poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Wielkie otwarcie w drodze!

Jedziemy. Moje buty, żółty samochód, żółta sukienka i koledzy z pracy. Kiedy mnie pytają "co wy właściwie tam robicie, heloł?!", zalewa mnie pusty śmiech. Robimy to samo, co inni gdzie indziej. Może szkoła wygląda inaczej, ale i nauczyciele są inni. Kto ma jeszcze w szkole MR Wąsa i ażurowe obrusy w pokoju nauczycielskim? Można to wyśmiewać i twierdzić, że to objaw zacofania, ale prawda odsłania się z każdą przerwą, kiedy okazuje się, kim tak naprawdę jesteśmy: uczniowie i nauczyciele…

Jedziemy, jedziemy, jedziemy - półtorej godziny. We wtorki prowadzę ja, a w czwartki Marek. Ale zawsze podróżujemy wspólnie z Areczkiem. Nastrajamy się do pracy. Tym razem szykujemy się na wielkie otwarcie. Ma być koncert i wielka zabawa. Jak się okazało, Wąs nie do końca przewidział skutki radosnego otwarcia, ale o tym później… My jedziemy sobie samochodem, mijamy pola, cudne pagórki i... stację benzynową, gdzie rytualnie kupujemy kapuczino. Przy wielkich uroczystościach jeździmy inną (gorszą!) trasą, tylko po to, żeby wstąpić do baru zwanego "restauracją", gdzie w kawowym przedziale inwestujemy w obrzydliwie, puste kalorie. Ale to nasza półka cenowa - inteligencja zwykle jadała najprostrze jadło przy skromnych stolikach. Kontynuujemy tradycję.

Rozmawiamy po amerykańsku, bez zbędnego "britisz" zadęcia. Świetnie się to komponuje z kapuczino w tekturowym kubku z plastikowym wieczkiem. I mimo, że z zewnątrz wygląda to smutno, tak wcale nie jest. To po prostu… inna estetyka. Nie rozumiem dlaczego chłopaki zawsze śmieją się kiedy mówię na jednym oddechu"jes jes jes" zupełnie tak, jakbym w rozmowie telefonicznej mówiła "tak tak tak, kochanieńka!". Marek szuka w tym trójdzielnego metrum (on nawet chodzi na trzy!), a Areczek po prostu płacze ze śmiechu. No więc i ja się śmieję. Nie wiedzieć z czego i czemu. Kawa się wylała, ale Marka wyjątkowo to nie zdenerwowało. Obgadujemy uczniów i nauczycieli, dokładnie tak samo, kiedy jeździło się na wycieczkę szkolną turkoczącym autokarem. Nie piliśmy wówczas co prawda kawy, ale śmialiśmy się bez powodu i obgadywało się wszystkie nauczycielki. Facetów jakoś nie, ciekawe czemu. Super samochód Marka też turkocze i się psuje okropnie, ale Marek jest jemu wierny i lojalnie twierdzi, że "lepszego nie ma", że "długo go kupował i sprawdzał" i, że "z Niemiec". W takich chwilach, mimo, że się z nim w ogóle nie zgadzam, cieszę się, że żeni się z moją przyjaciółką Baśką, bo zapowiada się na lojalnego męża.
- Hej, myss, hał ar ju? - pyta Areczek
- Fajn, jes, noł problem - odpowiadam
- Rili? - dorzuca Marek
- jes jes jes! gut! Siur!
I w tym momencie wszyscy pękają ze śmiechu. Tak jest w aucie. Dojeżdżamy do MIEJSKIEJ SZKOŁY. Jest świetnie: szaro, zimno, pada, za chwilę otwarcie placu. Areczek jeszcze ociera łezki. Jes - ociera łezki.

2 komentarze: