Dziwne, jak każdego dnia przeciętny nauczyciel zmierza się... z porankiem. Nie wiem jaki szaleniec, oprócz Krystyny, rzecz jasna, pragnie wstać, założyć torbę na ramię i podążać dziarskim krokiem do swojej placówki oświaty. Nie da się każdego dnia robić tego z takim samym błyskiem w oku, a przecież Młode Oko potrzebuje tego codziennie, tak samo jak potrzebuje codziennej, matczynej miłości. Bardziej lub mniej świadomie codziennie idzie po "nowe": po ocenę, naganę, pochwałę i... po przerwę.
"Motylki to tylko na początku" mawia Krystyna, a jednak wszyscy ją lubią.
Krystyna - to właśnie ona zmusza Marka, Arka i mnie do myślenia. Nie ten nudny fizyk, ani nawet Nowa od polskiego, która wyluzowuje nawet najbardziej wyluzowanych z szóstej klasy.
A my? Marek, Arek i ja? Jakimi belframi będziemy za te 20 lat?
Nadal gimnastykuję się uczciwie, żeby lekcję przeprowadzić z tzw. modną passssją. Czy właściwie? W tej chwili uświadamiam sobie, że to jest błąd, że nie tak powinniśmy pracować i nie tego powinniśmy wymagać od nauczycieli swoich dzieci. Jedyne, co powinno się zrealizować w szkole to POWOŁANIE.
W słowie tym zawiera się "wołanie". I to wołanie nie byle jakie, tylko wołanie "po" coś. Powołany ma kochać to, co robi, a nie podniecać się błyskotliwą lekcją. Siermiężne? Chyba jednak nie. Raczej "stałe" i z pięknymi chwilami uniesień, z mocnym gruntem pod stopami i miłością do swoich uczniów. I nienawiścią do dziennika - rzecz jasna.
Pasja mija: raz jest, raz jej nie ma. Działa jak afrodyzjak, jak eros, a nie amor. Przyciąga i daje świeży powiew, który jest konieczny do życia, ale czy buduje je całe?
Kwiaty, kawa i do pracy.
A może ja się po prostu starzeję?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz