niedziela, 23 listopada 2014

Za późno?

"Czy aby nie za późno?" - zapytała swoje lustrzane odbicie.

Patrzyła w nie co dzień i do tej pory nie znalazła właściwej odpowiedzi. Za późno na wybór, skręt, rozprostowanie?
Teraz odpowiedzią mogło być wyraźne "tak" lub "nie". 
W głowie tykający puls świadomości trochę nerwowo ponaglał - za późno na "nie wiem". Tyle czasu uciekło jej między palcami, kiedy skupiała się na tym protekcjonalnym i niewidzialnym "nie wiem". 

"Nie wiem" i "nie wiem".
Strata.

Powtarzane wielokrotnie przestaje brzmieć jak odpowiedź. Zaczyna jak wyznanie, jak mantra, jak pacierz do bezimiennego anioła. "Nie wiem" nadawało jej rytm dnia, spowalniało czas i wydłużało każde, nawet najmniejsze cierpienie. Odkładało wszystko na później i roztaczało fałszywą opiekę nad każdym momentem, który mogłaby przeżyć w pełni - albo na "tak", albo na "nie". 

Bała się pomyłki, bała się, że zrobi fałszywy krok. Władzę nad nią przejmował lęk na myśl o tym, co powie o niej świat, gdy podniesie głowę i powie "nie". A co, kiedy zmieni zdanie? Czy jest w ogóle coś takiego, jak zmiana zdania? Czy to prawomocne? Wolno w końcu, czy nie?

"Nie wiem" jeszcze rezonuje, ale takie "nie wiem" to już tylko wspomnienie.

Zatrzasnęła szafkę z ukrytym pudrem, poprawiła usta i wrzuciła szminkę do torebki. Ostatni łyk zimnej kawy był niepotrzebny. Poprawia włosy, przygląda się jeszcze chwilę i mówi "tak" temu, co ma się wydarzyć.
Bo przecież nie jest za późno.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Niepodległy

11-go nigdzie nie idę. Zgodnie z zalecieniem Premier doktor Ewy, zostaję w moim domowym bunkierku. Zamykam się na cztery spusty i... pomyślę sobie.

Kiedyś dzień 11-go listopada kojarzył się z dniem wolnym, z zamkniętymi sklepami, Mszą za poległych bohaterów i apelem pod pomnikiem. W telewizji transmitowano uroczystości warszawskie, a w pokoju obok czekało mnóstwo lekcji. Jakoś dzień toczył się bez fajerwerków i konfliktów zbrojnych na tzw. pamiątkę. Było spokojnie, zwyczajnie i nudnawo. No, może oprócz wojskowych defilad - pięknie chłopcy chodzą w tych mundurach, ach, ach, ach. Tego dnia było zupełnie tak, jakby ktoś stary odwiedził dom i trzeba było kulturalnie, trochę staromodnie, przyjąć zacnego gościa. Może obchodziliśmy to święto po prostu nieświadomie, kto wie? A może gdzieś wisiał lęk, bo "nigdy nie wiadomo"? My po prostu siedzieliśmy cicho w swoich domach. A może niespecjalnie wierzyliśmy w tę niepodległość lat '90-tych?...

Teraz do drzwi puka nowoczesny gość w nieco obwisłych portkach i nie wiadomo czego właściwie oczekuje i kim w ogóle jest. Czy ogarnia mnie chęć ugoszczenia go? Nie bardzo. 
Można się przy nim poczuć niezręcznie i najzwyczajniej źle, bo wybrzydza, obraża mnie i je jak prosię. Najlepiej, gdybym się śmiała tak samo jak on, krzyczała te same słowa i bez przerwy szukała wroga. A ja nie chcę żyć w lęku, ani w przymusowej przyjaźni. Wystarczy, że zerknę za okno i już widać spuszczone, podległe, strachliwe, niechętne światu głowy. Te głowy boją się o jutro, zaciskając zęby uśmiechają się sztucznie. Kiedy trzeba, w obronie swojego "tu i teraz" mówią bardzo skomplikowane i modnie puste zdania.

A może by tak wreszcie ugościć Niepodległego, tak dla odmiany? 
Ktoś Ty jest, Niepodległy? Czy ja Cię znam?
Gdzieś chyba go widziałam...

To ktoś, kto potrafi chodzić sam, ale nie chodzi samotnie. Niepodległy ma przyjaciół, którzy wiedzą, że żaden jego ruch nie zależy od ich kaprysu. Szanują go i odpłacają lojalnością za każdy objaw jego życzliwości. 
Niepodległy ciężko pracuje i, myśląc o pojutrze, pracuje na jutro - dzisiaj. Każdego dnia wychodzi z domu i cieszy się słońcem i błękitem nieba. Jesienią zawsze ma przy sobie parasol - głupio byłoby pakować się pod czyjeś skrzydła. Niepodległy nieswojo by się czuł. Stojąc pod jednym parasolem nie można swobodnie podrapać się po głowie w geście rozmyślania. Czasem, owszem, trzeba skorzystać, ale tylko w wyjątkowych sytuacjach. 
Niepodległy nie jeździ stopem. Jak go na nic nie stać, idzie pieszo. 
Potrafi chodzić odważnie i... rozważnie, wybiera drogę, która wydaje się prowadzić do ważnego miejsca. Nie pcha się na grząski grunt, ale nie boi się wyzwań.
Zabiega o przyjaciół, ale nie za wszelką cenę. Ci, którzy oczekują wielkiej ceny, nie są przyjaciółmi.
Przed wyjściem na koncert prasuje koszulę, nie czeka, aż ktoś pożyczy mu na bilet. Wyraźnie mówi "dzień dobry".
Niepodległy wie czego chce, ale nie odbiera nikomu godności w imię realizacji swoich idei. Jako gość nie sprawia kłopotu, nie gada przy stole od rzeczy. W dyskusji na tematy ważne, nie boi się powiedzieć prawdy, nawet jeśli w konsekwencji nie dostanie ulubionego deseru.

Czy ktoś go w ogóle słucha? A może to za trudny kompan lub sąsiad?

Tylko takiego chce się słuchać i tylko z takim chce się przebywać. Takiego się podziwia, szanuje i kocha. 

Zanim więc zaczną się miałkie dyskusje, pretensjonalne debaty, zanim do stołu zasiądzie głośnie prosię, trzeba by chyba pomyśleć. O sobie - Niepodległym.

Niepodległego życzę Polsce. 
Niech się wreszcie z nim "ożeni"!







czwartek, 6 listopada 2014

ja to pani załatwię

Załatwianie, szeptanie, znaczące mruganie okiem i potwierdzanie machnięciem ręki.
Bardzo dobrze znane.

Niestety nie do każdego adresowane. Ale gdyby tak było, nikt nie cieszyłby się z tego, że udało mu się coś "załatwić". Jaka wielka satysfakcja ogarnia człowieka, który myślał i wiedział, że "nie" (bo nie!) , a jednak, przez niedopatrzenie, zapadło "tak"! Pot z czoła ścieka, chusteczki zwykle brak 
i wreszcie można coś zrobić.
Udało się załatwić. Udało się dowiedzieć, dotrzeć tu lub tam, w ogóle coś się udało.

Tymczasem trudno powiedzieć co się udało. Bo samo załatwienie niczego nie... załatwi. 
To przecież zwykła prowizorka, kolejny stan "na chwilę", na przeczekanie, na przetrzymanie. Czasem to zaczepienie, żeby wolno było coś zrobić. Załatwienie to takie małe, ciche, parszywe nic. 
A jednak jest to"coś", co potrafi zniszczyć ciężką i mozolną pracę. Niszczy ją swoim tempem, sprytem i tym kiepskim "niczym", tą pustką, która stoi za słowem "załatwić".

Załatwianie wyzwala kreatywność, ale nie twórczość. Otwiera nowe drzwi, ale niechętnie kogokolwiek przez nie przepuszcza.
Załatwianie nie jest dla każdego. Obejmuje je ramię tajne i zachowane dla "słusznych" lub "zacnych".

Pozwala popisać się swoimi umiejętnościami tu i teraz, na szybko, na "gwałtu rety". Wtedy właśnie odnosi sukces. Ale zawsze pozostanie niczym, gdy spotka się ze stałą, może nawet trochę kulejącą, twórczością. Skromną prawdziwie, czyli skromną godnie. 

Pisanie, rozmawianie, leczenie, słuchanie...

"A może da się to jakoś szybciej... załatwić?".