W obliczu postępujących zmian systemowych, nie sposób było pozostać tym samym człowiekiem. Zmieniało się wszystko i wszyscy - na wyścigi.
Zamiast przaśnej kapusty kiszonej zaczęliśmy jadać cytrynę, ziemniaki zastąpiły frytki, a czerwone jabłuszko wyparło zielone, kwaśne, okrągłe "coś z naklejką", po zjedzeniu którego, przez całe popołudnie bolał brzuch. I wreszcie, w każdym szanującym się, nowoczesnym domu miejsce znalazła... mikrofalówka. Sprzęt, który niczym ludzki żołądek dokonywał pierwszego trawienia i z powodzeniem, nawet kilka razy, odgrzewał kotlety.
Pod przestronnym i wysoko sufitowym mieszkaniem babci Tereski, powstał bar. Nagle i niespodziewanie, obok mlecznego za rogiem wyrosła dziewczyna z wybielonym uśmiechem, trzymająca tacę, a na niej hamburgera. I wcale nie była chuda.
Bar-bie.
Barbie.
Żaden mleczny, przaśny z pomidorową w roli głównej.
To był czerwony bar z plastikową ladą i metalowymi krzesełkami z czarną skóro-podobną okrągłą poduszką do siedzenia.
W barze tym spotykała się elita przydrożna i gawędziła po łacinie, nad wyraz ekspresyjnie. Za ladą stała pani, która podawała strawę pachnącą innym, nieznanym światem - wysmażony olej spływający po kotlecie, jakiś pomidor przerobiony na miazgę, bułka z sezamem, nieśmiała sałata i kawał cebuli.
Barbie serwowała pierwsze polskie hamburgery! Cudowne, tłuste, wielkie, często z surówką z czerwonej kapusty.
Trudno o takiego w barze zwanym Restauracją.
Barbie zachęcała zapachem, smakiem, białym papierkiem z czerwonym, firmowym napisem. Oczywiście na każdej ścianie były lustra, można było więc obserwować się z każdej strony podczas jedzenia. Kelnerka z niebieską powieką mówiła, jak dawniej, "proszszsz" i wywracała oczami, kiedy musiała chwilę zaczekać "na drobne". Zamiast Coca-Coli nadal piło się Pepsi w szklanej butelce i przepraszało niebieską powiekę, że musi czekać.
Babcia łapała się za głowę, że takie coś w ogóle ktoś je, ale... no właśnie. Nie było alternatywy, bo babcine zupy pokornie jadła tylko jej synowa - moja matka, dyplomatka z ogromnym poczuciem taktu.
W barze zawsze siedział Rychu z podbitym i Szef z łańcuchem typu GOLD, ale nikt mnie nie zaczepiał, tylko pytali, czy idę do babci. Nie wiem, może ona zaczepiała ich w pełni świadoma jak okropnie gotuje i, że nie mogę być cały czas najedzona...
Barbie nie pretendowała do bycia jednocześnie chudym i najedzonym, naturalnym białkiem i mikroelementami. Była po prostu plastikowa, lekko zmęczona, ale kolorowa.
Dziś już nie ma Barbie, jest za to nie jeden bar zwany Restauracją, a w znanych miejscach pojawiają się bary z kotletem na niby.
Tamten był jeszcze prawdziwy, choć już troszkę zmodyfikowany...
Ale o tym - kolejna historia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz