niedziela, 14 lutego 2016

Między innymi

Świątynię zdobiły odrestaurowane freski, rzeźby, obrazy świętych, przebogate kryształowe żyrandole. Zawieszone babcinymi rękoma różańce w bocznym ołtarzu, aż piszczały z niedopasowania do eleganckiej architektury. Piszczały, ale nikt zdjąć ich nie miał sumienia.
W ciszy, ławki zaczęli wypełniać wierni. Nikt się nie witał, ani nie uśmiechnął. Kamienna, poważna cisza. Zwróceni twarzą w stronę głównego ołtarza cierpliwie wyczekiwali pieśni na wejście. 
Stały, przewidywalny porządek modlitwy, przez lata praktykowany, dawał jej poczucie stałej, był jakimś punktem odniesienia. Choćby krytycznym. Może dlatego w ogóle tam weszła?

Podeszła do przednich ławek, tylne były już dostatecznie wypełnione. W pierwszej siedział tylko jeden mężczyzna. Nawet nie zwrócił uwagi, że chciała usiąść, wpatrzony wprzód.
- Przepraszam - powiedziała, a on odskoczył. Jakby wystraszony, przywołany do porządku. Najpierw zobaczyła jego wielkie oczy wydzierające się spod krzaczastych brwi, potem dopiero szarą, nieco spuchłą twarz, gołębią kurtkę. W dłoniach kurczowo trzymał sfatygowaną czarną, wełnianą czapkę. Przesunął się prędko i poprawił siwiejącą czuprynę, a potem wąsa. Wyczuła jakąś niepotrzebną nerwowość, ale poddała się ciszy i oczekiwaniu. 
Zabrzmiały pierwsze dźwięki pieśni, potem modlitwa, śpiew, klęczenie, "moja wina". 
"No moja. I to wielka" - gorzko mruknęła do samej siebie. Rzadko zresztą tak świadomie wypowiadała te słowa. Msza, jak zwykle miała momenty uwagi i odpływania w stronę własnych myśli, codziennych sprawi słynnego "ile mam jutro do zrobienia".

Tuż przed kazaniem dosiadł się młody chłopak. Buzia jak z obrazka, płaszcz i szal - jak z żurnala.
Siedzieli we troje, każdy ze swoimi myślami i intencjami. Patrząc w jedną stronę przeszli przez przydługawą homilię, mylącego się raz po raz organistę, przez klęczenie, stanie, siedzenie. Czasem bardzo uduchowione, ale nie do końca idealne i medytujące. 

I wreszcie nastąpił ten moment pęknięcia, przełamania. Wyraźnie spojrzeli sobie w oczy - serdecznie, normalnie, z godnością i dobrą intencją. Ściskając ręce, darowali uśmiech. O, jeszcze ta pani w tej wielkiej czapie, i gość obok niej. Ktoś ją trącił z tyłu i podał rękę, więc skoro się już odwróciła, to sama wyciągnęła do kilkorga osób, które stały w pobliżu. Każdy z nich wyciągał rękę bez wahania. Nikt ich o to nie prosił, nikt nie zmusił. Nie czeka ich za to nic spektakularnego.
Wyciągając swoją dłoń przełamali się sami i nie w swoim imieniu. Że nie w swoim - może jeszcze nie do końca są tego świadomi. 

Podczas osobistej modlitwy zapadła się w swoje myśli, a tymczasem organista rozpoczął śpiew. Czy wcześniej naprawdę tego nie słyszała? Próbując zostać niewidzialną zakrywała siłą umysłu swoje oczy i uszy - jak dziecko krzyczące "nie ma mnie". Ale była - stała tam  i słyszała wszystko. 
Gość w szarej kurtce usiłował dobić głosem do melodii kantora, ale udawało mu się to może co piąty dźwięk. Jego osobista melodia brzmiała za to bardzo logicznie, bez skrępowania, ale też cienia pychy snuła się gdzieś w pomiędzy. Chłopak z prawej śpiewał tak samo nienagannie, jak się prezentował. Zawodzącą babkę w przydużej czapie słyszało pół kościoła.
W końcu i ona się dołączyła. To nic, że ledwo dochodziły do jej własnych uszu słowa, które wyśpiewywała. Z początku było to drażniące, ale nie zdobyła się na zatkanie uszu, żeby lepiej słyszeć siebie. Pieśń wielu głosów już w powtórce refrenu zgrała się w niekształtną całość, która dzięki swojej nieforemności tak uważnie sunęła do przodu, z wersu na wers coraz odważniej, lepiej, sprawniej. Poczuła jakiegoś rodzaju satysfakcję, radość, może nawet akceptację? Tak, chyba poczuła, że znalazła swoje miejsce - między innymi. 
Śpiewała, jak umiała, oni też. 

Po wszystkim zapadła cisza przerywana szuraniem butów o posadzkę. Znów, ktoś komuś coś podał, bez komentarza. 

Z rosnącej szczeliny otwieranych drzwi przebił się promień światła. Otulił ją ciepłem, weszła weń i znalazła się w codziennym gwarze. Gdzieś ktoś grał na gitarze, to przejechał tramwaj, złośnik trąbnął odruchowo. Była znów między innymi. 

poniedziałek, 8 lutego 2016

co to jest improwizacja?

Jako pierwsza pytanie „co to improwizacja” zadała mi pytanie Pani, która uczyła mnie „elementarza” tej sztuki. Podziwiam ją, jak dzielnie znosiła moje poszukiwania dominant w każdej tonacji „do czterech znaków” oraz jak bardzo lubiła wszystkie trzaski w drewniane skrzydło fortepianu.
Cóż mogłam wówczas odpowiedzieć, jako piętnastolatka mniej, lub bardziej uczciwie ćwicząca wykonawstwo fortepianowe? Każda odpowiedź wydawała mi się pusta i bezsensowna. Na próbach definicji upłynęło nam w sumie wiele lat, bo nieustannie powracałyśmy do istoty tego, czym się wspólnie zajmujemy. Improwizowałyśmy grając, gadając o sztuce, śmiejąc się w różnych rejestrach, czasem stawiając koślawo palce na klawiaturze. Nigdzie indziej nie było wolno. 
Improwizowanie zażądało uwolnienia się. 

Na tak zwanych lekcjach najmniej istotny był efekt, ważny był za to proces - to, na ile świadomie podążam za swoim wyobrażeniem, myślą, chęcią., uważność w słuchaniu tego, co robię - w naszych (moich) improwizacjach absolutnie wszystko było ważne. Nawet to, co nieistotne. Okazywało się, że nawet najgłupszy, skręcający ucho zgrzyt, stanowił element bez którego improwizacja nie obyłaby się. Potem dało się grać same zgrzyty i też było pięknie. Wszystko zaskakiwało i (nie zawaham się) budowało osobowość. 

Akceptacja. 
Radość. Smutek. Zaskoczenie. 
Opowiadanie. 
Poznawanie. 
Odkrywanie. 
Myślenie. Niemyślenie. 
Milczenie.

Wybrnięcie z sytuacji.
Coś z niczego -
przełomowe lub bez sensu (jeszcze?).


Improwizacja.

sobota, 6 lutego 2016

bezsiłka

Bezsiła dotknęła najdotkliwiej, jak umiała.
Zaczęło się.
Zapominanie słów, rozsypywanie inspirujących myśli bez porządku i kierunku, zachwyt spętany smutnym powątpiewaniem - żeby nie rozochocił przypadkiem. Pozostało ratowanie spacerem na przekór. Jak nie pomaga, to jeszcze jeden. I jeszcze.

Spacerowanie, myślenie, proces, spacerowanie, brak myśli, powrót myśli. To jak pielgrzymka w intencji utrzymania się przy ziemi - rozpaczliwe szukanie gruntu pod stopami. Żmudne, męczące i smutne. Jakże nasze.
A wydawałoby się, że to takie piękne wędrowanie. No tak, piękne... Słońce głaszcze swoim blaskiem, wokół życie nie ogląda się na nikogo i idzie dalej. Idzie tam, dokąd je prowadzą chęci, a nawet one wędrują ostatkiem sił.
Naprawdę nie?

Bezsiła rozochaca się i podnieca. Jak wojownik zdobywa coraz więcej, lepiej, wcale nie szybciej, za to skutecznie. Strategia dla każdego ta sama - "tylko konsekwentnie".
To pasożyt. Istnieje tylko dlatego, że zabiera. Gdyby nie było czegoś do zawłaszczenia, nie byłoby jej.

Dobrze byłoby, gdyby wreszcie zrozumiała, że nikt specjalnie jej o nic nie prosi. Nikt jej nie chce. Odpocząć można w spokoju, a nie udręce.
Niech więc pójdzie sobie i nie zawraca głowy.
Nie da się przekupić, ani przechytrzyć, oszukać.

Idź sobie.