Tekla. Tak właśnie ma na imię kolejna moja ulubienica.
Za każdym razem, kiedy wchodzi na lekcję, zastanawiam się co ona w ogóle robi w szkole muzycznej. "Co ona w ogóle robi w szkole?" to kolejna, jeszcze ciekawsza kwestia.
Tekla jest dziewięcioletnim posągiem. Popiersiem. Gają i Demeter w jednej osobie. Afrodytą, archetypem, Ariadną, Baronową. Ta mityczna zjawa, jeśli tylko pojawi się na lekcji, wprowadza święty duch spokoju, a nawet lekki smrodek lenistwa.
Wszelkie próby świadomego nauczania skazane są z góry na porażkę, bo Tekla, uwaga, jest ponad to. Nie mogę powiedzieć, że jest filozofem, bo ten musi ściśle i konsekwentnie myśleć - krok po kroku. Tekla pływa między pojęciami, pytania uroczo zbywa stwierdzeniem "nie widzę różnicy" teatralnie zawieszając wzrok na portrecie Chopina.
Ach...
Tekla jest skrzypaczką. Jej nauczycielka przed każdą lekcją pije melisę. Trudno jej nie zrozumieć, bo Tekla uparcie gra swoje. Każdą fałszywą nutę akceptuje z należytym szacunkiem i mocno się z nią zżywa. Oczywiście całym, wielkim, ciepłym i tętniącym sercem kocha muzykę. To samo wielkie serce kocha obrazy (nieważne czyje), kocha przyrodę (nieważne jaką), kocha zwierzęta - im bardziej pokrzywdzone i zapomniane przez świat, tym lepiej.
Biedna, dziś znów musi iść do szkoły.
"Kiedy to się wreszcie skończy? Kiedy będę mogła WRESZCIE zrobić coś istotnego?" - pytania zamącają jej myśli.
Płótno czeka na wyszycie kwiatów, należy oberwać zeschnięte gałązki paproci stojącej w salonie. I trzeba napić się herbaty w przyzwoitym towarzystwie, omówić losy Połanieckich, zadbać o los porzuconych przez świat myszy i pajączków...
Jej ciemny i powolny głos z pewnością zapisze się w historii świata jako ten, który, nie znosząc sprzeciwu, wskaże wartości, obroni uciskanych, nada głębi płytkiemu rozumowi.
Bo najważniejsze to przecież pokój i miłość do świata.
Technologia? Nauka? ORTOGRAFIA? - "nie widzę różnicy, to wszystko skomplikowane".
