Na ulicach centrum miasta - tłumy młodych ludzi. Ci młodzi przyjechali, przylecieli nieraz z końca świata, żeby być ze sobą w wierze. Łażą więc po ulicach, starówkach, kościołach, rynkach, muzeach, knajpach i koncertach. Na koncertach stoją tuż pod sceną i śpiewają, krzyczą, płaczą. Ich flagi powiewają, jest ich mnóstwo. Nagle, znalazł się tu cały świat.
Można stać z boku i przypatrywać się temu, jak kwitnie młodość - Młody Kościół, Kościół Odmłodniały. Czyli taki, którego serce nie dotknęła racjonalność, a głowy nie zaprzątają już emocje. Skoro tak, słowo "Młody" otworzę w poniższym tekście wielką literą.
Młody to Kościół otwarty - zadbany, przyciągający Drugiego (nie: "innego") skinieniem głowy, dyskretnym zaproszeniem. Uśmiechnięty, radosny. Młody (Odmłodniały?) jest gotowy do działania, ale cały czas potrzebuje rady - jak działać sprawniej.
Młody staje na ulicy w kole i śpiewa przy akompaniamencie dźwięków własnych rąk, łazi do późnej nocy po mieście, robi znak krzyża przed jedzeniem, wzruszy go najmniejszy gest. Nie boi się ciemności, więc wchodzi w nią, gdy tylko usłyszy, że ktoś go woła, mimo, że konsekwencje bywają bardzo bolesne (ale on jeszcze tego zwykle nie wie).
I to właśnie Młody wychodzi i mówi, że chce mu się "w ogóle". Chce mu się tworzyć, jeszcze dokładnie nie wie co, ale chce... budować. W którą stronę dokładnie - ktoś starszy podpowie. Byle nie obśmiał pomysłu, nie zadrwił, tylko potraktował poważnie. Kiedy Młody zrobi to całkiem sam, wyjdzie banalnie, naiwnie, rzadko z szałem i błyskiem. Nie, pomyłka, błysk się właśnie pojawia. To trwałego blasku jeszcze nie ma. Czas na ostatni szlif jeszcze przyjdzie.
Ten błysk, iskra wytryskuje jak fontanna pośród tłumu. Tłum ten idzie z gitarami, bongosami i prostymi instrumentami z drewna. W końcu staje w wypełnionym ludźmi kole. Ktoś w centrum koła trzyma ozłocony Krzyż, który widać z oddali. Krzyż rośnie (bo to "składak" - turystyczny), ma już ze trzy metry. Nie jest mu więc potrzebny żaden stołek, aby ktoś, kto go niesie, sam został wyniesiony. Po prostu Krzyż widzą wszyscy, którzy stoją w kole i pozostali, którzy do koła się (jeszcze?) nie dokleili. Każdy widzi "o co tam chodzi", wystarczy unieść głowę.
Przyglądam się więc kto tam jest. Uroda tych twarzy wskazuje na ciepły, słoneczny zakątek świata - południowy, wielu jest ciemnoskórych. Ktoś kiwa do mnie, żebym dołączyła. Czy to naprawdę o mnie chodzi? Zastanawiam się jeszcze i myślę, że to... dziwne. Ja? w te tłumy? te głośne, rozśpiewane tłumy? Fajni są, ale czy ja tam pasuję? Sama nie wiem.
Myślę sobie, że może nadchodzi właśnie ten czas, kiedy trzeba uczyć się od tych, których kiedyś nawracaliśmy? My - chrześcijanie? Może idzie takie Chrześcijaństwo, o którym nam się jeszcze nie śniło (że na ziemi jest takie możliwe?), ale, na które mamy tak ogromną nadzieję. Być może czas mieć odwagę zadać sobie niewygodne i banalne pytania: czy potrafię porzucić smutek (że mój czas młodzieńczych śpiewów już minął), wstyd (że może to jednak nie ten etap ulicznych śpiewów) i po prostu od-młodzić swój Kościół? Odważyć się na odmianę w stronę rzeczywistego, owocującego Miłosierdzia?
Ten tłum, wspomniane koło potrzebuje każdego, kto nawet na niego nie spojrzy. Potrzebuje świeckiego, zwykłego człowieka, który się odważy, potrzebuje księdza, kardynała, papieża, matek, ojców. Potrzebuje tych, którzy cierpią, budowniczych, chorych, inżynierów, lekarzy, kelnerów, artystów, rzemieślników, sprzątaczek, prawników, bezrobotnych i producentów mebli.
To idę, najwyżej stanę tylko obok. Ale bliżej.

