cóż się pytam co się dzieje
wszystko stworzenie truchleje.
W Wielką Sobotę wydaje się, że wszystko już się stało. Bierzesz życie w swoje ręce, wątpliwości stają się sprzymierzeńcem w dążeniu do prawdy, mimo, że dane Ci było ją poznać. A co jeśli to wszystko było nieprawdą? Przecież nic się nie dzieje? A na dodatek nie ma kontroli - Chrystus już nie stanie fizycznie obok i nie powie „jak”. No nie powie.
Ale nie zostawił przecież człowieka na rozstaju dróg, nie opuścił go, tylko chce być obecny uświęcając poziomość jego drogi.
Może właśnie Wielka Sobota jest tym dniem, w którym powinniśmy pytać siebie o Kościół, o swoje w nim miejsce. Jakiego Kościoła chcemy, czyli czego wymagamy od siebie (!). Od nikogo innego właśnie, bez żadnych warunków. Po Wielkim Czwartku wiemy przecież, że w relacji z Bogiem każdy z nas jest zupełnie sam - nie można liczyć, że ktokolwiek stanie między nami pomagając lub przeszkadzając. W czekaniu i modlitwie żadna relacja nie pomoże. To jest właśnie ten dramat, którego Jezus świadomy był przed, a uczniowie dopiero po spełnieniu proroctwa.
No więc co jesteś w stanie dać z siebie? Czy w ogóle chcesz? Dlaczego nie chcesz? Odpowiedź pierwsza brzmi - nie, bo popatrz co to za ludzie. Co oni robią? To hipokryci, a ja się brzydzę hipokryzji, tego całego przepych, kłamstwa, zła. Wolę już ten mój pogodny pragmatyzm.
A jeśli Kościół będzie wspólnotą idealnych i przykładnych, skromnych, to wtedy wstąpisz?
Uśmiech.
Przecież wiemy, że w ogóle nie o to chodzi.
W Kościele, jakkolwiek to zabrzmi, w ogóle nie chodzi o moralność, styl życia, wielodzietną rodzinę i choinkę na święta. To nie moralność jest istotą chrześcijaństwa, mimo, że tak często stoi na sztandarach religijności. Z powodzeniem można postępować nienagannie w imię ateizmu i innych „izmów”, nie ma co do tego wątpliwości.
„W Kościele chodzi o miłość” - słyszymy. Ale… w imię Chrystusa i to jest właśnie najtrudniejsze. Próbujemy podążać drogą Miłości Chrystusa codziennie narażając się na sromotną klęskę. Bo upadek na tej prostej jest nieunikniony. Na tym właśnie polega dramatyczna sytuacja człowieka. Musi nieustannie się podnosić - nie tylko ze względu na upadek moralny. Upadamy, bo nie w każde miejsce życia wpuszczamy Łaskę Chrystusową, bo przestajemy ufać Jemu, a za bardzo ufamy samym sobie. A kiedy nie wychodzi, to albo się biczujemy do krwi, albo bez skruchy przechodzimy nad porażką do porządku dziennego.
Kościół jest wspólnotą tych, którzy chcą. To samo „chcenie” już jest gotowością do podjęcia wysiłku (co najważniejsze) w nie swoje imię. Nie jesteśmy Bogami i dlatego wysiłku często nie podejmujemy, albo ponosimy porażkę. Czasem wzajemnie się podnosimy, podamy rękę, upiększymy codzienność. Niestety, skaczemy sobie do gardeł, bo wydaje nam się, że wiemy lepiej. I może dobrze nawet, że skaczemy, bo to objaw żywych emocji…
Słowa ks. Tischnera o tym, że ważniejszy od Kościoła jest człowiek wręcz unaoczniają to, jak ważny dla wspólnoty jest indywidualny byt - jego wybory, poczucie odpowiedzialności, myślenie, wiara. Kościół jest dokładnie taki, jacy jesteśmy my. Gdyby nie my, to nie Kościół - nie tylko hierarchia, ale MY, czyli ja, ty, on, ona. Ale, uwaga, powiada filozof - biada temu, kto całą nadzieję pokłada w człowieku…
Dzisiaj w Kościele dzieje się coś absolutnie wyjątkowego, choć jestem przekonana, że i przewidywalnego, oczekiwanego przez wielkich Duchownych Kościoła. Mam tu na myśli choćby papieża Benedykta XVI.
Kiedy czytam o działaniach papieża Franciszka i reakcjach na nie członków Kościoła właśnie, od razu mam przed oczami obraz z przypowieści o synu marnotrawnym. Papież Franciszek wychodzi do tych, którzy od wspólnoty odeszli. Jest fantastyczną, medialną postacią, od której bije skromność, dobro i prawda. Do tego mówi zrozumiale, jakby był Duchem „naszych” czasów. Przyciąga jak magnes sceptyków, krytyków Kościoła, którzy coraz częściej wypowiadają się na jego temat.
Syn marnotrawny powraca, wyprawiamy ucztę. Przełamujemy schemat „złego krytyka Kościoła”.
Ale jest i drugi syn - wierny, pracowity. Buntuje się na samą myśl o tym, że ukochany ojciec nigdy go nie docenił, nie okazał takiej radości z powodu jego obecności. Buntuje się i krzyczy, wydaje mu się, że wie lepiej, co jest właściwe.
Ale nie wie przecież. Gdyby iść drogą wiernego syna i zacząć liczyć na ucztę, to na nic to wszystko. Kościół umarłby prędzej niż nam się wydaje, a Papież stałby się zwykłym prezydentem, politykiem, a może nawet despotą. Niełatwo jest jednak słuchać krytyki zewnętrznego obserwatora, bo można odnieść wrażenie, że krytyk wchodzi we wspólnotę, bo wreszcie stworzono dla niego warunki. To boli pracowitego i wiernego. Trudno się dziwić, ale z pewnością ból minie.
Nadchodzi więc czas, żeby obaj synowie siedli wspólnie przed grobem Chrystusowym i wspólnie wyczekiwali Światła Zmartwychwstania, wspólnie ucztowali, wspólnie pracowali. Niestety, ci sami będą go wspólnie krzyżować i wyprą się go przy pierwszej lepszej okazji, a może nawet sprzedadzą za luksus życia poza dramatem.
Mimo wszystko, czekajmy na przybysza głodnego (żeby nakarmić), spragnionego (żeby dać mu pić) i nagiego (żeby go przyodziać).
Ludzkie siły absolutnie tego nie obejmą. Człowieka, który uważa, że „to wszystko” to pragmatyka i, że sam poradzi sobie z życiem, rozczaruje prędzej czy później własne działanie. Kilka razy się uda, ale sił w końcu zabraknie. Kościołowi może zabraknąć tylko (?) wiary, nadziei i miłości.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz