środa, 30 kwietnia 2014

Wielkie otwarcie

Nastał wielki dzień. Kawa w samochodzie już wypita i wylana, z "Łi ar de werld" podjeżdżamy na szkolny parking - brzmi dumnie. Parkujemy przy śmietniku, przy którym ostatnio paliłam z Markiem. Tam zawsze jest miejsce. Parking mieści się na tyle szkoły od strony kuchni i jadalni. Kucharka zwykle obiera rano ziemniaki przy pół otwartych drzwiach i w towarzystwie Księgowej G., która zawsze chętnie zakurzy. Księgowe tak mają… Nasza firma jest bardzo modna. Budynek szary, nawierzchnia wokół nieregularnie popękana, w parterowych oknach kraty. Jest klimat.
Dzień nie zapowiada się słonecznie, ale czego można się spodziewać po końcówce listopada? Jest po prostu zimno, szaro, mokro i okropnie. Nawet drzewo z resztami żółtych liści ścięto, bo przeszkadzało w budowie. Plac zabaw za to pstrokaty i piękny.

Już rano w pokoju nauczycielskim wisiał komunikat o tym, że na dużej przerwie o 10.30 mamy się zgromadzić na apelu szkolnym. W ogóle od rana czuło się jakieś podniecenie, nerwówkę i ekscytację. Sekretarka biega po korytarzu, Wąsa nie widać, obie WICE rano zwizytowały fryzjera, więc ich głowy widać z daleka. Pod opieką mam klasę drugą beee za którą ledwo nadążam biegnąc w moich nowych, wysokich butach. Ubrani i pozapinani po zęby wychodzimy na apel. Dopiero tam dotarło do mnie skąd ta ekscytacja. Jest prasa! telewizja! kamera! mikrofony! flesze! - istne szaleństwo! Wszystko jasne. Ciekawe, czy komuś przyszło do głowy przyjść do szkoły wcześniej i kręcić reportaż o tym, jak Wąs we własnej osobie budował plac dla swoich uczniów. Szkoda, że nie!

Mr Wąs z niekłamaną radością stanął na tle placu, a przed nim cała szkoła - wszyscy od I do VI klasy. Jeden przez drugiego zerka niecierpliwie, wpada na tych, co stoją z przodu, przypadkowo ktoś komuś naciągnie czapkę na oczy, a ten mu odda w tzw. pysk i już robi się fajnie. Wąs najpierw drapie się po głowie, głaszcze wąsa i wita wszystkich w garniturze i sportowej, czerwonej kurtce. To jest GOŚĆ. Jestem skłonna nawet twierdzić, że ci z szóstej klasy nie pozbywają się swojego wąsiątka oddając honor Seniorowi.
Jest powitanie: "w tym uroczystym dniu, bardzo się cieszymy", potem, że "kosztowało to dużo pracy i wysiłku, ale udało się!" na co wszyscy "hura!". W tym samym czasie kamera szpieguje nasze miny i reakcje, po to, żeby pokazać "tak naprawdę - jak jest". Wszystkie moje koleżanki udają, że ich to nie dotyczy, ale każda poprawia szal i robi komiczne grymasy, żeby wypaść jak najlepiej. Ja też, chociaż butów nie kupiłam z okazji otwarcia placu zabaw - przysięgam! Nagle wszystkie stajemy wyprostowane, przystojne. Niektóre jeszcze bardziej się przejmują i ukrywają niekorzystnie prezentujące się krągłości za swoimi uczniami. Ale są takie, co zachowują twarz pokerową, tę samą, która towarzyszy każdemu z nas, kiedy wstawia od e-dziennika pałę.

Pan Wąs tak się cieszy, że uśmiech mu z twarzy nie schodzi. Po jego przemowie, w której dziękuje wszystkim świętym, oddaje głos uczniom. Skrzypaczka Bożena wychodzi ze trojgiem uczniów I,II,III kl. i grają o Donaldzie, co miał farmę. Nie wiadomo o co chodzi. Fałsz za fałszem płynie z nut, zaczyna mżyć, a my wszyscy cały czas twardo studiujemy co ten Donald trzymał na farmie "iaaaijaaajoooo": pieśń ze słowami i bez końca. Świna chrum chrum, krowa muuu, kaczka kwa kwa, myszka pipi… a przy tym wszystkim chemica, fizyca, matematyk, dyrektor, katecheta Michał, Marek, Areczek i ja w szpilkach. Czuć jakiś absurd tej sytuacji.
W końcu Pan Wąs prosi dwóch uczniów: najmłodszego i najstarszego o wspólne przecięcie wstęgi. Wychodzą Paweł i Gaweł, jeden wysoki, drugi malutki, obaj w tych samych czapkach: pompon i daszek. Taki widok jest dość wymowny. Być może jest właśnie tak: nieważne czy starszy, czy młodszy gust masz ten sam (a może potrzeby, a może pieniądze, a może to w ogóle nieważne, co masz?).  Idą zlęknięci i dumni jednocześnie. Dostają nożyce i nie wiadomo kto ma zacząć. Kamera robi zbliżenie. W końcu starszego łapie surowy wzrok Wąsa i już wiadomo, co trzeba zrobić. Starszy mówi - "przetnij troszkę, a ja dokończę, ok?". Uff. Wstęga przecięta, kamera objęła historyczny moment, chłopcy nie zapomną tego nigdy. WICE uśmiechają się szeroko, coraz odważniej łapiąc kadr. Jedna z nich, DZIENNICZKA charakterystycznie potrząsa głową i ukrywa uśmiech. Druga, LUCY, nie posiada się z radości, śmieją się nawet jej niezmiennie błękitne kreski na oczach.

Zaczęło padać, jak zwykle zresztą w listopadzie. Ale kto przewidzi niesprzyjające warunki pogodowe w Polsce?

Mr Wąs otwiera ręce w geście powitania i mówi "A teraz? Na co czekacie? Plac na Was czeka!". Lucy nie wytrzymuje w podnosi ręce do góry, jakby tylko marzyła o tym, żeby wspiąć się po linie. WĄS nie mógł lepiej zainicjować oblężenia. W tle słychać było tylko wielkie "aaaa" a widać - przerażenie ciała pedagogicznego. Nawet ja zamarłam. Jako jedyny zareagował niezawodny anglista, sir Jew zamykając bramkę. Otwierał ją co 4 min i wpuszczał po 10 osób. Brakowało tylko wejściówek.
Nawet Marek i Arek poszli się pohuśtać. Tzn. tylko Marek, bo Arek jest poważny i pilnuje. I ja, i ja "ijaijajooo".
Plac zabaw jest świetnym miejscem, dopóki Chemica nie spadnie z równoważni w szalu z pozłacaną nitką, a jej twarz nie będzie wyglądała jak ta ze zdjęć relaksacyjnych maseczek w Warszawskim SPA. No cóż, tak bywa na zabawnej farmie - "iaijajoooo!".

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

A w przerwie śpiewam

To bzdura, że nauczyciel jest bezstronny i wszystkich traktuje równo. Kiedy rozpoczynałam pracę, myślałam sobie, że w mojej, jakże skromnej osobie, nadchodzi geniusz obiektywizmu i, że wszystkich będę traktowała równiutko. Ale głęboko się na sobie zawiodłam. Mimo, iż nie widać tego w ocenach, ani ostentacyjnym okazywaniu antypatii i sympatii, coś się dzieje w pedagogicznym ciele. Walka dokonuje się gdzieś w środku serca, przynajmniej w moim przypadku.
Zrodziło to również całkiem głębokie myśli, refleksje o równości jako kategorii filozoficznej, społecznej. To właśnie w szkole zrozumiałam, jak jesteśmy od siebie różni i jak los nierówno nas traktuje. A jednak, "równo" musimy wyzwaniom sprostać - nieważne kto jaki ciężar ma do dźwigania. Wszyscy muszą przychodzić punktualnie, nauczyć się konkretnych rzeczy, a po wakacjach, na lekcji geografii okazuje się, że gdy mowa o Paryżu, wielu się nudzi (ale są tacy, co słyszą ten wyraz po raz pierwszy…). Tak zwyczajnie: nie jesteśmy równi. Ale marzenia każdego z nas są równie ważne. Problem w tym, żebyśmy zapewniali sobie szanse, by te marzenia móc realizować. A to właśnie (paradoksalnie niby) zapewnia np. szkoła. To tam po raz pierwszy mierzymy się z "tym drugim", ze sobą, ze swoimi marzeniami. Równi możemy być wobec czegoś (prawa? zasad?), ale chyba nigdy wobec drugiego człowieka. Któż potrafi się wyzbyć swoich upodobań, żeby "równo" patrzeć na innych?

Rozważania powierzchowne i chaotyczne - wiem, ale nie czas i miejsce na filozoficzny wykład. Chodzi tylko o pewien kontekst dla tej historii.

To "nierówne" traktowanie, które odbywa się zazwyczaj na dnie serca może funkcjonować tylko wtedy, gdy zna się ucznia. A tak się składa, że przerwy spędzam na korytarzu - dyżurując. Dzieci biegają, szaleją, jeden drugiego dla zabawy morduje, inny strzela do kolegi z wyższego piętra z armaty, jeszcze ktoś je co przerwę kolejnego batona. Dziewczyny się namawiają na obojętnie kogo. Przerwa to osobny temat… Areczek na przykład zawsze je suchą, pełnoziarnistą bułkę, a Marek chrupie "Grześka" w czekoladce.

Jest też Malwinka, siedmiolatka.
Malwinka ma oczy zamglone brudnymi okularami, które nieustannie wyciera akurat świeżo ubrudzonymi rękoma. Na głowie ma piękne, złote, rozczochrane loki zebrane w kucyk, buzię okrągłą, a w uśmiechu widać przedzierające się górne jedynki. Jest okrąglutka, a jak je kanapkę, je ją całą sobą. Siedzi sama na ławce i macha nogami, trzyma marchew w ręce i jakby mówi do siebie. Wygląda to osobliwie. Podchodzę do niej.
- Malwinka, tak sobie sama siedzisz? - nie wiem jak zacząć
- Noooo tak, proszę pani.
- A może byś chciała pobiegać z dziewczynami? - durne pytanie. Pewnie by chciała...
- Nie, nie. Jem marchewkę. Ale wie pani, że ja sobie śpiewam?
- O! A co sobie śpiewasz?
- Taką piosenkę z Mustanga! Moja ulubiona - i zaczyna… Wszystkie dźwięki o podobnej wysokości. - NIE PODDAM SIĘ! - dalej nie pamiętam.
Tak! Malwinka podczas przerwy śpiewa sobie "nie poddam się" i pewnie myśli o bohaterze bajki. Z jakiegoś powodu jest jednak to jej ulubiona piosenka i ulubiona bajka. Ale kiedy do niej dotrze, że odnosi to do siebie, być może dokona tego, o czym marzy
Nikt nie chce usiąść obok niej na ławce. Klasowym gwiazdom śpiewającym ćwiczenia na kwinty i kwarty z popową manierą wydaje się, że w życiu liczą się atrakcyjni, bo to… "równiachy". Tymczasem Malwinka, nie będąc omnibusem, śpiewa z marchewką w ręce, wytrwale. Nie ma czego komentować, ja ją uwielbiam.

Dzwonek.

Po czterech miesiącach napisała sprawdzian roczny na 5+. Jako jedyna.

Wielkie otwarcie w drodze!

Jedziemy. Moje buty, żółty samochód, żółta sukienka i koledzy z pracy. Kiedy mnie pytają "co wy właściwie tam robicie, heloł?!", zalewa mnie pusty śmiech. Robimy to samo, co inni gdzie indziej. Może szkoła wygląda inaczej, ale i nauczyciele są inni. Kto ma jeszcze w szkole MR Wąsa i ażurowe obrusy w pokoju nauczycielskim? Można to wyśmiewać i twierdzić, że to objaw zacofania, ale prawda odsłania się z każdą przerwą, kiedy okazuje się, kim tak naprawdę jesteśmy: uczniowie i nauczyciele…

Jedziemy, jedziemy, jedziemy - półtorej godziny. We wtorki prowadzę ja, a w czwartki Marek. Ale zawsze podróżujemy wspólnie z Areczkiem. Nastrajamy się do pracy. Tym razem szykujemy się na wielkie otwarcie. Ma być koncert i wielka zabawa. Jak się okazało, Wąs nie do końca przewidział skutki radosnego otwarcia, ale o tym później… My jedziemy sobie samochodem, mijamy pola, cudne pagórki i... stację benzynową, gdzie rytualnie kupujemy kapuczino. Przy wielkich uroczystościach jeździmy inną (gorszą!) trasą, tylko po to, żeby wstąpić do baru zwanego "restauracją", gdzie w kawowym przedziale inwestujemy w obrzydliwie, puste kalorie. Ale to nasza półka cenowa - inteligencja zwykle jadała najprostrze jadło przy skromnych stolikach. Kontynuujemy tradycję.

Rozmawiamy po amerykańsku, bez zbędnego "britisz" zadęcia. Świetnie się to komponuje z kapuczino w tekturowym kubku z plastikowym wieczkiem. I mimo, że z zewnątrz wygląda to smutno, tak wcale nie jest. To po prostu… inna estetyka. Nie rozumiem dlaczego chłopaki zawsze śmieją się kiedy mówię na jednym oddechu"jes jes jes" zupełnie tak, jakbym w rozmowie telefonicznej mówiła "tak tak tak, kochanieńka!". Marek szuka w tym trójdzielnego metrum (on nawet chodzi na trzy!), a Areczek po prostu płacze ze śmiechu. No więc i ja się śmieję. Nie wiedzieć z czego i czemu. Kawa się wylała, ale Marka wyjątkowo to nie zdenerwowało. Obgadujemy uczniów i nauczycieli, dokładnie tak samo, kiedy jeździło się na wycieczkę szkolną turkoczącym autokarem. Nie piliśmy wówczas co prawda kawy, ale śmialiśmy się bez powodu i obgadywało się wszystkie nauczycielki. Facetów jakoś nie, ciekawe czemu. Super samochód Marka też turkocze i się psuje okropnie, ale Marek jest jemu wierny i lojalnie twierdzi, że "lepszego nie ma", że "długo go kupował i sprawdzał" i, że "z Niemiec". W takich chwilach, mimo, że się z nim w ogóle nie zgadzam, cieszę się, że żeni się z moją przyjaciółką Baśką, bo zapowiada się na lojalnego męża.
- Hej, myss, hał ar ju? - pyta Areczek
- Fajn, jes, noł problem - odpowiadam
- Rili? - dorzuca Marek
- jes jes jes! gut! Siur!
I w tym momencie wszyscy pękają ze śmiechu. Tak jest w aucie. Dojeżdżamy do MIEJSKIEJ SZKOŁY. Jest świetnie: szaro, zimno, pada, za chwilę otwarcie placu. Areczek jeszcze ociera łezki. Jes - ociera łezki.

czwartek, 24 kwietnia 2014

Mr Wąs

Mówimy na niego Mr Wąs, choć jest naszym najwyższym z najwyższych dyrektorów. Czas płynie, Polska wąsa już nie nosi, ale na szczęście są na tym świecie ludzie przekonani o tym, że ogólnoświatowe trendy ich nie dotyczą. Oni wyznaczają je samodzielnie. I to jest świetne. Dzięki temu ja odkrywam wąsa razem z Mr-em. Sama nie wiem, co jest w tym śmiesznego, ale w chwili gdy piszę te słowa uśmiecham się do własnych myśli, do widoku tego wąsa, wyobrażam sobie Wąsa kroczącego szkolnym korytarzem…
To spod niego wyłania się uśmieszek, groźba, rechot. Wąs z każdym grymasiątkiem zmienia swoje kształty: czasem staje się wielgaśny, szeroki, to gniecie się trochę, gdy jego Pan grymasi, by za chwilę prawie zniknąć, gdy jego Pan wypowiada słowo "czyżby?" z leciuteńką wadą wymowy.
Ale wszyscy go kochają. Wąsa i Pana z wąsem też. 
Wąs już lekko posiwiał i zapewne pamięta niejedno z historii MIEJSKIEJ SZKOŁY, ale nie znam nic ponad to, co sama na oczy zobaczyłam.
Pan Wąs jest perkusistą, a perkusiści są raczej zorganizowanymi chłopakami, przychodzą na czas i grają porządnie w pulsie. Nadają przestrzeni, dają kopa zespołowi, wydaje się, że gdy nie grają niczego nie brakuje, a jednak, kiedy tylko dołączają do reszty, nie da się już słuchać zespołu bez perkusisty (chyba, że stracił poczucie czasu, albo jest rozbity). Taki właśnie jest Mr Wąs. Zorganizowany, z poczuciem czasu, realista mocno osadzony w rzeczywistości w jakiej jest mu dane się realizować. Z powołaniem, lekko nieobecny (ale tylko lekko).
Rozpoczął się rok szkolny. Wrzesień i październik rozpieszcza wszystkim pięknem pogody, słońcem, wszelkimi odcieniami rdzy i złota. Jest pięknie i aż się prosi, żeby dzieci z najmłodszych klas bawiły się na placu zabaw. Ale plac zabaw być miał. I tu chciałoby się zajęczeć lub zamruczeć z żalu "miał miał", ale nawet to nie pomoże. Bo jak panowie majstrowie nie dają rady postawić placu przez całe lato, to należy nieśmiało przypuszczać, że i w październiku plac nadal pustym pozostanie. Dzieci codziennie smutnym okiem patrzą za okno. Kto ich poratuje? Kto zapewni im zabawę?
Oczywiście On - we własnej osobie.
Rzuca pałeczki, odstawia talerze, bębny, podciąga rękawy i zamienia garnitur na dżins i flanelową kratę. Patrzę i współodczuwam jego szczęście. Ulga, zapał, błysk w oku - jednym słowem Mr Wąs stawia sobie wyzwanie. "Dość już łez i utyskiwań - ruszam bój, niech moc przybywa": takie właśnie hasło Mr Wąs wypisane ma na czole. Dumnie kroczy korytarzem, z pracownikami nie wita się już inaczej jak mówiąc na jednym oddechu, jakby zlewając cztery wyrazy w jeden "dzień dobry Pani Grażynko", całkiem "roboczo" podnosząc przy tym rękę. Trzeba przyznać, że poczucie formy sprawdza się u niego nie tylko w grze - nawet w pracy organicznej wszystko do siebie pasuje. Mr Wąs buduje, remontuje i couchuje.
Ze wszystkimi się rozumie, szczególnie, kiedy zakurzy sobie (wreszcie!) Męskiego lub Mocnego w niezmiennie białej paczce. W drodze na budowę zagada sobie z Panią Portierką, potem z Panem Heńkiem i Jachem i wreszcie… podciąga rękawy. Do diabła z tą sztuką - czasy takie, że trzeba umieć wszystko, organicznie. Podciąga dalej rękawy, głaszcze wąsa, drapie się po głowie (myśli), po czym macha ręką (słychać "łe tam") i przestawia, przykręca, stuknie młotkiem, a i zaklnie sobie swojsko. Heniek i Jachu przyglądają się, bo w tym są naprawdę nieźli i krzyczą "panie Kierowniku, to nie tak!", ale Wąs robi po swojemu. Pot spływa, Mocny czeka, Męski w odwodzie, kucharka obiera w pośpiechu ziemniaki na obiad. Z wrażenia zrobi rosół na pierwsze…
Mija dzień pierwszy, drugi i trzeci, za oknem tęskny wzrok dzieci. Pan Wąs plac przygotował i… wypróbował huśtawkę. Siuuuup w górę i w dół. Kucharka przecięła palec, Wicedyrka pomyliła się w sprawdzaniu dziennika bo ominęła mój przedmiot w kontroli (dla mnie nie ma lepszej wiadomości). Niebawem otwarcie. Wszyscy czekamy. Niestety nikt nie może się jeszcze bawić, bo trzeba zawiadomić media. Mimo, że jest połowa listopada huśta się tylko Wąs. My się tylko bujamy...




niedziela, 13 kwietnia 2014

Laurka

Są takie dni, kiedy nauczyciel czuje się bezradny. To nieprawda, że rutyna zabija pasję, świeżość i miłość. Może usypia, ale na pewno nie zabija, jeśli tylko wiadomo co tak naprawdę jest gruntem, a nie powodem rutyny. Takim gruntem może być piękna… Laurka.
Bezradność - stan w którym nie znajduję rady ani wyjścia z sytuacji przytłacza ciężarem, zamyka w klatce, zaciska. Sytuacja i warunki wywołujące poczucie bezradności mogą za to się stać polem heroicznej walki, twórczego myślenia, a czasem nawet przełomem!
W MIEJSKIEJ SZKOLE mamy, nie przebierając w słowach, gwiazdę. Wszyscy mówią na nią LAURKA. Prawda, że ładnie? Za każdym razem, kiedy wchodzi na scenę, wszyscy są wzruszeni.
LAURKA jest malutka, drobniutka i nieprzyzwoicie zdolna. Ma wszystko, żeby stać się gwiazdą światowych sal koncertowych. Nie myli się, myśli, pracuje, kocha skrzypce, a na koniec utworu zamaszystym ruchem unosi smyczek i czeka na owacje. Należą się jej oczywiście za każdym razem tak samo zasłużenie. Kłania się, podaje rękę akompaniatorce, ale przede wszystkim muzykuje.
I wszystko można by skwitować stwierdzeniem, że okej, kolejna zdolna, że nic w tym nadzwyczajnego, wielu jest takich jak ona, że nie ona jedna. Swoją drogą to typowo, za przeproszeniem  "swojskie"- lepiej zrównać kogoś zdolnego z tak zwaną "resztą". Wybitnego poddać "oswojeniu" to tak, jakby odebrać mu jego zdolności, po to, by wszystko zostało "po staremu" i nic się nie zmieniło. Można potem odetchnąć z ulgą i znów niewiele robić - aż chce się krzyknąć "hura!" z radości, prawda?
Ale wróćmy do LAURKI. Dziewcze gra z ikrą, pasją, pot spływa z czoła podczas szybkich przebiegów, rozdzierająca romantyczna fraza marszczy jej czoło i przymyka oczy w akcie głębokiego skupienia. Na scenie nie jest sama. Tak naprawdę jedynym gwiazdorstwem jest ruch smyczka i prześliczne lakierki ze złotą sprzączką.
LAURKA schodzi ze sceny po udanym koncercie. Jej nauczycielka pokazuje jej kciuk wzniesiony do góry, neutralni nauczyciele przedmiotów pozainstrumetalnych krzyczą "bis". Bisu nie ma. Wchodzi konweransjer z poważnej klasy piątej "c" i zapowiada kolejnego gracza tej artystycznej rozgrywki.
"Neutralni", a w tym i ja, wędrują do garderoby muzyków i wszystko staje się jasne. Laurka już trzyma ręce w misce z ciepłą wodą. Palce bolą, a Laurka? Ona się śmieje i dziękuje, dziękuje…
A ja stoję jak wryta i nie wierzę. Spodziewałam się, że zobaczę kolejkę gratulujących i malutką blondyneczkę zażerającą się czekoladkami, a tu nic. Ona sobie moczy ręce, bo ją bolą i, jak się okazuje, boleć ją będą jeszcze bardzo długo. "Zawsze mnie bolą, proszę Pani, szczególnie, kiedy ćwiczę przed konkursem".
W takim momencie zastanawiam się kto do kogo powinien mówić tu "proszę Pani"...

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Święty od Bezkrzyża składa ofiarę


Skoro nie wojna, to może chociaż wojenka? - na skromne, prowizoryczne, nasze polskie możliwości...
Ostatnio panująca duchowa jedność zawiązana przeciw Putinowi, w kontekście polskim pojęcie o raczej szarych (a może bardziej czerwonych?) konotacjach, najwyraźniej się znudziła. Zróbmy więc sobie demonstrację i rozpocznijmy dyskusję religijno-niereligijną. Będzie z pewnością płodna, odkrywcza i twórcza! Tak!
Oto 29 marca na Rynku Starego Miasta w Warszawie odbywa się inscenizacja ścięcia głowy Kazimierza Łyszczyńskiego, który za swój traktat „O nieistnieniu Boga” został skazany na karę śmierci 325 lat temu. Stracony w asyście wysokich hierarchów Kościoła.W roli Łyszczyńskiego występuje znany i lubiany przez media etyk, filozof, profesor Jan Hartman. Dziś należałoby dodać modnie „performer”...
Na łamach „Polityki” profesor wyjaśnia celowość swojego udziału w... no właśnie. Trudno powiedzieć co to było. Hartman bowiem nie pozwala nazwać wydarzenia „przedstawieniem”. A cóż złego byłoby w tym słowie, skoro on sam, jako filozof, powienien rozumieć jego głęboki sens? Przed-stawienie: to „stawienie” (realizacja) „czegoś” przed oczami; to również pokaz indywidualnej wizji artysty, zaistniałej w jego umyśle (duszy?) przed „stawieniem” jej publiczności. 
Hartman zabawił się w aktora żądając szacunku dla przedsięwzięcia równego choćby Mszy świętej, czyniąc ateistów męczennikami swojej, w moich oczach, wiary. Czymże jest tak silny, fundamentalny, wojujący, wyznaniowy ateizm - jeśli nie wiarą właśnie? Czyżby nie wystarczały ateistom ich „odczarowana samoświadomość” oraz harmonia bytu powszedniego-racjonalnego? 
Ale do rzeczy - wszak mowa o toczącej się po Rynku krwawej głowie.
Dziwi mnie, że prof. Hartman jest gotów uciąć sobie głowę za tezę o nieistnieniu Boga. Jest ono tak samo absurdalne, jak to, że Bóg istnieje. Do tego właśnie potrzebna jest wiara, a nie dowód. Dowody na istnienie przedstawił św. Tomasz z Akwinu i wydaje się, że powiedział wszystko, co można było. Więcej nie można - Oświecenie przyniosło myśl o nieistnieniu racjonalnego wyjaśnienia dla istnienia Boga. 
W czym więc rzecz? Za co teatralnie oddaje życie Hartman? Oczywiście za pamięć i rozliczenie zbrodni Kościoła - bez wątpienia zapisujących się niechlubną kartą w historii Kościoła. Czy jednak pomnik polskiego Giordano Bruno, pielgrzymowanie do niego polskiej ateistycznej wspólnoty wystarczy filozofowi wyznającemu nieistnienie Boga? I czy Hartman pozwoli sobie za tę wiarę (nie-wiarę?) dopuścić się jakiegokolwiek aktu w imię swojego wyznania? 
Problem w tym, że temat wyznania jest w Polsce niezwykle chwytliwy, czasem nawet modny. Wywołuje zawsze te same, silne emocje, bywa tabu. Podobnie, jak problemy bio-etyczne, służy jako temat, na który każdy polak nie zawaha się wypowiedzieć, w przeciwieństwie do tematów bieżących, które trzeba z uwagą śledzić, niestety, bez emocji. Wydaje się, że (jakże pozornie!) każdy się na tym zna, każdy ma prawo i tak dalej i tak dalej... Wolność słowa przeradza się w pustą paplaninę - umiar, jak widać, nie jest cnotą. Temat przeszłości Kościoła, jego grzechów i zaniechań wystarczy rzucić na pożarcie mediom i ważne tematy stają się marginalne. A budząca się od czasu do czasu racjonalność (Hegel powiedziałby „duch”, ale chyba w tym kontekście nawet nie wypada się powołać na niemieckiego systemowca: „duch” brzmi niezbyt laicko) łamie się, a następnie kruszy jak porcelanowa filiżanka. Ale nie wybrzmiewa wcale szlachetnym dźwiękiem, tylko jęczy, buczy i przeklina.

Ponownie przecieram oczy ze zdumienia, trochę już zaczerwienione, patrząc na profesora filozofii - błaznującego... Kto dziś myśli o ethosie nauczyciela/myśliciela - jakże głębokie to, greckie pojęcia! Panie Profesorze... Czyżby godność funkcji i gotowość oddania życia za poglądy i wiarę były tylko marzeniem na szczęście NIE!ściętej głowy?