Szliśmy we czwartek, prawdopodobnie pójdziemy i za rok. Tak samo pewne, że ktoś odpuści sobie tę wędrówkę, jest to, że ktoś inny (akurat) do niej dołączy. Kto wie jak będzie…
A jednak „coraz mniej nas w tym tłumie”, „kiedyś to te procesje były dłuższe i jakoś wszyscy szli” - mówią trochę z pretensją, trochę w „świętym” oburzeniu. Tylko na co i dlaczego to oburzenie?
Co tak naprawdę się dzieje z nami, trzydziestolatkami - tymi, którym nie brak nadziei i sił (na sukces), tylko wiary może niezbyt wiele?
Banalne?
Banalne?
Młodych twarzy wypatruję w tłumie jak czterolistnej koniczyny. Tak, znajduję, bo jestem szczęściarą, ale na pierwszy rzut oka widać, że jest nas niewielu. Czy musi być tak mało? Czy tylko wtedy przynoszą szczęście?
Czy za 20/30 lat będzie szła nas garstka, a przed nami tłumy nowych, młodych, pięciolistnych i odwróci się znany nam dziś porządek wędrówki? Gdyby było czterolistnych mnóstwo, kto by w ogóle zwrócił na nie uwagę? Czy przyniosłyby tzw. „szczęście”?
A może ich niewielka ilość nadaje sens pozostałym - trzylistnym?
Czy za 20/30 lat będzie szła nas garstka, a przed nami tłumy nowych, młodych, pięciolistnych i odwróci się znany nam dziś porządek wędrówki? Gdyby było czterolistnych mnóstwo, kto by w ogóle zwrócił na nie uwagę? Czy przyniosłyby tzw. „szczęście”?
A może ich niewielka ilość nadaje sens pozostałym - trzylistnym?
Nie, nie, u czwartkowych wędrowców nie chodzi o nadanie sensu. On jest w Tajemnicy. Mnie chodzi o Kościół - o nic innego jak o ciągłość, tożsamość, znaczenie. Bo niewielu nas - czterolistnych w tej wędrówce.
Dlaczego więc tak się dzieje? Czy to lęk zjada przed ewentualnym doświadczeniem kiczu? Wstydzimy się tego, że mamy iść za kimś i do tego jeszcze śpiewać? A może nie do końca wiemy ZA KIM ta wędrówka? Czasem zapewne nie chcemy się utożsamiać z przypadkowym sąsiadem, który właśnie pisze sms-a, dziewczyną, która idzie w klapkach i krótkiej spódniczce, przepychającej się babci - głosem i łokciami. Przy tym myśli raz fruną do słów pieśni i Ewangelii, by jeszcze prędzej dołączyć do tych o własnych zadaniach, ambicjach i lodach, które kupimy po procesji.
Nas, pielgrzymów jest na tyle dużo, że… i tak idziemy, mimo wszystko.
I Chwała Bogu. Tylko kto powędruje za 20 lat?
Idziemy ulicą, jeden za drugim i obok drugiego. Właśnie Zniecierpliwiony za kółkiem trąbnął, bo nie wytrzymuje już tych dziesiątek procesji w mieście. Zakłócają realizację jego planu - dojechać na spotkanie do centrum. Trudno pomyśleć, co, trąbiąc, ma w tej chwili w głowie - on jeden, istotnie, przeciw „u drzwi Twoich stoję, Panie”.
A kto u tych drzwi, Panie, stoi i czeka na zmiłowanie? Czy musimy/powinniśmy chcieć tego zmiłowania? Czy mamy na nie czekać, żeby otrzymać? Czy możemy na nie zapracować?
Kierowca nadal trąbi, a ja w złości zaciskam chusteczkę, żeby opanować gniew. Wszyscy potrzebujemy tego zmiłowania, dokładnie wszyscy, zebrani w jednym miejscu - na drodze.
Na początku idą dzieci w bieli, od najmniejszych do najstarszych, najwyższych. Dziewczynki sypią kolorowe płatki kwiatów - zwykłych polnych i tych pięknych, równiuteńkich z kwiaciarni. Jest mnóstwo płatków ukochanych, czerwcowych piwonii. Większość z dzieci nie wie, co się tak naprawdę dzieje, intensywnie skupiają się na tym, by wystarczyło płatków do końca. Ale i tak najmłodsze śpią na ramionach matek już przy drugim ołtarzu. Droga wydaje się daleka i męcząca. Wśród nich idzie wysoka, chuda dziewczyna, porusza niekształtnie. Tuż obok, dyskretnie towarzyszy jej mama - Cień. Wstając z kolan po wywyższeniu podciąga kolanówki córce, bo nieznośnie spadają z tych chudych i dzielnych nóg. Córkę (może nawet nastoletnią?) niezmiennie zachwycają fruwające płatki. Mogłaby je sypać i sypać cały dzień.
Tuż za nią idzie Ciało Boże, niesione w złocie, na rękach. Towarzyszą Mu hierarchowie i wierni… zwyczajnie.
Ciągle wyprzedza mnie jakaś starsza pani. Jedna trąci łokciem, druga podeprze się o mój łokieć, trzecia wyprzedzi melodię kantora, dzięki czemu nadążam ze słowami. Jeszcze któraś, przygotowana do podjęcia wysiłku, dyskretnie popija wodę. Obok mnie, po lewej stronie idzie starszy Pan prowadzony przez syna za rękę, z laską. Nie mniej zmęczony i stary syn podaje ojcu chustkę do otarcia czoła. Nie śpiewają, bo pewnie nie słyszą co śpiewamy - idą dalej w swoim wspólnym tempie. Płacz dziecka w wózku staje się nie do zniesienia.
Już przestało mi przeszkadzać, że dziewczyny idące przede mną klapią klapkami i ciągle sprawdzają coś w telefonie. Rozglądając się na lewo i prawo i podśmiechują się nie wiadomo z czego. Tuż obok pielgrzymuje elegancka para ze śpiącym dzieckiem. Za mną staruszkowie idą za rękę, jak para nastolatków, mrucząc pieśni pod nosem. Gdzieś mignie inna, znana na całą parafię „wzorowa rodzina” i kilkoro, prawie niewidocznych samotników - ale tych jest naprawdę niewielu.
Pozornie, prywatnie nic nas nie łączy - nie znamy się przecież. Nawet na „znak pokoju” czasem boimy się, wstydzimy się uścisnąć serdecznie rękę. A jednak idziemy razem, w jednym kierunku, w sumie bardzo niekształtnie, rozproszenie, prawie nie zwracając na siebie uwagi. W tej pielgrzymce łączy nas śpiew. To on niesie modlitwę, troski i nadzieje. Bez tej Pani, która zna po 15 zwrotek każdej pieśni, musiałabym już po piątej włączyć internet w telefonie, aby dośpiewać do końca.
W tym chaosie, szumie i ogólnym pozorze braku skupienia doświadczamy właśnie Kościoła - takiego na jaki nas stać. W nim nie czas i miejsce na trzymanie stylu. Każdego boli, gdy klęka na betonie - nie szkodzi, niech stęknie. Trącącą kiczem piosenkę „Pan Jezus już się zbliża” niech zastąpi kompozycja organisty (może nawet z innej parafii), albo miejscowego kompozytora. Przecież to nasz Kościół i takim, jakim go ukształtujemy, pozostanie dla następnych pokoleń. Ech… dla naszych dzieci po prostu.
Idziemy, bo inni szli przed nami.
Śpiewamy „Te Deum” zgodnie z tym, jak śpiewano przed nami, a w nim padają ważne słowa: cyt. „Tobie, Panu zaufałem, nie zawstydzę się na wieki”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz