Może należałoby zacząć od początków początku?
SAMODZIELNOŚĆ…
Co to takiego? Czy to stan, w którym samemu rozdziela się coś pomiędzy innymi? A może samo się dzieli - samo z siebie? Słowo tyle znaczy, co nic. Gdyby się w nie naprawdę wsłuchać - nie wiadomo
o co chodzi…
A jednak, rodzice uczą swoich dzieci samo-dzielności. Każdy rozumie ją na swój sposób: jedni każą dzielić samemu i samemu na wszystko zapracować, drudzy dzielą sami i dają dzieciom, inni znów każdą szlachetnie dzielić się z innymi. A jeszcze są tacy, co w ogóle nie dzielą.
Nadchodzi przełom lat 90-tych , wszystkim wydaje się, że łapią Pana Boga za nogi, że za chwilę wszyscy się wzbogacimy, że Polska stanie na złotych filarach dobrobytu i pojedzie ekspresem do lepszego świata.
Co robić? Były różne koncepcje dzielenia. Ja podlegałam tej, zakładającej dzielenie wiedzy. Nauka. Nauka ta jednak stała na filarach nie złotych, a humanistycznych. Nazwałabym je "poznaj świat, dziecko".
Jako siedmiolatka pojechałam więc z wycieczką do Danii, do Legolandu. Sama, z plecaczkiem w świat na wycieczkę. Hurrra. Nie pamiętam odjazdu autokaru, nie pamiętam, jak rodzice kiwali. Z pewnością nie płakałam, czego nie mogę powiedzieć o mamie, która z pewnością szlochała wołając do ojca "co my robimy???". Siedziałam sama w autobusie i samodzielnie wyjmowałam kanapki z plecaka, soczek ze słomką (sokopodobny), jabłuszko (pokrojone w ćwiartki) i egzotyczne banany, których nie cierpiałam bo miały tępy smak. Pamiętam jakiś dziwny strach dorosłych na granicy i strażnika, który dziwnie na mnie patrzył. Jako jedyna z całego autobusu jechałam samodzielnie tyle kilometrów! Ale bardzo mi się to podobało, wtedy po raz pierwszy poczułam, że coś mogę po swojemu, że nikt nie może mi niczego narzucić, że nie muszę jeść tych wstrętnych bananów!
W drodze zatrzymaliśmy się w jakimś maleńkim miasteczku, gdzie stała budka z lodami. Upał spowodował, że wszyscy chcieli jeść lody. Przypomniało mi się, że mama mówiła, że ludzie "tam" będą mówić w innym języku…
Dziecko nie rozumie tego, że ktoś może go nie zrozumieć. Ja przynajmniej byłam przekonana,
że wszyscy mnie rozumieją, a ja rozumiem wszystkich. I tak było. Podsłuchałam "jak to się mówi",
nic nie pokazywałam "na migi", odstałam swoje i kupiłam. Byłam z siebie taka dumna! Z drugiej strony było to w jakiś sposób naturalne, zwyczajne… Dziecko nie rozumie podziałów na języki, dla niego to "wszystko jedno po jakiemu" bo wszystko JEST jedno. Dopiero potem się rozdrabnia
i DZIELI: nieważne czy samo-dzieli, czy współdzieli. Dzieli i tyle.
Byłam bardzo z siebie dumna, że kupiłam loda bez niczyjej pomocy. Nikt nie kontrolował, czy zapłaciłam za dużo czy za mało. Otworzyłam go i chciałam pożreć w całości jednym gryzem. tyle,
że lód wypadł i rozlał się na drodze wyłożonej eleganckim, zachodnim grysem. Pamiętam smutny widok różowej kałuży (lód truskawkowy oczywiście) i nikt nie powiedział "dziecko…". Kolejka była na tyle długa, że nie zdążyłam stanąć w niej drugi raz. Nikt "dorosły" nie poprosił, żeby wejść bez kolejki. I nie wiem dlaczego poczułam jednocześnie trochę rozczarowania i… luzu: że nic się w sumie "takiego" nie stało, że to tylko różowy lód, że "to nic".
Równie samodzielnie, jak wtedy, gdy kupowałam truskawkowego loda, wyjęłam z plecaka mój sok
ze słomką. Sok sokopodobny smakował równie dobrze i słodko, co ten zimny lód. Niestety z nikim się nie podzieliłam. Ale nikt nie chciał niczego ode mnie! A szkoda. Zupełnie tak, jak w pokoju nauczycielskim nikt nie chciał kawy...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz