czwartek, 27 marca 2014

Zaraz zaraz, a deszczyk?

Jest piękny wiosenny dzień i lekcja rytmiki w mojej ukochanej MIEJSKIEJ Szkole. Wokół sześciolatki. Sala raczej sfatygowana po całym dniu prowadzenia zajęć. Ławki już nie w takim porządku, wokół unosi się kredowy kurz, a i ja jakaś do poprawki. Szczerze mówiąc już mam serdecznie dość i za każdym razem chcę odwołać tę ostatnią lekcję. Ale nie mogę - i tak czekam na kolegę współpasażera. On jest taki obowiązkowy, że chyba nigdy by nie zwiał z niczego (może poza własnym ślubem, z którego faktycznie dał nogę…). Trudno. Dzwonek na entree.
Najmłodsze pokolenie polskiej inteligencji wchodzi do sali. Wchodzi? Oni po prostu nadlatują. Trzymam komputer nauczycielski - pecet z prawdziwego zdarzenia kilka roczników temu. Muszę się z nim uporać, sprawdzić nowocześnie obecność, wpisać temat i trafić w enter. Uff.
Jest i mój ulubieniec, nr 9. Zupełnie nie rozumiem dlaczego rodzice nie nazwali go Henryk tylko Ignacy. To ostre "I" i połamanie "gn" jest jakąś kompletną pomyłką. "Heniek" pasuje idealnie. Wygląda zawsze tak, jakby coś właśnie reperował w piaskownicy i z łaski przyszedł na lekcję muzyki - musiał odstawić robotę, żeby odbębnić tę lekcję. Trudno, ja, nauczycielka, muszę dźwigać ten ciężar. W starszych klasach jest ich więcej…
Zwykle staje w charakterystyczny sposób - PEWNIAK. Najchętniej poprzestawiałby ławki, ale, że się nie da, wskakuje więc pod krzesło i jest przekonany, że go nie ma, a ja jestem tak ślepa i stara, że nie jestem w stanie go złapać wzrokiem. Nawet nie mam serca go prosić, żeby wypełzł. Ta twarz mówi wszystko "ha, nie widzi mnie! ha! jestem sprytny!jeszcze chwilę i będzie mnie szukać!" - i kto wie dlaczego tak naprawdę tak robi… 
Heniek nie zastanawia się długo, tylko bierze los w swoje spracowane, brudne jak ziemia ręce i rusza... do zabawy, kiedy słyszy muzykę. Hura! Oczywiście jak zwykle wydaje mi się, że odkrywam przed nimi piękno sztuki, sama podniecam się swoją grą na ledwo żywym pianinie. Opowiadam. A wiosna nastraja metafizycznie... Szukamy więc skarbu. Dzieją się różne przygody po drodze, zmyślone i nieraz mogłoby ich nie być. W końcu znajdujemy ziarno. Wszyscy przeżywają autentyczny zawód, bo co to za skarb? - do zwrotu (z paragonem). A ja już na wyżynach metafory: wiosna, życie, odrodzenie, nowa myśl, logos, dia-logos, eh…
Heniek odpływa, więc na wszystkich po kolei wpada, ekspresja rozpiera jego wątłe ciałko. W końcu postanawiamy zasiać to ziarno. Trzeba zrobić dziurę. HENIEK kopie w parkiecie. W końcu staje w rozkroku godnym pewniaka, chwyta się pod bok jedną ręką i patrzy w tę niewidzialną dziurę, o której istnieniu jest przekonany, bo "przecież sam ją kopał, to wie!".
- Proszę Pani, ale to się tak nie da - dodam, że dyszy -Ja potrzebuję łopaty. Ma Pani jakOMś?- w takich chwilach wiem, że żyję.
- Tak, weź tę największą z czerwoną rączką. Jest pod lustrem - odpowiadam z pokerową twarzą.
- Dobra (!) - odpowiada Heniek i biegnąc po łopatę podnosi rękę na znak "dzięki". Wszystko jasne. Skoro łopata ma czerwoną rączkę, to nie ma wątpliwości, o którą chodzi. Pełne zrozumienie. 
Ziarno zakopane. Heniek zakopywanie poprawił nogą, bo "co on będzie se brudził rENce". A ja gram i gram. I mówię, że teraz z ziarna wykiełkuje jakaś fantastyczna roślina, której nikt jeszcze na świecie nie widział. Znów wznoszę się na wyżyny swojej mądrości - że ta roślina to oni, że są taką czystą, niezapisaną kartą, że kiełkują do życia i tak dalej i tak dalej… Jeszcze trochę i bym się wzruszyła.
Ale HENIEK przerywa.
- Zaraz, zaraz, proszę Pani! A deszczyk? 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz