piątek, 27 czerwca 2014

koniec

Noce krótkie, dni dłużą się całkiem przyjemnie. Jest (prawie) ciepło, dziennik wypełniony wszystkimi tematami, zagadnieniami, obecnościami i uwagami. Wigilia zakończenia roku to jedyna noc, kiedy wschód słońca mnie niepokoi - zwykle o 3 nad ranem jestem dopiero na kwietniu…
Jedziemy. Arek, Marek i ja. Radio wydziera się z kiepskich głośników stałym repertuarem amerykańskim, a my, popijając kawę z tektury jedziemy niemniej szczęśliwi niż nasi uczniowie, że ten rok dobiegł końca. Kolejny rok.
Marek snuje plany na przyszłość. Co roku zresztą opowiadamy o tym, jakie wspaniałe zorganizujemy  koncerty, konkursy, warsztaty. Realizujemy skromną część, ale staramy się. Dalej Marek opowiada o tym, jak zamierza ćwiczyć na swoim instrumencie - to jest dopiero fantastyka.
"Osiem godzin dziennie, słuchajcie, osiem godzin! Jak w liceum normalnie!" I ten błysk w oku. Nikt nie ośmieli się powiedzieć, że to chyba się niezbyt uda i, że dwie dziennie wystarczą. Ale nawet Arek zaciska kciuki i jak zwykle nic nie mówi. Ja też mogłabym zająć się pisaniem powieści fantasy, bo zwierzam się z własnych wizji. Marzę o spełnieniu siebie w roli odmieniacza losu ucznia. Wszystkich uczniów w całej Polsce - szerokiej i wielkiej Polsce. Zwykle właśnie w samochodzie, w towarzystwie Marka i Arka nachodzą mnie myśli rozwiązujące palące kwestie polskiej edukacji i pod koniec drogi widzę siebie już z teką ministra. W drodze powrotnej zamierzam być też terapeutą, a przynajmniej wychowawcą.
Arek milczy. On pewnie najchętniej włączyłby film i zjadł pyszne słodkości od 3c. Trzecia ce ma w klasie tatę cukiernika i on wie co i z czym się łączy. Oj, wie...
Kawa smakuje pysznie, ale jakoś smutnawo. Za chwilę rozstanę się z tą szkołą. Już nie będę uczyć adeptów polskiej sztuki muzycznej, nie zorganizuję koncertu i nikt nie będzie krzyczał "PANI IDZIE!", kiedy zobaczy mnie na końcu korytarza. Takiego Wąsa pewnie też nigdzie nie znajdę, ani Lucy. I naprawdę nie wiem czy ktokolwiek kiedykolwiek będzie tak sumiennie stał na straży dziennikarskiego porządku jak nasza Dziennikarka... 
Rozstania są trudne, choć być może konieczne, by zrobić coś "jeszcze więcej". Nie wiem. Dziś tego jeszcze nie wiem.



środa, 25 czerwca 2014

Ruda Anka i dyktando

Zastanawiałam się ostatnio (jak  zwykle zresztą) o co tak naprawdę chodzi w zawodzie nauczyciela. 
O to, żeby nauczyć?, żeby być dobrą ciocią?, a może wszystko na raz? - wychowanie, nauczanie i do życia przygotowanie… Koncepcja rysuje mi się w głowie i gdzieś intuicyjnie wszystko wydaje się oczywiste. Najlepiej, zostać nauczycielem bez skazy - być wymagającym, ale sprawiedliwym 
i dobrym, dawać wolność kierując nią umiejętnie… Czasem wydaje mi się, że to jest po prostu niemożliwe, a każda sytuacja kryzysowa to poważny i niełatwy egzamin z życia.
Minęły już (mam nadzieję, że bezpowrotnie) czasy, kiedy nauczyciel dyscyplinował linijką i nie oglądał się na żadne dysfunkcje, choroby i niedyspozycje. Jednak ja stykam się z takimi problemami coraz częściej.
Anka, lat 10.
Ruda, zielone oczy, piegi, loki - jak z obrazka. Nikt nie chce z nią gadać, nikt nie chce jej cukierków, kiedy ma urodziny. Uznana za dziwaczkę, zepchnięta na klasowy margines. Nikomu do szczęścia niepotrzebny jej pomysł na zabawę. Siedzi sobie i chce się bawić. Kręci się, drapie, wykrzykuje coś od czasu do czasu, ale to pogrąża jej sytuację, wywołuje tylko śmiech u swoich extra koleżanek.
Wiem, że przewyższa je dziesięciokrotnie swoim potencjałem, chłonnością wiedzy, szybkością myślenia. W sumie jest chyba… genialna. Dlaczego więc siedzi sama? Dlaczego nikt nie pyta jej jak zrobić to "dodatkowe" z matmy?
Przyzwyczaiłam się już do ławkowej Piosenkarki, do Maksia lubię-gdy-się-wkurzasz. Ale Anka jest za każdym razem inna. Nie wiem czego się spodziewać. Wygląda to mniej więcej tak:
"O! Anka na parapecie!", "Aniu, nie rób fikołków na tej brudnej podłodze", "ANKA! Nie pluj na Tomka!", "Nie bij Zosi!", "Proszę Cię, Dziecko, odezwij się…". To tak z grubsza.
Do tej pory znałam ją tylko z sytuacji przerwowych i opowieści p. Bożeny - koleżanki 
z nauczycielskiego. Bożenka lubi mój kubek, ale nie chce wypić ze mną kawy. Ma swoją i, jak większość, "nie chce robić problemu". Trudno więc czegoś więcej dowiedzieć się o Ance.
P. Bożena zaniemogła, a Dziennikarka zapytała, czy "nie chciałabym zastąpić Bożenki". Oczywiście wie, że ma mnie w szachu (jeszcze jeden brak tematu w e-dzienniku i MAT po pensji!). "Oczywiście, Pani Dyrektor. Oczywiście, że tak!".
Dzwonek, zaczynamy.
Pierwsze powitanie: "dzień dobry Dzieci, dzień dobry Pani" zamiast "dzeeeeń-dooooo-bryyyy?". 
I zaczynam.
- Dzisiaj zastępuję Panią Bożenkę, będziemy powtarzać to, czego do tej pory się nauczyliście. Wstajemy!
I w tym momencie zdarzyło się coś nieoczekiwanego. Anka podchodzi do mnie.
- A mogę panią przytulić?
Zdębiałam. Podeszła, objęła z całych swoich sił i poszła się bawić.
- Bo ja taka jestem. PRZYTULAŚNA. Ja jestem CHORA proszę Pani. - Ona ma 10 lat!!! "Bo ja jestem chora???", myślę sobie. Kto tu jest chory?
- Chciałam Pani powiedzieć, że już panią lubię. Ładnie pani śpiewa i w ogóle lubię tutaj przychodzić bo jest… fajnie.
- Eeeee ona tak zawsze - odzywa się mała Żmijka w drogich okularach
- To dobrze - odpowiadam. Nastała cisza, której nie wytrzymał Maciek-uczę-się-bez-przerw.
"Dobra. To pracujemy czy nie???". I koniec babskich wynurzeń. Dyktando.

środa, 18 czerwca 2014

Trampki i majonezy i inne plastiki

Mam wolne. Duże miasto aż prosi się o uwagę, zainteresowanie, przejście główną ulicą w świecących nowością butach. Już wszystko jest na miejscu: są okulary, jest puder i róż, gazeta w torebce i pstro w głowie. Idę więc i zatrzymuje mnie pierwsza lepsza knajpa z pełnowartościowym, odtłuszczonym jedzeniem, oczywiście bez glutenowej skazy na sumieniu.
Wszyscy, którzy tu przychodzą wyglądają tak samo: kolczyk tu i tam, zdychający, wczorajszy dziewczęcy kok, pozytywna ironia na ustach i kolorowe rajstopy. Koniecznie trampki lub inne plastiki. Moje nowe skórzane podwijam pod siedzisko, żeby nie paść ofiarą tych, co nikogo i nigdy nie oceniają. Najważniejsze to luz, więc… luz.
Jem nowoczesną kanapkę z bezmięsnym kotletem, bezjajecznym majonezem i odtłuszczonym kawałkiem sera. "Mniam" myślę sobie, bo tu nie chodzi o smak. Tu rozchodzi się o poważną inwestycję - we własne życie, w zdrowie. To dopiero nasza cywilizacja je odkryła. Może dlatego jesteśmy mózgami uniwersalnymi i ponadczasowymi?
Przeglądam zakazaną gazetę, nie wiem jak rozpocząć konsumpcję. Podchodzi więc do mnie Niepozorna. Jest w szarej kurtce, ma szare włosy , okulary, lat około 50 oraz plastikowe buty. Swoją drogą zastanawia mnie fenomen plastikowego obuwia, które kosztuje trzy cyfry. Kiedyś mama szalała, żeby kupić skórzane, dziś gumy w rozmiarze 38 są niedostępne, bo wszyscy chcą je mieć. Myślę sobie, że czuć gumę pod stopami, to jakby fundować sobie chodzenie po fałszywie miękkim betonie, jakby zacierać obraz rzeczywistości… z kokardką i błyskotką oczywiście. Niby ładne, ale...
Wracając do Niepozornej…
Krótka zaczepka z długopisem i podpisem. Mam naturalnie natychmiast złożyć deklarację ze wszelkimi możliwymi numerami mnie identyfikującymi, ale, jak ujęła to w słowach Niepozorna "wszystko bez konsekwencji". Zadziwiające, że można się podpisać "bez konsekwencji" podając wszystkie swoje dane. Odmawiam, bo wydaje się, że jeszcze myślę, ale to nic pewnego…
"I nie obchodzi Pani, że wszyscy zginiemy?!" - czoło Niepozornej marszczy się groźnie. "Naprawdę nie wesprze Pani naszego pooozytywnego ruchu?!" - ale o co tak naprawdę chodzi, nie wiem. Wiem tylko, że mam podpisać. No to nie podpisuję. "To niech SOBIE Pani poczyta w internecie, a nie czyta tę swoją gazetę!" - słyszę słowa z wyrzutem. Mój odtłuszczeniec stygnie. Biorę go więc do ust, ale bezjajeczny majonez spływa po brodzie prosto na modne spodnie. Po prostu świetnie. Niepozorna zyskała bezsłowne i tak samo jak majonez - bezjajeczne - poparcie tłumu, ale ostatecznie sobie poszła, biadoląc. "Kto tu jest intruzem" myślę sobie rozglądając się wokół.
Moja kanapka się rozpadła, każda jej ekoczęść wołała o spojenie w całość. Osobno smakowały jałowo, brakowało istoty i sensu. W określonej formie każdy ze składników jakoś pasuje, ale solo raczej nieciekawie. Składnik solo musi być nadzwyczaj szlachetny.
Wzrok współbiesiadników typu "heloł??? jesteś uświniona i na dodatek nie chcesz nic pozytywnego podpisać, ale cię nie oceniam" trochę mnie zmroził. 
Ale w rogu tej bezjajecznej jadłodajni spotkałam się z kimś, kto... nie miał trampek.



wtorek, 10 czerwca 2014

Jeszcze jedno ogłoszenie

W piątek 13-go po godzinie 14.10 na antenie RADIA EMAUS zapraszam do wysłuchania rozmowy Marii Łączkowskiej... ze mną. Rzecz o książce - rzecz jasna :)
Dla tych z Zachodu i Wschodu, Południa i Północy - audycji radiowych Radia EMAUS można słuchać też internetowo (www.radioemaus.pl). 
Zachęcam bardzo serdecznie, choć nie ukrywam, że drżę (dr dr).

PS. To właśnie w tym Radiu pisałam swoje pierwsze bajki dla dzieci. Może jeszcze kiedyś ujrzą światło dzienne?

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Z A P R O S Z E N I E - P o Z n a Ń 13-go PIĄTEK

To nie jest kolejny felieton. Za to pierwsze zaproszenie :) 

Zachęcam wszystkich moich czytelników do wzięcia udziału w spotkaniu z autorką książki dla dzieci pt. "O Onku, Once i dwóch balonikach" (czyli, prościej - to będzie spotkanie ze mną). 
Zaczynamy w piątek 13-go czerwca o g. 18.00 w kawiarence ŚWIETLICA CAFE w Poznaniu (adres: ul. Krakowska 9a). Będzie trochę czytania, trochę rozmawiania i będą też autografy :)

Bardzo bardzo serdecznie wszystkich Was zapraszam!!!

Grażyna

piątek, 6 czerwca 2014

Błogie '90-te, banany i inne medale

Nie cierpiałam bananów, które moja mama z pewnością skrzętnie wybierała na rynku "żeby tylko były świeże, proszę Pani, to dla córki". Wówczas obok zielono-żółtych bananów, na niektórych straganach stały w jednym rzędzie, ułożone jedno obok drugiego- wieeeelkie, odblaskowo-zielone jabłka. Mimo, że były kwaśne, że bolał po nich brzuch i zęby, prawie każdy je kupował. Wiadomo było, że przed jedzeniem trzeba będzie odkleić naklejkę ze skórki, dokładnie umyć. Jabłko z naklejką prezentowało się jakoś tak… kompetentnie. Wyparło "te nasze maludy". A "te nasze" pachniały, były rzeczywiście mniejsze, a każde wyglądało niepowtarzalnie. Jedyną ich wadą było to, że… były nasze. Zwarte szeregi "zielonych" zmiażdżyły więc gromadę indywidualistów, na szczęście nie na zawsze.
Ale dość o wyższości jabłek nad bananami. 
Za nami już podróż "autokarem" turk turk turk, zbliża się noc. Jako siedmiolatka nie do końca wiedziałam o co chodzi w tym, że jakaś pani zza lady rozdaje ludziom klucze. Trudno mi było ocenić do czego one miały posłużyć. Ale znowu ktoś powiedział, że idziemy spać i, że "się rozchodzimy". Kontekst tego wydarzenia jest taki, że w domu nikt się nie rozchodził, wszyscy raczej na siebie wpadaliśmy niż zamykaliśmy i wynikały z tego niezłe wymiany uprzejmości. O rozchodzeniu nie było nawet mowy. Trudno mi było więc sobie wyobrazić na czym polega to "całe rozejście".
Jakaś pani powiedziała, że mnie zaprowadzi do mojego pokoju i, że od środka mam się zamknąć na klucz. I wtedy zrozumiałam, że to jest niezapomniana chwila. Do tej pory nigdy nie miałam swojego pokoju.
Mój pokój hotelowy był jakąś... komnatą. Miałam spać na wielkim łóżku, w odległości 3 metrów nie było moich sióstr, za ścianą cisza. W oknach zielone ciężkie zasłony wyglądały jak teatralne kulisy. Szafa była taka stara, że bałam się ją otworzyć będąc świeżo po lekturze "Opowieści z Narni", które mi kupiła kulturalna siostra (przeczytała mi na głos i stwierdziła, że "fajne" i oznajmiła, że "bierze").
Trudno było śnić w takiej ciszy, ale podjęłam wyzwanie… Nie mogę powiedzieć, że się wyspałam. 
Rano autokar jechał dalej z całą gromadą osób rządnych przygód, kolorowych gadżetów z plecakami pełnymi bananów i kanapek. Sok sokopodobny smakował równie egzotycznie jak dnia poprzedniego. Pani w autobusie postanowiła, że "nie mogę tak wyglądać" i postanowiła zrobić mi fryzurę jaką powinna mieć dziewczynka. Czesała mnie wieczność szponami koloru czerwonego wybierając pojedyncze kosmyki moich lichych włosów. Nie wiem, czy jest na tym świecie siedmiolatka, która lubi być czesana. Ja tego serdecznie nie znosiłam. Ale przynajmniej moja głowa po tych torturach prezentowała się nienagannie.
I wtedy autokar się zatrzymał. Drzwi otworzyły się na świat. Byłam pewna, że dotarliśmy do RAJU. 
Tak go sobie wyobrażałam. Mnóstwo kolorowych wielkich postaci - chodzących i zbudowanych z klocków, wszędzie strumyczki, wata cukrowa, lody, mili ludzie…
I nagle... poczułam co to znaczy chodzić w tłumie. Okropne i budzące lęk. Myślałam, że skoro wszyscy "dokądś idą", a idą w tym samym kierunku to ja też powinnam iść w tę stronę. Ale okazało się, że oni szli do nowszej wersji latryny, która wcale nie była mi w głowie po wyjściu z autokaru. Chciałam rzucić się w ten wir kolorów, tak bardzo brakowało ich w mojej szkole, na ulicach wokół domu.
Tam było tak wielu ludzi! Ilość Legolandowców przekraczała moje możliwości policzenia. Umiałam tylko to stu. Z racji wzrostu skupiłam się więc na butach i szybko zrozumiałam, że w Legolandzie mają "super buty" - były małe, duże, nowe, stare, kolorowe, sportowe, szpilki (!), trampki, WSZYSTKO BYŁO! Moje różowe sandałki wcale nie wyglądały źle w ich towarzystwie, ale tak jak te banany, były moje, więc do kitu.  
Chodziłam tak sobie od stoiska do stoiska i do dzisiaj zastanawiam się jak to się stało, że rozumiałam to, co do mnie mówiono (przynajmniej z grubsza). Oczywiście - gubiłam się, to znów odnajdywałam, bałam się, ale szłam dalej. Ostatecznie wydałam mnóstwo pieniędzy na watę cukrową. Byłam zachwycona tym, że wata potrafi być różowa (na festynie parafialnym sprzedawali tylko białą). W ogóle tam wszystko było wspaniałe…
Doświadczenie kolejki do "nie-wiadomo-czego", czyli do nowoczesnej latryny, nauczyło mnie tego, żeby nie stać już nigdy w żadnej kolejce w ciemno, żeby nie wierzyć "na wygląd" ("bo wyższy"), że inni wiedzą lepiej. Szłam sobie dalej i dotarłam do stoiska, gdzie się wydobywało złoto i robi medale. Zrobiłam więc sobie medal i… wycieczka się skończyła.
Znów autokar. Tym razem nie pozwoliłam się uczesać. Wracałam z Legolandu w sandałkach w kolorze cukrowej waty, z medalem i, jak się okazało z wieloma refleksjami na przyszłe, dorosłe życie. Przed oczami miałam idylliczny obraz barwnej rzeczywistości, na bardzo, bardzo bardzo długie lata.

Dojechaliśmy niespodziewanie prędko. Nikt nie spodziewał się, że będziemy o 5tej rano na miejscu. Moich rodziców nie powiadomiono, ale czekałam wytrwale. W końcu ktoś spakował mnie do auta i zawiózł do domu. Wszyscy jeszcze spali, kiedy uparcie dzwoniłam do drzwi.
Otworzyła mi mama z rozwianym włosem i zdębiała.
- Wróciłam!
- Matko Bosssska… JUŻ??? Sama? - Nie wierzyła własnym oczom - Dziecko!!! - przerażony wzrok jeszcze nic nie wiedział o roztopionym lodzie, o kolejce, medalu, o fryzurze ani o zawartości mojego plecaka…
Dopiero po kilku godzinach dobiegł mnie głos - coś pomiędzy krzykiem ze zdumienia, obrzydzeniem a załamaniem "co to jest?!" - oczywiście moja mama…
Nasz wzrok padł na brązowe post-bananowe coś. Mama już nie chciała słuchać "jak było", tata chętnie "chciałby wiedzieć".
Od tej postanowiłam otwarcie mówić, że nie lubię bananów.




środa, 4 czerwca 2014

Domowe karaoke

Kiedyś, nieświadomie, byłam bezgranicznie wdzięczna Opatrzności za… dezodorant w spreju. Tak właśnie, "Fa", czy "la" lub "sol" - nie miało to żadnego znaczenia. I, z tego co pamiętam, nie ja jedyna czułam taką wdzięczność, a jak się okazało, dźwięczność zarazem. Ważne, że dezodorant przypominał mikrofon i, że bezkarnie można było się do niego i z jego pomocą drzeć. Mało trzeba do szczęścia siedmiolatce, która marzy o głosie i talencie W. Huston i Basi Trzetrzelewskiej. Wystarczy magnet, lampka nocna w oczy i dezodorant do ręki (najlepiej pełen). 
Czar scenografii sprawia, że w mgnieniu oka przenosisz się na scenę, wszyscy podziwiają twój boski głos... Zupełnie naturalnie przychodzą pomysły na choreografię, ręce układają się tak, jakby od lat przeżywały frazę jednocześnie trzymając mikrofon, biodra tańczą, a ciało dokładnie wie, kiedy się nastąpi pauza. Po prostu Trzetrzelewska, Huston i Jackson w jednym. Boska! - chociaż mała i zna tylko "swój" angielski i"swój" francuski, potrafi porwać serca setek tysięcy ludzi jedną modulacją, jednym intensywnym "aaaaa". 
Trudno powiedzieć skąd się bierze taka potrzeba. Może niektórzy rodzą się z chęcią bycia słuchanym? Może czują, że będą chcieli coś dla innych zrobić? A może po prostu każdy potrzebuje jakiegoś powiewu wolności? Bo cóż piękniejszego jest od wydzierania się i tańczenia z dezodorantem we własnym pokoju, od bezgranicznie szczerego oddania się emocjom… "wanna dance with somebody" nie zabrzmiało już nigdy tak wiarygodnie, jak wówczas - skacząc na łóżku, a "au" Jacksona? cóż…
Dzisiaj dezodorant już nie w spreju, zastąpił je telewizyjny Pan Pilot, Whitney śpiewa z kompa, bo nawet moja wieża nie ma już wejścia na taśmę. Zrozumienie słów migających na ekranie laptopa nie zawsze też pomaga w interpretacji, trudno jest wypowiadać słowa, jak już zna się inne, choć podobnie brzmiące do prawdziwych - wciąż żywe.
Ale podejmuję ten trud śpiewania ilekroć rzeczywistość rzuca mnie na kolana do mycia podłóg, czy jeszcze bardziej kretyńskiego zmywania naczyń. Prasowanie pozostawiam bez komentarza.
Niezłe jest odkurzanie. Do spreju antykurzowego najbardziej pasuje piosenka ukochanej Whitney "the greatest love of all". Tak, to o tym, że obojętnie czy się powiedzie, czy też nie, ważne, że żyjesz według tego, w co wierzysz. "Dobrze ucz dzieci" (Whitney, skąd wiedziałaś???). 
Na te słowa wszystkie kurze znikają bez śladu. Co tydzień.
Nade mną sąsiadka podczas mycia podłóg chce chyba zbawić caaaaały świat - leci Violetta Villas. Różnica tylko taka, że Violetka śpiewa jej przez słuchawki do uszka, a ja słyszę tylko surowe solo dziewczyny, która jeszcze nie do końca opanowała tekst muzyczny. Jakoś dziwnie rozumiem ją bez słów, bez poznania. Ściany nas dzielą i łączą jednocześnie.

Przyjeżdżam do szkoły jako pierwsza, mam ambitny plan nadrobić zaległości we wszystkich dziennikach. To byłby cud, zupełnie jak czysta podłoga. W tym celu wstałam o 5 rano! Po szkole krzątają się jeszcze Nasze Panie (czyli Panie z mopem) i... rozpoznaję ten głos, rozpoznaję tę melodię! Gdzieś na końcu korytarza wybrzmiewa trochę niedoczyszczone, ale jakże szlachetne i prawdziwe "Najtrudniejszy pierwszy krok, nananana"...




niedziela, 1 czerwca 2014

Błogie lata 90-te, samo-dzielność

Może należałoby zacząć od początków początku? 
SAMODZIELNOŚĆ…
Co to takiego? Czy to stan, w którym samemu rozdziela się coś pomiędzy innymi? A może samo się dzieli - samo z siebie? Słowo tyle znaczy, co nic. Gdyby się w nie naprawdę wsłuchać - nie wiadomo 
o co chodzi…
A jednak, rodzice uczą swoich dzieci samo-dzielności. Każdy rozumie ją na swój sposób: jedni każą dzielić samemu i samemu na wszystko zapracować, drudzy dzielą sami i dają dzieciom, inni znów każdą szlachetnie dzielić się z innymi. A jeszcze są tacy, co w ogóle nie dzielą.

Nadchodzi przełom lat 90-tych , wszystkim wydaje się, że łapią Pana Boga za nogi, że za chwilę wszyscy się wzbogacimy, że Polska stanie na złotych filarach dobrobytu i pojedzie ekspresem do lepszego świata. 
Co robić? Były różne koncepcje dzielenia. Ja podlegałam tej, zakładającej dzielenie wiedzy. Nauka. Nauka ta jednak stała na filarach nie złotych, a humanistycznych. Nazwałabym je "poznaj świat, dziecko".
Jako siedmiolatka pojechałam więc z wycieczką do Danii, do Legolandu. Sama, z plecaczkiem w świat na wycieczkę. Hurrra. Nie pamiętam odjazdu autokaru, nie pamiętam, jak rodzice kiwali. Z pewnością nie płakałam, czego nie mogę powiedzieć o mamie, która z pewnością szlochała wołając do ojca "co my robimy???". Siedziałam sama w autobusie i samodzielnie wyjmowałam kanapki z plecaka, soczek ze słomką (sokopodobny), jabłuszko (pokrojone w ćwiartki) i egzotyczne banany, których nie cierpiałam bo miały tępy smak. Pamiętam jakiś dziwny strach dorosłych na granicy i strażnika, który dziwnie na mnie patrzył. Jako jedyna z całego autobusu jechałam samodzielnie tyle kilometrów! Ale bardzo mi się to podobało, wtedy po raz pierwszy poczułam, że coś mogę po swojemu, że nikt nie może mi niczego narzucić, że nie muszę jeść tych wstrętnych bananów!

W drodze zatrzymaliśmy się w jakimś maleńkim miasteczku, gdzie stała budka z lodami. Upał spowodował, że wszyscy chcieli jeść lody. Przypomniało mi się, że mama mówiła, że ludzie "tam" będą mówić w innym języku…
Dziecko nie rozumie tego, że ktoś może go nie zrozumieć. Ja przynajmniej byłam przekonana, 
że wszyscy mnie rozumieją, a ja rozumiem wszystkich. I tak było. Podsłuchałam "jak to się mówi", 
nic nie pokazywałam "na migi", odstałam swoje i kupiłam. Byłam z siebie taka dumna! Z drugiej strony było to w jakiś sposób naturalne, zwyczajne… Dziecko nie rozumie podziałów na języki, dla niego to "wszystko jedno po jakiemu" bo wszystko JEST jedno. Dopiero potem się rozdrabnia 
i DZIELI: nieważne czy samo-dzieli, czy współdzieli. Dzieli i tyle. 

Byłam bardzo z siebie dumna, że kupiłam loda bez niczyjej pomocy. Nikt nie kontrolował, czy zapłaciłam za dużo czy za mało. Otworzyłam go i chciałam pożreć w całości jednym gryzem. tyle, 
że lód wypadł i rozlał się na drodze wyłożonej eleganckim, zachodnim grysem. Pamiętam smutny widok różowej kałuży (lód truskawkowy oczywiście) i nikt nie powiedział "dziecko…". Kolejka była na tyle długa, że nie zdążyłam stanąć w niej drugi raz. Nikt "dorosły" nie poprosił, żeby wejść bez kolejki. I nie wiem dlaczego poczułam jednocześnie trochę rozczarowania i… luzu: że nic się w sumie "takiego" nie stało, że to tylko różowy lód, że "to nic".

Równie samodzielnie, jak wtedy, gdy kupowałam truskawkowego loda, wyjęłam z plecaka mój sok 
ze słomką. Sok sokopodobny smakował równie dobrze i słodko, co ten zimny lód. Niestety z nikim się nie podzieliłam. Ale nikt nie chciał niczego ode mnie! A szkoda. Zupełnie tak, jak w pokoju nauczycielskim nikt nie chciał kawy...