środa, 30 kwietnia 2014

Wielkie otwarcie

Nastał wielki dzień. Kawa w samochodzie już wypita i wylana, z "Łi ar de werld" podjeżdżamy na szkolny parking - brzmi dumnie. Parkujemy przy śmietniku, przy którym ostatnio paliłam z Markiem. Tam zawsze jest miejsce. Parking mieści się na tyle szkoły od strony kuchni i jadalni. Kucharka zwykle obiera rano ziemniaki przy pół otwartych drzwiach i w towarzystwie Księgowej G., która zawsze chętnie zakurzy. Księgowe tak mają… Nasza firma jest bardzo modna. Budynek szary, nawierzchnia wokół nieregularnie popękana, w parterowych oknach kraty. Jest klimat.
Dzień nie zapowiada się słonecznie, ale czego można się spodziewać po końcówce listopada? Jest po prostu zimno, szaro, mokro i okropnie. Nawet drzewo z resztami żółtych liści ścięto, bo przeszkadzało w budowie. Plac zabaw za to pstrokaty i piękny.

Już rano w pokoju nauczycielskim wisiał komunikat o tym, że na dużej przerwie o 10.30 mamy się zgromadzić na apelu szkolnym. W ogóle od rana czuło się jakieś podniecenie, nerwówkę i ekscytację. Sekretarka biega po korytarzu, Wąsa nie widać, obie WICE rano zwizytowały fryzjera, więc ich głowy widać z daleka. Pod opieką mam klasę drugą beee za którą ledwo nadążam biegnąc w moich nowych, wysokich butach. Ubrani i pozapinani po zęby wychodzimy na apel. Dopiero tam dotarło do mnie skąd ta ekscytacja. Jest prasa! telewizja! kamera! mikrofony! flesze! - istne szaleństwo! Wszystko jasne. Ciekawe, czy komuś przyszło do głowy przyjść do szkoły wcześniej i kręcić reportaż o tym, jak Wąs we własnej osobie budował plac dla swoich uczniów. Szkoda, że nie!

Mr Wąs z niekłamaną radością stanął na tle placu, a przed nim cała szkoła - wszyscy od I do VI klasy. Jeden przez drugiego zerka niecierpliwie, wpada na tych, co stoją z przodu, przypadkowo ktoś komuś naciągnie czapkę na oczy, a ten mu odda w tzw. pysk i już robi się fajnie. Wąs najpierw drapie się po głowie, głaszcze wąsa i wita wszystkich w garniturze i sportowej, czerwonej kurtce. To jest GOŚĆ. Jestem skłonna nawet twierdzić, że ci z szóstej klasy nie pozbywają się swojego wąsiątka oddając honor Seniorowi.
Jest powitanie: "w tym uroczystym dniu, bardzo się cieszymy", potem, że "kosztowało to dużo pracy i wysiłku, ale udało się!" na co wszyscy "hura!". W tym samym czasie kamera szpieguje nasze miny i reakcje, po to, żeby pokazać "tak naprawdę - jak jest". Wszystkie moje koleżanki udają, że ich to nie dotyczy, ale każda poprawia szal i robi komiczne grymasy, żeby wypaść jak najlepiej. Ja też, chociaż butów nie kupiłam z okazji otwarcia placu zabaw - przysięgam! Nagle wszystkie stajemy wyprostowane, przystojne. Niektóre jeszcze bardziej się przejmują i ukrywają niekorzystnie prezentujące się krągłości za swoimi uczniami. Ale są takie, co zachowują twarz pokerową, tę samą, która towarzyszy każdemu z nas, kiedy wstawia od e-dziennika pałę.

Pan Wąs tak się cieszy, że uśmiech mu z twarzy nie schodzi. Po jego przemowie, w której dziękuje wszystkim świętym, oddaje głos uczniom. Skrzypaczka Bożena wychodzi ze trojgiem uczniów I,II,III kl. i grają o Donaldzie, co miał farmę. Nie wiadomo o co chodzi. Fałsz za fałszem płynie z nut, zaczyna mżyć, a my wszyscy cały czas twardo studiujemy co ten Donald trzymał na farmie "iaaaijaaajoooo": pieśń ze słowami i bez końca. Świna chrum chrum, krowa muuu, kaczka kwa kwa, myszka pipi… a przy tym wszystkim chemica, fizyca, matematyk, dyrektor, katecheta Michał, Marek, Areczek i ja w szpilkach. Czuć jakiś absurd tej sytuacji.
W końcu Pan Wąs prosi dwóch uczniów: najmłodszego i najstarszego o wspólne przecięcie wstęgi. Wychodzą Paweł i Gaweł, jeden wysoki, drugi malutki, obaj w tych samych czapkach: pompon i daszek. Taki widok jest dość wymowny. Być może jest właśnie tak: nieważne czy starszy, czy młodszy gust masz ten sam (a może potrzeby, a może pieniądze, a może to w ogóle nieważne, co masz?).  Idą zlęknięci i dumni jednocześnie. Dostają nożyce i nie wiadomo kto ma zacząć. Kamera robi zbliżenie. W końcu starszego łapie surowy wzrok Wąsa i już wiadomo, co trzeba zrobić. Starszy mówi - "przetnij troszkę, a ja dokończę, ok?". Uff. Wstęga przecięta, kamera objęła historyczny moment, chłopcy nie zapomną tego nigdy. WICE uśmiechają się szeroko, coraz odważniej łapiąc kadr. Jedna z nich, DZIENNICZKA charakterystycznie potrząsa głową i ukrywa uśmiech. Druga, LUCY, nie posiada się z radości, śmieją się nawet jej niezmiennie błękitne kreski na oczach.

Zaczęło padać, jak zwykle zresztą w listopadzie. Ale kto przewidzi niesprzyjające warunki pogodowe w Polsce?

Mr Wąs otwiera ręce w geście powitania i mówi "A teraz? Na co czekacie? Plac na Was czeka!". Lucy nie wytrzymuje w podnosi ręce do góry, jakby tylko marzyła o tym, żeby wspiąć się po linie. WĄS nie mógł lepiej zainicjować oblężenia. W tle słychać było tylko wielkie "aaaa" a widać - przerażenie ciała pedagogicznego. Nawet ja zamarłam. Jako jedyny zareagował niezawodny anglista, sir Jew zamykając bramkę. Otwierał ją co 4 min i wpuszczał po 10 osób. Brakowało tylko wejściówek.
Nawet Marek i Arek poszli się pohuśtać. Tzn. tylko Marek, bo Arek jest poważny i pilnuje. I ja, i ja "ijaijajooo".
Plac zabaw jest świetnym miejscem, dopóki Chemica nie spadnie z równoważni w szalu z pozłacaną nitką, a jej twarz nie będzie wyglądała jak ta ze zdjęć relaksacyjnych maseczek w Warszawskim SPA. No cóż, tak bywa na zabawnej farmie - "iaijajoooo!".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz