Uczucie szczęścia, może trochę zbyt oczywiste. Ciepły piasek pod stopami głaszcze wypieszczone stopy. Włosy i wątpliwości rozwiane, słoneczny ogień zagrzewa do działania, a woda, lekko poruszona, rozmywa napięcia. I tak sobie leżę łącząc się ze światem, naturą i samą sobą.
Życiowa dewiza "wszystko robić na sto procent" realizuje się doskonale. Nie ma co ukrywać, leżenie wychodzi najlepiej.
Mam gazetę, ręcznik, książkę, pieniądze na "kukurydza gotowana i dla pani i dla pana", mam też fajny strój i okulary. Myśli z mózgu jeszcze nie wyparowały.
Leżę.
Przeczytałam już horoskop, który mówi o cudzie, jaki ma się dokonać w moim życiu, przestudiowałam wywiad z aktorką odchodzącą na emeryturę i alkoholiczką opowiadającą jak bardzo dotyczy mnie jej problem ze zdrowiem ("to dotyczy nas wszystkich!"). Wyedukowałam się w zakresie życia duchowo-jogowego i wreszcie wiem co jeść. Brokuły wypierają kalafior - temat numeru.
Modnie i na temat.
Jest potwornie gorąco, nie dam rady już czytać gazety. Tęsknię do szkoły. Do rajstop i swetra. Tęsknię do Rudej Anki i Maksia, do Krysi, a przede wszystkim do Marka i Arka. Kiedy znów pojedziemy samochodem do naszej państwowej Firmy? Dopiero 1-go września. To jeszcze miesiąc... Co za pech. Ciekawe komu wypadł ząb, kto złamał rękę, kto w wakacje przeżył kolonię lub obóz wakacyjny, tak jak ja kiedyś... A może ktoś grał do kotleta na akordeonie, albo zakochał się bez pamięci?
Wracam.
Jak zwykle zatrzymuję się w barze zwanym "restauracją", ale bez Marka i Arka nie kupuję nic do jedzenia. Świństwa można jeść tylko z przyjaciółmi, bo wtedy można celebrować chwilę nie czując smaku, lub udając, że spożywa się świeżego homara. W ogóle często udajemy - że jemy w restauracji, a jemy w barze; że jest kiepsko, a jest tak naprawdę tak, jak ma być; że jesteśmy młodymi nauczycielami, choć staż już dawno za nami...
Więc w barze zwanym restauracją idę w miejsce, o którym pisać nie sporo. Ale muszę. Idę.
Wtem przed moimi oczami wynurza się sylwetka dobrze zbudowanej brunetki po pięćdziesiątce, o bardzo mocnej opaleniźnie (czerwona twarz jak nic przywieziona z dalekich krajów). Wśród jej kruczoczarnych loków przebijają się złoto i brylanty, czerwony tips na dłoniach błyszczy świeżością. Białe zęby i pełne teatralnego wyrazu... brwi. I oczywiście pies(ek!) na ręce z czerwoną, skórzaną, lakierowaną obrożą.
- A ja Panią znam! - mówi, a piesek w tym intymnym miejscu przytakuje szczekiem.
- O! Jak miło! - do Pani, czy do Pieska, sama się nad tym zastanawiałam...
- Pani uczyła moją córkę! 8 lat temu. No! - i żywo walnęła córeńkę po jej solidnych plecach jak krasulę jakąś - teraz to już PANNICA!
To ohydne słowo "pannica" śniło mi się przez cały okres dojrzewania. Nienawidziłam go z całego serca i zrobiło mi się serdecznie żal dziewczynki, której nie znałam i nie pamiętałam nic a nic. Nie wiem jak się uczyła, co sobie myślała, PUSTKA! Ale odpowiedziała dziarskim tonem...
- No, mamuśka, nie pamiętam tej Pani! - i pytanie padło w moją stronę
- Czego Pani mnie uczyła? - i wyciera ręce
- Dominika - syczy mamuśka do pannicy
- Ja? Muzyki - i już poczułam że moja odpowiedź brzmi żenująco i nie wiem czemu pomyślałam, że trochę żebrząco... Jakbym trochę prosiła o uznanie. Zabawne.
- A ja pamiętam! - zrehabilitowała się "mamuśka", piesek odszczeknął swoje - Dominika była zadowolona.
Dobrze, że pewne rzeczy można załatwiać szybko i bezboleśnie. Pannica zadowolona. Uff.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz