Klasa do której należałam (przez nadanie) gromadziła dzieci ze wszystkich możliwych grup społecznych. Trudno powiedzieć, czy taki był cel, czy może inny. Faktem było tylko to, że byliśmy niezgrani i nie potrafiliśmy działać wspólnie, chyba, że trzeba było przełożyć sprawdzian i błagać nauczyciela.
W naszej klasie przyjaźnie trwały raczej krótko, kończyły się burzliwie, kwitło obmawianie, a nawet dogorywało donosicielstwo. Mimo to, z perspektywy czasu moja klasa wydaje mi się wręcz sympatyczna i bardzo często o niej myślę.
Listę nazwisk w dzienniku otwierał Adaś w firmowych adidasach. Jego tato sprowadzał pierwsze firmówki z zagranicy, więc syn miał najlepsze buty w klasie. Białe "Nike" z czarnym znakiem były hitem w naszej klasie.
Po Adasiu był Mikołaj uporządkowany. Mikuś miał wszystko na miejscu, do fryzjera chodził regularnie, nawet T-shirt nosił wyprasowany. Zawsze miał gumkę do mazania i naostrzony ołówek, które pożyczał zwykle z wielką łaską i obecnym w języku do dziś "proszszsz". Jego bogato wyposażony piórnik i nowoczesny plecak był obiektem kpin wszystkich chłopaków.
Mikołaj siedział z Marasem. Maras był człowiekiem czynu, ciągle stawiał sobie jakieś cele, ciągle gadał i biegał i chwalił się, że "normalnie, jak był nad jeziorem, to przepłynął caaaałe zielsko" i tak w kółko. Zimą chodził w śniegu "normalnie po kolana", a wczesną wiosną "normalnie przeszedł błocko i prawie by go połknęło, ale się udało". Nasz "normalnie" himen.
Marasem interesowała się Marianna. To była najładniejsza dziewczyna w klasie, blondyna oczywiście. Konsekwentnie od piątej klasy aż do końca ósmej czesała się tak samo - przedziałek na środku głowy, ulizany kok i dwa strąki włosów wiszących równolegle przy uszach - dla ozdoby. Marianna już w siódmej klasie umawiała się "ze znajomymi" i malowała paznokcie, czym doprowadzała pana Zdzisława od historii do szału. Ale uczyła się całkiem nieźle i miała "aspiracje humanistyczne", więc wszyscy nauczyciele odpuszczali jej te paznokcie, dresową bluzę i buty na obcasie.
W klasie była też artystka Joanna. Rodzice Joanny byli lekarzami, więc znała ona niektóre zagraniczne trendy myślowe. Dlatego też wyglądała jak dziecko kwiat, malowała ciągle kwiatki, nic nie rozumiała ani z matmy, ani z chemii, nawet na polskim słuchała Freddiego Mercurego ukradkiem. Nosiła długie rozpuszczone włosy i leżała na ławce w akcie protestu, że nic nie rozumie. Jedyną lekturą, która nią poruszyła była cienka i szyta książeczka pt. "O psie, który jeździł koleją".
Ja siedziałam pod oknem, w trzeciej ławce, czasem ze sportową Gośką, czasem z Magdą.
Sportowa Gośka była najlepsza w bieganiu i knuciu intryg klasowych, miała czarne włosy, a jej mama podjeżdżała pod naszą szkołę jakimś niesamowitym wiśniowym samochodem z elektrycznymi szybami i chowanymi przednimi światłami.
A Magda? Magda po prostu chciała pracować w sklepie i szykowała się do "handlówki".
Było nas o wiele więcej.
Łączyła nas jedna jedyna myśl.
Wszyscy marzyliśmy o tym, żeby jak najszybciej skończyć tę szkołę i iść dalej. Dlaczego po prostu się nie zmienialiśmy, dlaczego woleliśmy "wreszcie skończyć szkołę" i "omijać ją szerokim łukiem", zamiast spotykać się po szkole, żeby robić coś wspólnie? Czy byliśmy tak pochłonięci nadziejami własnymi i naszych rodziców, że nie umieliśmy wytworzyć wspólnoty? Albo chociaż wspólnej myśli? A może to normalne, a może wychowawca nie z tych czasów, a może po prostu zbyt nagle zaczęliśmy eksponować różnice będące między nami?
A może nikt nas tego nie uczył i nie pobudzał do takiego myślenia.
Uczyliśmy się pilnie... przyjmować kolejne wiadomości.
A może dlatego, ze "wspólnota" ta powstała z przymusu i jedyne co was łączyło to ten sam rok urodzenia?
OdpowiedzUsuńMyślę,ze żeby "spotykać się po szkole, żeby robić coś wspólnie" , trzeba mieć jakiś wspólny mianownik i przede wszystkim być w grupie z wyboru a nie z konieczności.
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńO tak :) goska byla najlepsza w intrygach. Pozdrawiam Cie - niesportowa goska.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam Cię, niesportowa Gośka!!! :)
UsuńŁączył nas rok urodzenia i miejsce zamieszkania - to fakt. Gdybyśmy się wówczas z tą szkołą identyfikowali, byłoby może inaczej. Ona była wtedy tylko siermiężnym obowiązkiem, niestety. Ale nie uważam, żeby nie można było nawet w takich warunkach zawiązać wspólnoty.
OdpowiedzUsuń