wtorek, 30 września 2014

Jeszcze

Coraz więcej starszych i starych ludzi wokół. Starzy chodzą, żyją, kupują, dają się nabrać. I chyba jedyne, czego mogą być pewni to fakt, że nie muszą nikomu ustępować miejsca w autobusie. Coraz bardziej czuć też jak wiele zależy od pokolenia, które właśnie wchodzi w odpowiedzialność. Pokolenia, które tej odpowiedzialności nie bardzo chce się podjąć. Nie do końca wie w imię jakich wartości, bo wszystko "uwrażliwiło" i zrelatywizowało. I chyba musiało się tak stać, żeby młodsi od nas wiedzieli lepiej, sprawniej, wyraźniej i w sumie bardziej schematycznie.


Idę ulicą. Nie ma młodych matek idących na spacer z własnym dzieckiem. Jest za to... babcia. Instytucja Babci w wielkim mieście  - kto to taki? To nie jest chłopka niańcząca swoje wnuki od czasu do czasu. Zresztą, czy chłopki niańczyły dzieci? Może niemowlęta...
To nie jest również babcia sukcesu w złotych klipsach, krótkich, siwych włosach i czerwonej szmince. To jest babcia nijaka. Ta babcia nie ma siły na zabawę, każdą zupę przyprawia tak samo i zawsze trzyma dziecko za rękę prowadząc je na spacer. To ta sama babcia, która będąc matką mówiła dziecku "no idź" jednocześnie histerycznie trzymając je za rękę przyciągała do siebie.

Teraz babcia idzie tą samą ulicą, którą przemierzała ze swoimi dziećmi. W sumie niczym się nie różni od siebie sprzed trzydziestu lat. Ma tak samo szare oczy, tę samą sukienkę i podobne buty na płaskiej podeszwie. Zmienił się tylko towarzysz - to już nie syn, a wnuk. Wnuczek pięciolatek myśli, że jest geniuszem (syn myślał tylko, że jest wyjątkowo uzdolniony, ale "geniuszem to ty nie jesteś"). Jego rodzice są w jego głowie, za to babcia na wyciągnięcie ręki. Wnuczek-Wnusiunio ma już krawat, modne trampki i telefon bez klawiszy. Będzie mówić nawet po chińsku - tak mówi ojciec.
I idą tak i nie rozmawiają. I idą i się nie śmieją. Idą i nie pasują. I cały czas się spieszą, bo to bo tamto.

Babcia już tak dalej nie da rady. "Przystaje" włączając film pokazujący lepszą rzeczywistość, udaje, że słucha opowiadań swojego wnuka... o niczym.

Świat się zmienia na oczach babci. I rośnie w oczach wnuka. Wnuk jest nowy i wszystko ma nowe. 
A babcia? Mimo, że stara, nadal przynależy do tego świata. I cały czas na kogoś czeka.
Na męża, dziecko, wnuka, na swój czas.

I jest coś, co nie pozwala babci zestarzeć się na zawsze, co każe jej każdego dnia tę paskudną zupę ugotować do końca.
"Nie chcę jeszcze iść" - mówi wnuk kurczowo trzymając babcię za rękę. Za dwadzieścia lat, mówiąc to samo, poluźni krawat i ocierając pot z czoła poprawi jej poduszkę pod głową. Przyniesie ulubiony bez nawet tam, gdzie nie wolno wnosić kwiatów "bo przecież taki właśnie zbieraliśmy, pamiętasz?".

To nic, że nie rozmawiają. Jeszcze.




czwartek, 4 września 2014

Z A P R O S Z E N I E

Drodzy Czytelnicy,

bardzo serdecznie pragnę zachęcić wszystkich Was na spotkanie autorskie ze mną, w najbliższą sobotę 6-go września o g. 12.00 do Pardon To Tu przy pl. Grzybowskim w Warszawie. 

Będziemy mogli się poznać (jeśli się znamy tylko wirtualnie), będzie można poczytać, posłuchać oraz uczestniczyć w warsztatach plastycznych i wytworzyć własną książkę. 
Zajęcia plastyczne skierowane są do Dzieci, ale przyjść, porozmawiać i posłuchać fragmentów lektury, może każdy - w każdym wieku.

Mam nadzieję, że spotkanie będzie bogate w pozytywne emocje i stanie się miłym wspomnieniem.

Do zobaczenia!

Grażyna m. Grobelna

środa, 3 września 2014

Sto procent zaangażowania

Uczucie szczęścia, może trochę zbyt oczywiste. Ciepły piasek pod stopami głaszcze wypieszczone stopy. Włosy i wątpliwości rozwiane, słoneczny ogień zagrzewa do działania, a woda, lekko poruszona, rozmywa napięcia. I tak sobie leżę łącząc się ze światem, naturą i samą sobą. 
Życiowa dewiza "wszystko robić na sto procent" realizuje się doskonale. Nie ma co ukrywać, leżenie wychodzi najlepiej.
Mam gazetę, ręcznik, książkę, pieniądze na "kukurydza gotowana i dla pani i dla pana", mam też fajny strój i okulary. Myśli z mózgu jeszcze nie wyparowały. 
Leżę.
Przeczytałam już horoskop, który mówi o cudzie, jaki ma się dokonać w moim życiu, przestudiowałam wywiad z aktorką odchodzącą na emeryturę i alkoholiczką opowiadającą jak bardzo dotyczy mnie jej problem ze zdrowiem ("to dotyczy nas wszystkich!"). Wyedukowałam się w zakresie życia duchowo-jogowego i wreszcie wiem co jeść. Brokuły wypierają kalafior - temat numeru. 
Modnie i na temat. 
Jest potwornie gorąco, nie dam rady już czytać gazety. Tęsknię do szkoły. Do rajstop i swetra. Tęsknię do Rudej Anki i Maksia, do Krysi, a przede wszystkim do Marka i Arka. Kiedy znów pojedziemy samochodem do naszej państwowej Firmy? Dopiero 1-go września. To jeszcze miesiąc... Co za pech. Ciekawe komu wypadł ząb, kto złamał rękę, kto w wakacje przeżył kolonię lub obóz wakacyjny, tak jak ja kiedyś... A może ktoś grał do kotleta na akordeonie, albo zakochał się bez pamięci?

Wracam. 

Jak zwykle zatrzymuję się w barze zwanym "restauracją", ale bez Marka i Arka nie kupuję nic do jedzenia. Świństwa można jeść tylko z przyjaciółmi, bo wtedy można celebrować chwilę nie czując smaku, lub udając, że spożywa się świeżego homara. W ogóle często udajemy - że jemy w restauracji, a jemy w barze; że jest kiepsko, a jest tak naprawdę tak, jak ma być; że jesteśmy młodymi nauczycielami, choć staż już dawno za nami...
Więc w barze zwanym restauracją idę w miejsce, o którym pisać nie sporo. Ale muszę. Idę. 
Wtem przed moimi oczami wynurza się sylwetka dobrze zbudowanej brunetki po pięćdziesiątce, o bardzo mocnej opaleniźnie (czerwona twarz jak nic przywieziona z dalekich krajów). Wśród jej kruczoczarnych loków przebijają się złoto i brylanty, czerwony tips na dłoniach błyszczy świeżością. Białe zęby i pełne teatralnego wyrazu... brwi. I oczywiście pies(ek!) na ręce z czerwoną, skórzaną, lakierowaną obrożą. 
- A ja Panią znam! - mówi, a piesek w tym intymnym miejscu przytakuje szczekiem.
- O! Jak miło! - do Pani, czy do Pieska, sama się nad tym zastanawiałam...
- Pani uczyła moją córkę! 8 lat temu. No! - i żywo walnęła córeńkę po jej solidnych plecach jak krasulę jakąś - teraz to już PANNICA!
To ohydne słowo "pannica" śniło mi się przez cały okres dojrzewania. Nienawidziłam go z całego serca i zrobiło mi się serdecznie żal dziewczynki, której nie znałam i nie pamiętałam nic a nic. Nie wiem jak się uczyła, co sobie myślała, PUSTKA! Ale odpowiedziała dziarskim tonem...
- No, mamuśka, nie pamiętam tej Pani! - i pytanie padło w moją stronę
- Czego Pani mnie uczyła? - i wyciera ręce
- Dominika - syczy mamuśka do pannicy
- Ja? Muzyki - i już poczułam że moja odpowiedź brzmi żenująco i nie wiem czemu pomyślałam, że trochę żebrząco... Jakbym trochę prosiła o uznanie. Zabawne.
- A ja pamiętam! - zrehabilitowała się "mamuśka", piesek odszczeknął swoje - Dominika była zadowolona. 

Dobrze, że pewne rzeczy można załatwiać szybko i bezboleśnie. Pannica zadowolona. Uff.