środa, 4 czerwca 2014

Domowe karaoke

Kiedyś, nieświadomie, byłam bezgranicznie wdzięczna Opatrzności za… dezodorant w spreju. Tak właśnie, "Fa", czy "la" lub "sol" - nie miało to żadnego znaczenia. I, z tego co pamiętam, nie ja jedyna czułam taką wdzięczność, a jak się okazało, dźwięczność zarazem. Ważne, że dezodorant przypominał mikrofon i, że bezkarnie można było się do niego i z jego pomocą drzeć. Mało trzeba do szczęścia siedmiolatce, która marzy o głosie i talencie W. Huston i Basi Trzetrzelewskiej. Wystarczy magnet, lampka nocna w oczy i dezodorant do ręki (najlepiej pełen). 
Czar scenografii sprawia, że w mgnieniu oka przenosisz się na scenę, wszyscy podziwiają twój boski głos... Zupełnie naturalnie przychodzą pomysły na choreografię, ręce układają się tak, jakby od lat przeżywały frazę jednocześnie trzymając mikrofon, biodra tańczą, a ciało dokładnie wie, kiedy się nastąpi pauza. Po prostu Trzetrzelewska, Huston i Jackson w jednym. Boska! - chociaż mała i zna tylko "swój" angielski i"swój" francuski, potrafi porwać serca setek tysięcy ludzi jedną modulacją, jednym intensywnym "aaaaa". 
Trudno powiedzieć skąd się bierze taka potrzeba. Może niektórzy rodzą się z chęcią bycia słuchanym? Może czują, że będą chcieli coś dla innych zrobić? A może po prostu każdy potrzebuje jakiegoś powiewu wolności? Bo cóż piękniejszego jest od wydzierania się i tańczenia z dezodorantem we własnym pokoju, od bezgranicznie szczerego oddania się emocjom… "wanna dance with somebody" nie zabrzmiało już nigdy tak wiarygodnie, jak wówczas - skacząc na łóżku, a "au" Jacksona? cóż…
Dzisiaj dezodorant już nie w spreju, zastąpił je telewizyjny Pan Pilot, Whitney śpiewa z kompa, bo nawet moja wieża nie ma już wejścia na taśmę. Zrozumienie słów migających na ekranie laptopa nie zawsze też pomaga w interpretacji, trudno jest wypowiadać słowa, jak już zna się inne, choć podobnie brzmiące do prawdziwych - wciąż żywe.
Ale podejmuję ten trud śpiewania ilekroć rzeczywistość rzuca mnie na kolana do mycia podłóg, czy jeszcze bardziej kretyńskiego zmywania naczyń. Prasowanie pozostawiam bez komentarza.
Niezłe jest odkurzanie. Do spreju antykurzowego najbardziej pasuje piosenka ukochanej Whitney "the greatest love of all". Tak, to o tym, że obojętnie czy się powiedzie, czy też nie, ważne, że żyjesz według tego, w co wierzysz. "Dobrze ucz dzieci" (Whitney, skąd wiedziałaś???). 
Na te słowa wszystkie kurze znikają bez śladu. Co tydzień.
Nade mną sąsiadka podczas mycia podłóg chce chyba zbawić caaaaały świat - leci Violetta Villas. Różnica tylko taka, że Violetka śpiewa jej przez słuchawki do uszka, a ja słyszę tylko surowe solo dziewczyny, która jeszcze nie do końca opanowała tekst muzyczny. Jakoś dziwnie rozumiem ją bez słów, bez poznania. Ściany nas dzielą i łączą jednocześnie.

Przyjeżdżam do szkoły jako pierwsza, mam ambitny plan nadrobić zaległości we wszystkich dziennikach. To byłby cud, zupełnie jak czysta podłoga. W tym celu wstałam o 5 rano! Po szkole krzątają się jeszcze Nasze Panie (czyli Panie z mopem) i... rozpoznaję ten głos, rozpoznaję tę melodię! Gdzieś na końcu korytarza wybrzmiewa trochę niedoczyszczone, ale jakże szlachetne i prawdziwe "Najtrudniejszy pierwszy krok, nananana"...




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz