poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Święty od Bezkrzyża składa ofiarę


Skoro nie wojna, to może chociaż wojenka? - na skromne, prowizoryczne, nasze polskie możliwości...
Ostatnio panująca duchowa jedność zawiązana przeciw Putinowi, w kontekście polskim pojęcie o raczej szarych (a może bardziej czerwonych?) konotacjach, najwyraźniej się znudziła. Zróbmy więc sobie demonstrację i rozpocznijmy dyskusję religijno-niereligijną. Będzie z pewnością płodna, odkrywcza i twórcza! Tak!
Oto 29 marca na Rynku Starego Miasta w Warszawie odbywa się inscenizacja ścięcia głowy Kazimierza Łyszczyńskiego, który za swój traktat „O nieistnieniu Boga” został skazany na karę śmierci 325 lat temu. Stracony w asyście wysokich hierarchów Kościoła.W roli Łyszczyńskiego występuje znany i lubiany przez media etyk, filozof, profesor Jan Hartman. Dziś należałoby dodać modnie „performer”...
Na łamach „Polityki” profesor wyjaśnia celowość swojego udziału w... no właśnie. Trudno powiedzieć co to było. Hartman bowiem nie pozwala nazwać wydarzenia „przedstawieniem”. A cóż złego byłoby w tym słowie, skoro on sam, jako filozof, powienien rozumieć jego głęboki sens? Przed-stawienie: to „stawienie” (realizacja) „czegoś” przed oczami; to również pokaz indywidualnej wizji artysty, zaistniałej w jego umyśle (duszy?) przed „stawieniem” jej publiczności. 
Hartman zabawił się w aktora żądając szacunku dla przedsięwzięcia równego choćby Mszy świętej, czyniąc ateistów męczennikami swojej, w moich oczach, wiary. Czymże jest tak silny, fundamentalny, wojujący, wyznaniowy ateizm - jeśli nie wiarą właśnie? Czyżby nie wystarczały ateistom ich „odczarowana samoświadomość” oraz harmonia bytu powszedniego-racjonalnego? 
Ale do rzeczy - wszak mowa o toczącej się po Rynku krwawej głowie.
Dziwi mnie, że prof. Hartman jest gotów uciąć sobie głowę za tezę o nieistnieniu Boga. Jest ono tak samo absurdalne, jak to, że Bóg istnieje. Do tego właśnie potrzebna jest wiara, a nie dowód. Dowody na istnienie przedstawił św. Tomasz z Akwinu i wydaje się, że powiedział wszystko, co można było. Więcej nie można - Oświecenie przyniosło myśl o nieistnieniu racjonalnego wyjaśnienia dla istnienia Boga. 
W czym więc rzecz? Za co teatralnie oddaje życie Hartman? Oczywiście za pamięć i rozliczenie zbrodni Kościoła - bez wątpienia zapisujących się niechlubną kartą w historii Kościoła. Czy jednak pomnik polskiego Giordano Bruno, pielgrzymowanie do niego polskiej ateistycznej wspólnoty wystarczy filozofowi wyznającemu nieistnienie Boga? I czy Hartman pozwoli sobie za tę wiarę (nie-wiarę?) dopuścić się jakiegokolwiek aktu w imię swojego wyznania? 
Problem w tym, że temat wyznania jest w Polsce niezwykle chwytliwy, czasem nawet modny. Wywołuje zawsze te same, silne emocje, bywa tabu. Podobnie, jak problemy bio-etyczne, służy jako temat, na który każdy polak nie zawaha się wypowiedzieć, w przeciwieństwie do tematów bieżących, które trzeba z uwagą śledzić, niestety, bez emocji. Wydaje się, że (jakże pozornie!) każdy się na tym zna, każdy ma prawo i tak dalej i tak dalej... Wolność słowa przeradza się w pustą paplaninę - umiar, jak widać, nie jest cnotą. Temat przeszłości Kościoła, jego grzechów i zaniechań wystarczy rzucić na pożarcie mediom i ważne tematy stają się marginalne. A budząca się od czasu do czasu racjonalność (Hegel powiedziałby „duch”, ale chyba w tym kontekście nawet nie wypada się powołać na niemieckiego systemowca: „duch” brzmi niezbyt laicko) łamie się, a następnie kruszy jak porcelanowa filiżanka. Ale nie wybrzmiewa wcale szlachetnym dźwiękiem, tylko jęczy, buczy i przeklina.

Ponownie przecieram oczy ze zdumienia, trochę już zaczerwienione, patrząc na profesora filozofii - błaznującego... Kto dziś myśli o ethosie nauczyciela/myśliciela - jakże głębokie to, greckie pojęcia! Panie Profesorze... Czyżby godność funkcji i gotowość oddania życia za poglądy i wiarę były tylko marzeniem na szczęście NIE!ściętej głowy? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz