czwartek, 18 grudnia 2014

Tekla

Tekla. Tak właśnie ma na imię kolejna moja ulubienica. 
Za każdym razem, kiedy wchodzi na lekcję, zastanawiam się co ona w ogóle robi w szkole muzycznej. "Co ona w ogóle robi w szkole?" to kolejna, jeszcze ciekawsza kwestia. 
Tekla jest dziewięcioletnim posągiem. Popiersiem. Gają i Demeter w jednej osobie. Afrodytą, archetypem, Ariadną, Baronową. Ta mityczna zjawa, jeśli tylko pojawi się na lekcji, wprowadza święty duch spokoju, a nawet lekki smrodek lenistwa.
Wszelkie próby świadomego nauczania skazane są z góry na porażkę, bo Tekla, uwaga, jest ponad to.  Nie mogę powiedzieć, że jest filozofem, bo ten musi ściśle i konsekwentnie myśleć - krok po kroku. Tekla pływa między pojęciami, pytania uroczo zbywa stwierdzeniem "nie widzę różnicy" teatralnie zawieszając wzrok na portrecie Chopina. 

Ach...

Tekla jest skrzypaczką. Jej nauczycielka przed każdą lekcją pije melisę. Trudno jej nie zrozumieć, bo Tekla uparcie gra swoje. Każdą fałszywą nutę akceptuje z należytym szacunkiem i mocno się z nią zżywa. Oczywiście całym, wielkim, ciepłym i tętniącym sercem kocha muzykę. To samo wielkie serce kocha obrazy (nieważne czyje), kocha przyrodę (nieważne jaką), kocha zwierzęta - im bardziej pokrzywdzone i zapomniane przez świat, tym lepiej.

Biedna, dziś znów musi iść do szkoły. 
"Kiedy to się wreszcie skończy? Kiedy będę mogła WRESZCIE zrobić coś istotnego?" - pytania zamącają jej myśli.
Płótno czeka na wyszycie kwiatów, należy oberwać zeschnięte gałązki paproci stojącej w salonie. I trzeba napić się herbaty w przyzwoitym towarzystwie, omówić losy Połanieckich, zadbać o los porzuconych przez świat myszy i pajączków... 

Jej ciemny i powolny głos z pewnością zapisze się w historii świata jako ten, który, nie znosząc sprzeciwu, wskaże wartości, obroni uciskanych, nada głębi płytkiemu rozumowi.
Bo najważniejsze to przecież pokój i miłość do świata. 
Technologia? Nauka? ORTOGRAFIA? - "nie widzę różnicy, to wszystko skomplikowane".

wtorek, 16 grudnia 2014

Błogie '90 - Barbie

W obliczu postępujących zmian systemowych, nie sposób było pozostać tym samym człowiekiem. Zmieniało się wszystko i wszyscy - na wyścigi.
Zamiast przaśnej kapusty kiszonej zaczęliśmy jadać cytrynę, ziemniaki zastąpiły frytki, a czerwone jabłuszko wyparło zielone, kwaśne, okrągłe "coś z naklejką", po zjedzeniu którego, przez całe popołudnie bolał brzuch. I wreszcie, w każdym szanującym się, nowoczesnym domu miejsce znalazła... mikrofalówka. Sprzęt, który niczym ludzki żołądek dokonywał pierwszego trawienia i z powodzeniem, nawet kilka razy, odgrzewał kotlety. 

Pod przestronnym i wysoko sufitowym mieszkaniem babci Tereski, powstał bar. Nagle i niespodziewanie, obok mlecznego za rogiem wyrosła dziewczyna z wybielonym uśmiechem, trzymająca tacę, a na niej hamburgera. I wcale nie była chuda.
Bar-bie.
Barbie.
Żaden mleczny, przaśny z pomidorową w roli głównej.
To był czerwony bar z plastikową ladą i metalowymi krzesełkami z czarną skóro-podobną okrągłą poduszką do siedzenia.

W barze tym spotykała się elita przydrożna i gawędziła po łacinie, nad wyraz ekspresyjnie. Za ladą stała pani, która podawała strawę pachnącą innym, nieznanym światem - wysmażony olej spływający po kotlecie, jakiś pomidor przerobiony na miazgę, bułka z sezamem, nieśmiała sałata i kawał cebuli.
Barbie serwowała pierwsze polskie hamburgery! Cudowne, tłuste, wielkie, często z surówką z czerwonej kapusty.
Trudno o takiego w barze zwanym Restauracją.

Barbie zachęcała zapachem, smakiem, białym papierkiem z czerwonym, firmowym napisem. Oczywiście na każdej ścianie były lustra, można było więc obserwować się z każdej strony podczas jedzenia. Kelnerka z niebieską powieką mówiła, jak dawniej, "proszszsz" i wywracała oczami, kiedy musiała chwilę zaczekać "na drobne". Zamiast Coca-Coli nadal piło się Pepsi w szklanej butelce i przepraszało niebieską powiekę, że musi czekać.
Babcia łapała się za głowę, że takie coś w ogóle ktoś je, ale... no właśnie. Nie było alternatywy, bo babcine zupy pokornie jadła tylko jej synowa - moja matka, dyplomatka z ogromnym poczuciem taktu.
W barze zawsze siedział Rychu z podbitym i Szef z łańcuchem typu GOLD, ale nikt mnie nie zaczepiał, tylko pytali, czy idę do babci. Nie wiem, może ona zaczepiała ich w pełni świadoma jak okropnie gotuje i, że nie mogę być cały czas najedzona... 

Barbie nie pretendowała do bycia jednocześnie chudym i najedzonym, naturalnym białkiem i mikroelementami. Była po prostu plastikowa, lekko zmęczona, ale kolorowa.
Dziś już nie ma Barbie, jest za to nie jeden bar zwany Restauracją, a w znanych miejscach pojawiają się bary z kotletem na niby
Tamten był jeszcze prawdziwy, choć już troszkę zmodyfikowany...

Ale o tym - kolejna historia.










niedziela, 7 grudnia 2014

Zmęczony i kolęda



Spokojnie, do Świąt jeszcze trochę.
Szkoła jednak zawsze działa z wyprzedzeniem. Tak robiła od lat i nic się tu nie zmieni. Świątecznego Ducha wyczuwa już każdy uczeń oczekując przyjścia Wybawiciela, który zwalnia z lekcji całą klasę, całą szkołę i w ogóle wszystkie dzieci - hura.

Wybawiciel i kolęda...

Do klasy wchodzi Tomek Zmęczony. Trudno o inne imię. Uczę go, gdy zapada zmierzch, a on przy każdym uderzeniu w klawisz, ciężko wzdycha. Żadnego błysku w oku, żadnego "ale fajnie", za to wiecznie zniechęcone "nie wiem" i ciemność pod oczami. Zmęczony siada do klawiatury automatycznie skręcając kręgosłup jak krewetka i czeka, aż "coś" się wydarzy wyglądając "spode łba". Zwykle wtedy coś gram, ale nie tym razem.
Bardzo mu współczuję. Nie wiem, czy sama wytrzymałabym życie w takim natłoku obowiązków i presji nieustannego oceniania. Patrzę na te oczy i życzę im, żeby natychmiast ziemia przyspieszyła i Wigilia nastała nazajutrz, a potem znów zwolniła bieg, aż do 1-go stycznia. 
Nie o tym jednak.

Proponuję Zmęczonemu granie kolęd. "Znasz? Śpiewasz? Którą lubisz?" pytam zwyczajnie.
Niestety, Zmęczony nie wie o czym do niego mówię, a przerażenie w jego oczach przybiera olbrzymie rozmiary. "A wiesz co to kolęda?" ciągnę. Wtem następuje moment olśnienia przypieczętowany długim "a!!!". "Tak, no przecież" i Zmęczony daje sobie za przeproszeniem "w łeb". Niestety nie dzieli się ze mną swoją wiedzą. 
Ponownie zapada milczenie.
-No dobrze - powiadam - Kolęda to taka tradycyjna piosenka, którą wykonuje się tylko w okresie świątecznym. - I znów olśnienie, "aaa!!!" i samodzielny "buch w łeb". 
- No właśnie, to może zaśpiewasz jakąś kolędę i spróbujemy ją zagrać? Co Ty na to? Tak bez nut, jakbyśmy po raz pierwszy słuchali jakiejś piosenki i chcieli ją od razu zagrać.
- Oj, to będzie trudne - ciężko wzdycha Zmęczony i drapie się po głowie - ale po angielsku?
Szczerze mówiąc w ogóle nie przyszłoby mi do głowy, żeby Zmęczonego torturować angielskim na lekcji fortepianu.
- Nie, po polsku. - odpowiadam
- Oj, to nie wiem... Znam tylko "Chwała na Wysokości"
- Ach! Czyli "Przybieżeli do Betlejem"! Świetnie!
Zmęczony się niecierpliwi.
- Nie, tego nie znam. Mówiłem już "Chwała na Wysokości"! - i tu się już wystraszyłam, że tym razem w "łeb" dostanę i ja.
- Kiedy właśnie to ta sama kolęda. Bardzo piękna i bardzo znana. Posłuchaj.
Nauka nie idzie łatwo, ale okazuje się, że ta ograna z każdej strony kolęda, na dodatek polska i bez angielskich podtekstów i przypisów, brzmi całkiem nieźle. Gramy sobie na cztery ręce, albo na dwie - każdy prawą, albo lewą.


Zmęczonemu udaje się przetrwać i nawet na moment zapomina o tym, jak ciężki czeka go jutro dzień - szachy, basen, akrobatyka, judo, polski, kaligrafia, eksperyment na przyrodę i apel po trzeciej lekcji z oceną z zachowania...
W końcu nadchodzi  wyczekany przez Zmęczonego moment KOŃCA.

- Wie Pani co? Gdybym chodził nie do 1a tylko do 1c, to bym umiał te kolędy. W "c"  jest taka pani w rudych włosach i oni się uczą tych piosenek. Ja ich tylko trochę podsłuchuję na przerwie.

Zmęczony założył na ramię swój tornister, upewnił się, że jego sto osiemdziesiąt zeszytów i dziesięć grubych książek nadal są na miejscu i poszedł do domu skontrolować eksperyment na "przyrodę". Tornister, podobnie jak oczekiwania świata, przerastają go i wbijają mocno w ziemię. 

A kolęda, choć niewidzialna, gdzieś mu brzdąka swoje frazy i nie potrzebuje żadnych eksperymentów, tylko, jak się okazuje, fajnej pani z "c".

środa, 3 grudnia 2014

O, Kulturo.



Była sobie raz i kiedyś Kultura. Nie mieszkała za górami, ani lasami, tylko miedzy ludźmi. Potrzebowano jej na co dzień i od święta. Niektórzy widzieli ją w teatrze, inni podczas koncertu, 
a byli i tacy, co mieli ją zawsze i nie opuszczali nawet, gdy pili.
Prostolinijna, szczera, mówiła językiem zrozumiałym, choć każdy rozumiał go inaczej. Ci, zza drugiej strony rzeki mówili z sobą na migi, nie rozumieli dźwięków. Mimo to, Jej mowa była dla nich zrozumiała. Zachwyciwszy się ruchem jej warg i okrągłą gestykulacją, siadali na brzegu i niby nie słysząc, słuchali.

I tak żyli sobie ludzie - stare, śpiewające baby, dziadowie, panowie w muszkach, dzieci w podkolanówkach i kobiety w eleganckich sukniach. 
Kultura chodziła między nimi, wiązała ich podarte myśli i prostowała skrzywione kręgosłupy. Dzięki niej, ludziom lepiej chodziło się i rozmawiało - wyprostowanym i spójnym. Ludzie kochali się i nie chcieli opuszczać swoich wiosek. 
Owszem, podróżowali, ale nikogo i niczego nie opuszczali.

Pewnego dnia pojawiła się Guma - zwinna i sprawna, o wiele szybsza. Wystarczyło ją trochę rozgrzać i okazywało się, że robi to samo, co Kultura, tylko milion razy szybciej. Guma gięła się na tysiące sposobów, wyciągała język, machała nogami i pokazywała więcej niż ludzie chcieli. Samych ich zaskoczyło, że można tyle zobaczyć. Polubili Gumę. Była swojska, ale "świeżutka".
W końcu sami zaczęli wyjmować języki, machać nogami i pokazywać więcej, niż chcieli. Ale wtedy Guma podstępem zlepiła im języki, nogi, ręce, tak, że nie mogli się już ruszyć. Padli na ziemię zlepieni w jedną wielką, niezgrabną bryłę.
Nadzy, leżeli jeden na drugim zziębnięci i wystraszeni, powyginani, zniecierpliwieni i głusi od hałasu.
Poplątane języki nie pamiętały już tego, co mówiły przed pojawieniem się Gumy. Nie potrafiły wybełkotać prawdziwych słów. Przestrzeń między ludźmi stała się obca, nieznana.
Panował chaos.

I wtedy ktoś zaczął mruczeć jakąś melodię. Chyba tę samą, którą śpiewała jego babka gotując kaszę. Słów nie pamiętał i mruczał trochę fałszywie, ale nie przestawał. Coś drgnęło w dziewczynie leżącej obok. Przecież znała tę babkę, bo przyjaźniła się z jej ciotką.  Słyszała więc piosenkę.
Dołączyła i poprawiła fałsz.
"Ale to nie tak było" wybełkotał chłopak z obdartym kolanem. Poprawił czwarty takt. 

Po latach mruczeli już wszyscy, ale wciąż brakowało im słów.

Kultura stawiała pierwsze taneczne kroki.




wtorek, 2 grudnia 2014

KIEDYŚ

Mamy po trzydzieści lat. Nasze głosy zaczynają być słuchane, rozważane na poważnie. Okazuje się, że jesteśmy specjalistami, zakładamy własne firmy, wchodzimy w fazę kreowania rzeczywistości, żyjąc w przekonaniu, że coś zmienimy. Czy będziemy mądrzejsi od tych, którym zaprzeczamy, trudno orzec. Jest jednak coś, co potwornie ciąży i doskwiera, nie pozwalając przebić się do końca przez swoje marzenia. 

To dziwne kiedyś.

Jest sentymentalne i rozżalone, płacze nad teraźniejszością. Nie pozwala się pogodzić z tym, że ktoś, jeszcze wcześniej niż kiedyś, wylał beton na zabytkową posadzkę. Upojony swoim lamentem, 
nie widzi go i dlatego nie burzy szarej tandety. Ciągle patrzy za siebie, potykając się o korzenie przebijające kruchy materiał. 
Kiedyś - wiecznie obecne w dzieciństwie, ukryte w myślach i dezaprobacie mentorów zapomniało nauczyć jak myśleć, budować mimo wszystko. Przeoczyło moment, w którym należało rozkochać 
w tożsamości, bo zaprzeczyło temu, że żyjemy tu i teraz. Że w ogóle żyć trzeba, zapomniało dodać przypisu. A przecież tylko po to znosi się ból i cierpienie - żeby żyć. 

Kiedyś, to było inaczej. 
To nie to, co kiedyś.
Nawet nie masz pojęcia, jak to kiedyś ciężko było.
Cytaty z rzeczywistości. 

Ciężko, prymitywniej, siermiężniej - czy to znaczy lepiej

Czy wziąć w nawias teraźniejszość i żyć tym, co było - to cnota? Może należy wpleść się w obce wspomnienia i zagnieździć się w ich cieple?


Tworzyć swoje, nowe
TERAZ.
Zadanie dla chętnych, na szóstkę.