Zastanawiałam się ostatnio (jak zwykle zresztą) o co tak naprawdę chodzi w zawodzie nauczyciela.
O to, żeby nauczyć?, żeby być dobrą ciocią?, a może wszystko na raz? - wychowanie, nauczanie i do życia przygotowanie… Koncepcja rysuje mi się w głowie i gdzieś intuicyjnie wszystko wydaje się oczywiste. Najlepiej, zostać nauczycielem bez skazy - być wymagającym, ale sprawiedliwym
i dobrym, dawać wolność kierując nią umiejętnie… Czasem wydaje mi się, że to jest po prostu niemożliwe, a każda sytuacja kryzysowa to poważny i niełatwy egzamin z życia.
Minęły już (mam nadzieję, że bezpowrotnie) czasy, kiedy nauczyciel dyscyplinował linijką i nie oglądał się na żadne dysfunkcje, choroby i niedyspozycje. Jednak ja stykam się z takimi problemami coraz częściej.
Anka, lat 10.
Ruda, zielone oczy, piegi, loki - jak z obrazka. Nikt nie chce z nią gadać, nikt nie chce jej cukierków, kiedy ma urodziny. Uznana za dziwaczkę, zepchnięta na klasowy margines. Nikomu do szczęścia niepotrzebny jej pomysł na zabawę. Siedzi sobie i chce się bawić. Kręci się, drapie, wykrzykuje coś od czasu do czasu, ale to pogrąża jej sytuację, wywołuje tylko śmiech u swoich extra koleżanek.
Wiem, że przewyższa je dziesięciokrotnie swoim potencjałem, chłonnością wiedzy, szybkością myślenia. W sumie jest chyba… genialna. Dlaczego więc siedzi sama? Dlaczego nikt nie pyta jej jak zrobić to "dodatkowe" z matmy?
Przyzwyczaiłam się już do ławkowej Piosenkarki, do Maksia lubię-gdy-się-wkurzasz. Ale Anka jest za każdym razem inna. Nie wiem czego się spodziewać. Wygląda to mniej więcej tak:
"O! Anka na parapecie!", "Aniu, nie rób fikołków na tej brudnej podłodze", "ANKA! Nie pluj na Tomka!", "Nie bij Zosi!", "Proszę Cię, Dziecko, odezwij się…". To tak z grubsza.
Do tej pory znałam ją tylko z sytuacji przerwowych i opowieści p. Bożeny - koleżanki
z nauczycielskiego. Bożenka lubi mój kubek, ale nie chce wypić ze mną kawy. Ma swoją i, jak większość, "nie chce robić problemu". Trudno więc czegoś więcej dowiedzieć się o Ance.
P. Bożena zaniemogła, a Dziennikarka zapytała, czy "nie chciałabym zastąpić Bożenki". Oczywiście wie, że ma mnie w szachu (jeszcze jeden brak tematu w e-dzienniku i MAT po pensji!). "Oczywiście, Pani Dyrektor. Oczywiście, że tak!".
Dzwonek, zaczynamy.
Pierwsze powitanie: "dzień dobry Dzieci, dzień dobry Pani" zamiast "dzeeeeń-dooooo-bryyyy?".
I zaczynam.
- Dzisiaj zastępuję Panią Bożenkę, będziemy powtarzać to, czego do tej pory się nauczyliście. Wstajemy!
I w tym momencie zdarzyło się coś nieoczekiwanego. Anka podchodzi do mnie.
- A mogę panią przytulić?
Zdębiałam. Podeszła, objęła z całych swoich sił i poszła się bawić.
- Bo ja taka jestem. PRZYTULAŚNA. Ja jestem CHORA proszę Pani. - Ona ma 10 lat!!! "Bo ja jestem chora???", myślę sobie. Kto tu jest chory?
- Chciałam Pani powiedzieć, że już panią lubię. Ładnie pani śpiewa i w ogóle lubię tutaj przychodzić bo jest… fajnie.
- Eeeee ona tak zawsze - odzywa się mała Żmijka w drogich okularach
- To dobrze - odpowiadam. Nastała cisza, której nie wytrzymał Maciek-uczę-się-bez-przerw.
"Dobra. To pracujemy czy nie???". I koniec babskich wynurzeń. Dyktando.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz