środa, 14 października 2015

Ten dzień

W naszej zwykłej szkole również obchodzimy Ten Dzień. A co.

Podjeżdżamy żółtym pociskiem pod bardzo modnie odrapane mury szkolne. My, czyli Arek, Marek i ja.
Od rana już radio huczy o święcie Edukacji Narodowej. Nagle cała Polska czyta, myśli, pamięta, przejmuje się problemami edukacji, nauczycielami... Ech. Protestujemy?
My nie protestujemy, tylko przełączamy radio na debiutancką płytę Marka. To co, że znamy ją na pamięć już od pół roku i oczywiście uwielbiamy. Do nowej kolejności też trzeba się przywyknąć, więc uczymy się jej co najmniej dwa razy w tygodniu.
Marek ciągle na nią narzeka i w ogóle twierdzi, że "dzisiaj" pisałby już zupełnie inaczej. Czekamy z Arkiem na spełnienie tego "dziś". W takich chwilach dobrze być relatywistą.

Grunt, że dojechaliśmy z piosenką na ustach. Na podwórku wita już nas kucharka i jej tona ziemniaków. Wiadomo, że obiad będzie nie z tej ziemi, czyli na pierwsze rosół z makaronem.
"Biedne kurczaczki" komentuje smutny Arek. Teraz jest taki czas, że chłopak nie jada mięsa, więc nadszedł etap "biednych kurczaczków", był już nawet etap "biednych jabłek", ale miejmy nadzieję, że już nie powróci.
W Nauczycielskim jak zwykle bosko. Ceratę, która świetnie pamięta jeszcze Boże Narodzenie, zdobią świeże kwiaty. Za trzy lekcje Nauczycielski zamieni się w znakomicie zaopatrzoną kwiaciarnię ("biedne kwiatki?").
- Od tych zapachów tylko głowa boli- narzeka Matematyca, która nie lubi kwiatów, woli czekoladki. Ponieważ nikt z koli nie lubi matmy i Matematycy, zamiast kwiatów i czekoladek, regularnie 14-go, Pani dostaje Raffaello.

Arek przygotowuje kawę.
- O nie... - załamuje ręce - nie ma kawy, a ja zapomniałem zamówić!
Raz w miesiącu zamawiamy tę najlepszą, internetową. Skoro kawy brak, mamy problem, "jak tu przeżyć jutro?". 
W Nauczycielskim aromat roznosi się już kusząc pozostałych, ale oni nie uginają się tak łatwo.
Kawę piję tylko z Arkiem, bo Marek do lekcji przygotowuje się tuż przed. Niosąc filiżankę przez szkolny korytarz, natychmiastowo staję się w oczach uczniów "narzeczoną" pana Marka, co jest oczywiście niemożliwe i tyle. 
Arek podłamany jutrem spogląda na naszą nauczycielską gazetkę szkolną. Łapie wzrokiem ogłoszenie pyta.
- Słyszałaś coś o Radzie?
- Nie, no co Ty. Kiedy?
- Dzisiaj. Spójrz, 14-go to dziś, tak? No... i - spogląda na zegarek - to o 12, czyli za dwie lekcje.
- Niemożliwe. Może coś się stało? Ostatnio nic się przecież nie wydarzyło.
-  Ale ten Maciek, pamiętasz? Ten, co złamał nogę. Może o niego chodzi?
- Nie, panie Areczku - odzywa się p. Ina słyszę wszystko. - My też nie wiemy, ale drżeć należy - mówi z pełnią powagi patrząc na mnie.
I już wiem. To chodzi o moje niewypełnione dzienniki, o to, że daję za mało ocen, za rzadko robię sprawdziany... Jestem trupem szkolnym, już to wiem. Czeka mnie publiczny lincz, szykuję już mowę błagalno-przebłagalną, bo chcę mieć ZUS...

Podczas lekcji jestem uczniem, dzieci lubią to najbardziej. A niech mnie! (czegoś nauczą).

Nadeszła 12-ta zero zero. W Watykanie Anioł Pański i przyznam szczerze, że wolałabym tam być i gorąco modlić się o ocalenie. Uciec się jednak nie da.
Wchodzi Mr Wąs i w asyście Dziennikarki z notatkami pod pachą. Czuję się jak przed sprawdzianem z matmy (obojętnie którym).
- Drodzy Państwo - zaczął Wąs. - Wszyscy wiemy jak jest. Jest źle. 
Nastała cisza, ta paraliżująca i obezwładniająca. Patrzymy po sobie, nie wiemy o co chodzi. Rosół się gotuje przecież...
- Powiem krótko. Miało być więcej, a jest skromnie. - I otwierają się drzwi zza których wjeżdża kuchenny stół na kółkach załadowany foliowymi torebkami. Zaczynamy gadać i przeszkadzać dokładnie tak samo, jak nasi uczniowie. Dziennikarka stuka kluczem w stół potrząsając nerwowo głową.
-Ale, ale! Proszę Państwa, proszę o spokój! Proszę! 
Mr Wąs wstaje i uroczyście przemawia, wadliwie, aczkolwiek uroczo wymawiając "cz" i "sz".

"Szanowni Państwo, Drodzy Pedagodzy, moi Koledzy i Koleżanki. To Wasze święto. Ech... nasze. Chociaż ja to już bardziej ten...dyrektor. 
Jedni mówią, że święto to bez sensu, że lenimy się jak mopsy, a dzieci i tak niczego się nie uczą. Nie przejmujcie się tym biadoleniem. 
Wy i tak nawet nie ucząc dajecie więcej tym dzieciakom, niż sobie wyobrażałem. 
W imieniu uczniów i rodziców, w imieniu dyrekcji, dziękuję Wam, że ucząc, pozostajecie... Pedagogami".
Wmurowało nas. Spojrzeliśmy po sobie - "my, młodziaki od kawy z Nauczycielskiego? My, pedagogami? No bez przesady...".
"Przygotowaliśmy dla Was skromny poczęstunek. Proszę, wychodząc, weźcie prezent ze stolika. Jeszcze raz wszystkiego dobrego".

Naprawdę wzruszeni staraliśmy się jak najgodniej podejść do październikowej choinki. Nie dało się wolno, trzeba było iść szybko i już.
Otwieramy paczki, a tam?

Kawa rozpuszczalna z kokardką. 
Hip hip, hura.







poniedziałek, 12 października 2015

następnym razem

- Trzeba wracać -  powiedział, wstając od stołu.
Zdążyła tylko spojrzeć na zegarek przekonując się, że po raz kolejny przeliczyli się z czasem.
Na stole zostały filiżanki, resztki ciasta i jakaś niedokończona rozmowa, na tyle głęboka w swojej powierzchowności, że szkoda było przerywać.
- Nie martwcie się, posprzątam. Jedźcie już. - usłyszeli
- Wszystko masz? - zapytał
- Jasne. Jedźmy. - odpowiedziała niby w pełni gotowa do powrotu. Najchętniej by została i posłuchała, kiedy mówi to, czego nie potrafił z siebie wykrztusić. Nic strasznego, wręcz przyjemnego, ale jakoś nie wyszło. Może następnym razem.
Pożegnania, uściski, serdeczności mówią może lepiej, szybciej, ale nie zawsze dostatecznie zapadają w rozumie, bądź, co bądź, myślącym słowem.
"Następnym razem" pomyślał. Rozstajemy się przecież na chwilę. I tak wrócimy.
 Westchnął, że "już musimy", że "przepraszamy" rozkładając ręce w geście bezradności. Wsiedli do auta w jednoczesnym poczuciu szczęścia i zawiedzionej nadziei.
Samochód wyjątkowo nie protestował, odpalił szybko, więc pojechali.

Droga wiodła przez wszystkie najmniejsze wioski i mieściny. Zapadający zmrok, różem otulał pola i głowy przydrożnych drzew. Nie rozmawiali. Jechali i patrzyli przed siebie, od czasu do czasu spoglądając sobie ukradkiem w oczy. Nic wielkiego.
Włączył radio i popłynęły dźwięki fortepianu.
- Grałam to! - krzyknęła. - Jezu, grałam to, wiesz?
Podziwiał milczeniem.
Nastawił głośniej, poprawił brzmienie przestawiając coś w ustawieniach odbiornika. Słuchali z uwagą, komentowali całkiem głośno, udając (lub nie), jak świetnie znają się na rzeczy.
Droga mijała przy akompaniamencie kolejnych utworów, których większość rozpoczynał jej krzyk podniecenia "to też grałam, naprawdę!".
Śpiewał i mruczał znane melodie, trochę fałszywie, ale za to bardzo pewnie. Ona dośpiewała dokładniej i jakoś wyszło. Od czasu do czasu syknął, że "niepotrzebne to rubato", a ona, że "akurat tutaj to nie przeszkadza".
Zgodnie jechali dalej w zachwycie i skupieniu.

Ta droga mogłaby się nie kończyć, mogłaby kręcić się w kółko. Nikt by się nie zorientował (prawda?).

Dojechali szczęśliwie.
Rozejrzała się, zabrała rzeczy zza siedzenia. Chciała skontrolować, sprawdzić, czy wszystko przebiegło tak, jak zwykle.
No tak...
- Zapomniałam zegarka - powiedziała bezradnie. Ale było już za późno, żeby zawrócić.
- Nie martw się. Następnym razem weźmiesz - odpowiedział zawód łagodząc pogodnym uśmiechem. Radio jeszcze było włączone, w As-dur.
Pewnie. Następnym razem się uda.