piątek, 6 czerwca 2014

Błogie '90-te, banany i inne medale

Nie cierpiałam bananów, które moja mama z pewnością skrzętnie wybierała na rynku "żeby tylko były świeże, proszę Pani, to dla córki". Wówczas obok zielono-żółtych bananów, na niektórych straganach stały w jednym rzędzie, ułożone jedno obok drugiego- wieeeelkie, odblaskowo-zielone jabłka. Mimo, że były kwaśne, że bolał po nich brzuch i zęby, prawie każdy je kupował. Wiadomo było, że przed jedzeniem trzeba będzie odkleić naklejkę ze skórki, dokładnie umyć. Jabłko z naklejką prezentowało się jakoś tak… kompetentnie. Wyparło "te nasze maludy". A "te nasze" pachniały, były rzeczywiście mniejsze, a każde wyglądało niepowtarzalnie. Jedyną ich wadą było to, że… były nasze. Zwarte szeregi "zielonych" zmiażdżyły więc gromadę indywidualistów, na szczęście nie na zawsze.
Ale dość o wyższości jabłek nad bananami. 
Za nami już podróż "autokarem" turk turk turk, zbliża się noc. Jako siedmiolatka nie do końca wiedziałam o co chodzi w tym, że jakaś pani zza lady rozdaje ludziom klucze. Trudno mi było ocenić do czego one miały posłużyć. Ale znowu ktoś powiedział, że idziemy spać i, że "się rozchodzimy". Kontekst tego wydarzenia jest taki, że w domu nikt się nie rozchodził, wszyscy raczej na siebie wpadaliśmy niż zamykaliśmy i wynikały z tego niezłe wymiany uprzejmości. O rozchodzeniu nie było nawet mowy. Trudno mi było więc sobie wyobrazić na czym polega to "całe rozejście".
Jakaś pani powiedziała, że mnie zaprowadzi do mojego pokoju i, że od środka mam się zamknąć na klucz. I wtedy zrozumiałam, że to jest niezapomniana chwila. Do tej pory nigdy nie miałam swojego pokoju.
Mój pokój hotelowy był jakąś... komnatą. Miałam spać na wielkim łóżku, w odległości 3 metrów nie było moich sióstr, za ścianą cisza. W oknach zielone ciężkie zasłony wyglądały jak teatralne kulisy. Szafa była taka stara, że bałam się ją otworzyć będąc świeżo po lekturze "Opowieści z Narni", które mi kupiła kulturalna siostra (przeczytała mi na głos i stwierdziła, że "fajne" i oznajmiła, że "bierze").
Trudno było śnić w takiej ciszy, ale podjęłam wyzwanie… Nie mogę powiedzieć, że się wyspałam. 
Rano autokar jechał dalej z całą gromadą osób rządnych przygód, kolorowych gadżetów z plecakami pełnymi bananów i kanapek. Sok sokopodobny smakował równie egzotycznie jak dnia poprzedniego. Pani w autobusie postanowiła, że "nie mogę tak wyglądać" i postanowiła zrobić mi fryzurę jaką powinna mieć dziewczynka. Czesała mnie wieczność szponami koloru czerwonego wybierając pojedyncze kosmyki moich lichych włosów. Nie wiem, czy jest na tym świecie siedmiolatka, która lubi być czesana. Ja tego serdecznie nie znosiłam. Ale przynajmniej moja głowa po tych torturach prezentowała się nienagannie.
I wtedy autokar się zatrzymał. Drzwi otworzyły się na świat. Byłam pewna, że dotarliśmy do RAJU. 
Tak go sobie wyobrażałam. Mnóstwo kolorowych wielkich postaci - chodzących i zbudowanych z klocków, wszędzie strumyczki, wata cukrowa, lody, mili ludzie…
I nagle... poczułam co to znaczy chodzić w tłumie. Okropne i budzące lęk. Myślałam, że skoro wszyscy "dokądś idą", a idą w tym samym kierunku to ja też powinnam iść w tę stronę. Ale okazało się, że oni szli do nowszej wersji latryny, która wcale nie była mi w głowie po wyjściu z autokaru. Chciałam rzucić się w ten wir kolorów, tak bardzo brakowało ich w mojej szkole, na ulicach wokół domu.
Tam było tak wielu ludzi! Ilość Legolandowców przekraczała moje możliwości policzenia. Umiałam tylko to stu. Z racji wzrostu skupiłam się więc na butach i szybko zrozumiałam, że w Legolandzie mają "super buty" - były małe, duże, nowe, stare, kolorowe, sportowe, szpilki (!), trampki, WSZYSTKO BYŁO! Moje różowe sandałki wcale nie wyglądały źle w ich towarzystwie, ale tak jak te banany, były moje, więc do kitu.  
Chodziłam tak sobie od stoiska do stoiska i do dzisiaj zastanawiam się jak to się stało, że rozumiałam to, co do mnie mówiono (przynajmniej z grubsza). Oczywiście - gubiłam się, to znów odnajdywałam, bałam się, ale szłam dalej. Ostatecznie wydałam mnóstwo pieniędzy na watę cukrową. Byłam zachwycona tym, że wata potrafi być różowa (na festynie parafialnym sprzedawali tylko białą). W ogóle tam wszystko było wspaniałe…
Doświadczenie kolejki do "nie-wiadomo-czego", czyli do nowoczesnej latryny, nauczyło mnie tego, żeby nie stać już nigdy w żadnej kolejce w ciemno, żeby nie wierzyć "na wygląd" ("bo wyższy"), że inni wiedzą lepiej. Szłam sobie dalej i dotarłam do stoiska, gdzie się wydobywało złoto i robi medale. Zrobiłam więc sobie medal i… wycieczka się skończyła.
Znów autokar. Tym razem nie pozwoliłam się uczesać. Wracałam z Legolandu w sandałkach w kolorze cukrowej waty, z medalem i, jak się okazało z wieloma refleksjami na przyszłe, dorosłe życie. Przed oczami miałam idylliczny obraz barwnej rzeczywistości, na bardzo, bardzo bardzo długie lata.

Dojechaliśmy niespodziewanie prędko. Nikt nie spodziewał się, że będziemy o 5tej rano na miejscu. Moich rodziców nie powiadomiono, ale czekałam wytrwale. W końcu ktoś spakował mnie do auta i zawiózł do domu. Wszyscy jeszcze spali, kiedy uparcie dzwoniłam do drzwi.
Otworzyła mi mama z rozwianym włosem i zdębiała.
- Wróciłam!
- Matko Bosssska… JUŻ??? Sama? - Nie wierzyła własnym oczom - Dziecko!!! - przerażony wzrok jeszcze nic nie wiedział o roztopionym lodzie, o kolejce, medalu, o fryzurze ani o zawartości mojego plecaka…
Dopiero po kilku godzinach dobiegł mnie głos - coś pomiędzy krzykiem ze zdumienia, obrzydzeniem a załamaniem "co to jest?!" - oczywiście moja mama…
Nasz wzrok padł na brązowe post-bananowe coś. Mama już nie chciała słuchać "jak było", tata chętnie "chciałby wiedzieć".
Od tej postanowiłam otwarcie mówić, że nie lubię bananów.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz