielęta. "A czego?" i sama udzielała odpowiedzi wymieniając przedmioty, o których nie miałam pojęcia.
A za tymi oknami było ogromne, betonowe boisko. Wielki plac, na którym zbieraliśmy się "na apel". Miejsce prób i błędów społecznych, patelnia konfrontacji z ewentualnym wrogiem, miejsce schadzek plotkarek i "męskich ustaleń". Wtedy jeszcze nie było to dla mnie oczywiste - do czego służy boisko.

Pod szkolnym sufitem odpoczywały wisielce z opadłymi skrzydłami. Mowa o paprociach w białych, plastikowych doniczkach, z których zwykle ciekła woda. Zapamiętałam je dokładnie. Te smętne, opadłe, zielone gałęzie bardzo pasowały do ogólnego wystroju szkoły. Były zmęczone od rana do wieczora.
Na końcu korytarza były toalety "na lewo dziewczynki, na prawo chłopcy". Dochodząc do nich już wiedziałam, że nigdy tam nie wejdę. Potrzeby lepiej załatwiać rano na zapas i po powrocie ze szkoły. Sprawa jasna, lekcja szybka.

Nasza szkoła, nasza szkoła ukochana...

Za to w auli z zieloną kotarą i białym napisem z białych, papierowych literek "WITAJ SZKOŁO!!!" stało coś, co nadało sens tym korytarzom, paprociom, toaletom, przedmiotom i Bożence.
Tam było prawdziwe, trochę uszkodzone pianino. Marzenie.
Podeszłam, żeby sprawdzić, jakie wydaje z siebie dźwięki, ale nie dało się otworzyć.
Pianino było na kłódkę.
"Dzieci, siadamy" syknęła Bożenka. Rozpoczęliśmy pierwszy powitalny, szkolny apel. I to była tylko próba przed tym wieeeeelkim aaaaapeeeeeleeeem "boiskowym".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz