czwartek, 6 listopada 2014

ja to pani załatwię

Załatwianie, szeptanie, znaczące mruganie okiem i potwierdzanie machnięciem ręki.
Bardzo dobrze znane.

Niestety nie do każdego adresowane. Ale gdyby tak było, nikt nie cieszyłby się z tego, że udało mu się coś "załatwić". Jaka wielka satysfakcja ogarnia człowieka, który myślał i wiedział, że "nie" (bo nie!) , a jednak, przez niedopatrzenie, zapadło "tak"! Pot z czoła ścieka, chusteczki zwykle brak 
i wreszcie można coś zrobić.
Udało się załatwić. Udało się dowiedzieć, dotrzeć tu lub tam, w ogóle coś się udało.

Tymczasem trudno powiedzieć co się udało. Bo samo załatwienie niczego nie... załatwi. 
To przecież zwykła prowizorka, kolejny stan "na chwilę", na przeczekanie, na przetrzymanie. Czasem to zaczepienie, żeby wolno było coś zrobić. Załatwienie to takie małe, ciche, parszywe nic. 
A jednak jest to"coś", co potrafi zniszczyć ciężką i mozolną pracę. Niszczy ją swoim tempem, sprytem i tym kiepskim "niczym", tą pustką, która stoi za słowem "załatwić".

Załatwianie wyzwala kreatywność, ale nie twórczość. Otwiera nowe drzwi, ale niechętnie kogokolwiek przez nie przepuszcza.
Załatwianie nie jest dla każdego. Obejmuje je ramię tajne i zachowane dla "słusznych" lub "zacnych".

Pozwala popisać się swoimi umiejętnościami tu i teraz, na szybko, na "gwałtu rety". Wtedy właśnie odnosi sukces. Ale zawsze pozostanie niczym, gdy spotka się ze stałą, może nawet trochę kulejącą, twórczością. Skromną prawdziwie, czyli skromną godnie. 

Pisanie, rozmawianie, leczenie, słuchanie...

"A może da się to jakoś szybciej... załatwić?".




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz