niedziela, 31 sierpnia 2014

Eros i Amor

Dziwne, jak każdego dnia przeciętny nauczyciel zmierza się... z porankiem. Nie wiem jaki szaleniec, oprócz Krystyny, rzecz jasna, pragnie wstać, założyć torbę na ramię i podążać dziarskim krokiem do swojej placówki oświaty. Nie da się każdego dnia robić tego z takim samym błyskiem w oku, a przecież Młode Oko potrzebuje tego codziennie, tak samo jak potrzebuje codziennej, matczynej miłości. Bardziej lub mniej świadomie codziennie idzie po "nowe": po ocenę, naganę, pochwałę i... po przerwę. 
"Motylki to tylko na początku" mawia Krystyna, a jednak wszyscy ją lubią. 
Krystyna - to właśnie ona zmusza Marka, Arka i mnie do myślenia. Nie ten nudny fizyk, ani nawet Nowa od polskiego, która wyluzowuje nawet najbardziej wyluzowanych z szóstej klasy. 
A my? Marek, Arek i ja? Jakimi belframi będziemy za te 20 lat? 

Nadal gimnastykuję się uczciwie, żeby lekcję przeprowadzić z tzw. modną passssją. Czy właściwie? W tej chwili uświadamiam sobie, że to jest błąd, że nie tak powinniśmy pracować i nie tego powinniśmy wymagać od nauczycieli swoich dzieci. Jedyne, co powinno się zrealizować w szkole to POWOŁANIE. 
W słowie tym zawiera się "wołanie". I to wołanie nie byle jakie, tylko wołanie "po" coś. Powołany ma kochać to, co robi, a nie podniecać się błyskotliwą lekcją. Siermiężne? Chyba jednak nie. Raczej "stałe" i z pięknymi chwilami uniesień, z mocnym gruntem pod stopami i miłością do swoich uczniów. I nienawiścią do dziennika - rzecz jasna.

Pasja mija: raz jest, raz jej nie ma. Działa jak afrodyzjak, jak eros, a nie amor. Przyciąga i daje świeży powiew, który jest konieczny do życia, ale czy buduje je całe?

Kwiaty, kawa i do pracy.
A może ja się po prostu starzeję?

niedziela, 24 sierpnia 2014

Dziecięca Wiara i Nadzieja

Marzenia ośmiolatki, nieważne, czy po samotnej podróży do barwnej Europy, czy nie, są zwykle podobne. Początek lat '90 przynosił nam, dzieciom mnóstwo wrażeń, o których ani ich rodzice, ani nawet starsze rodzeństwo nie śniło. Na ulicach pojawiały się pierwsze bilbordy z czerwonymi napisami, na targu można było kupić kasetę Whtiney Huston, tato pachniał Old Spycem i szykował się do założenia firmy. Wtedy czuło się zmianę. Nagle można było uwierzyć, że wszystko się zmieni, że trzeba próbować, że jest szansa na lepsze, barwniejsze.
Ojciec wkładał krawat, mama zaczęła farbować włosy, w reklamie pani blondynka mówiła "tak jak ja lubię, jak on lubi" i od tej pory każda żona przedsiębiorcy miała na sobie blond. Moje rodzeństwo uczyło się bardzo pilnie, a mnie się wydawało, że mój tato zostanie prezydentem. To było oczywiste, że zostanie. W oczach ośmiolatki wolność oznaczała po prostu otwarcie wszystkich możliwości i prostą drogę do sukcesu.
Wszyscy mieliśmy nadzieję i ten stan jest chyba najcenniejszym z całej gry o pieniądze, sławę i powodzenie.
Tato, że jego firma zmieni świat, siostry - że dostana się na studia, brat, że zostanie wielkim inżynierem, mama - że po prostu wszystko będzie dobrze.
Ja miałam nadzieję, że zostanę wielką artystką. Do dziecięcej kariery wiodła prosta droga. Wystarczyło zapalić lampkę w ciemnym pokoju, światło rzucić na siebie i tańczyć, śpiewać i cierpliwie słuchać nagranych oklasków.
Tyle z artyzmu.

Oczywistość sukcesu i spełnienia wisiała nad nami wszystkimi. Ekscytacja podlana stresem. Musiało się udać. Musiało się spełnić i spełniało się - powoli, czasem trochę szybciej.
- Tato, a może Ty zostaniesz prezydentem?
- Ja?
- No tak - byłam taka pewna, że to się za chwilę wydarzy! - Zostałbyś prezydentem, prawda?
- Ja... no nie wiem dziecko, nie wiem... - i charakterystycznie wysuwał twarz do lustra zawiązując krawat. Dopiero dzisiaj rozumiem, że to nie była odpowiedź kogoś, kto rozważa ofertę, tylko kogoś, kto nie do końca chce rozczarować i ostudzić dziecięcy zapał. Mama byłaby przecież idealną pierwszą Damą, Blond I-szą.
Ale za możliwościami zdecydowanie wolniej szła... głęboka wiara w ich spełnienie. Nadzieja? Nadzieja tak. Wiara z nadzieją różnią się jednak od siebie. Obie trochę naiwne, ale to w wierze zawiera się odpowiedzialne opowiedzenie się za czymś. Jeśli się tylko ma nadzieję, to tak, jakby zostawić coś w obcych rękach, a jak się nie uda, to umyć je i iść dalej. Może dlatego umiera ostatnia - bo już nie do końca od nas zależna?
Wiara jest inna, a jej ewentualne załamanie - dużo bardziej bolesne. I w tym sęk.

Ale wierzyć trzeba, nawet jeśli innym wydaje się, że to wiary nie warte.

sobota, 23 sierpnia 2014

Brutalna lokalna i keybord w kinie

Wcale nie zapomniałam jak to jest być uczniem. Zapach korytarzy, szatni i tablicy wymęczonej kredą przywołują wspomnienia. Z tą samą satysfakcją i poczuciem, jakże irracjonalnego spełnienia, zapisuję zieloną tablicę świeżą kredą. Rano najlepiej widać kontrasty, najostrzej i najwyraźniej wiadomo o co chodzi. Niestety, wakacje dobiegają końca, wspomnienia odżywają, szczególne te najbardziej jaskrawe. Wróćmy ma chwilę do lat '90...
Zamiast "lekcja, temat" Pani Ruda, wychowawczyni, zapisała "KONCERT za dwa tygodnie". Pamiętam, jak całą lekcję tłumaczyła nam zasady zachowania. Po pierwsze "galowy strój, czyste buty", po drugie "nie jemy cukierków podczas grania, a najlepiej nawet w przerwie panujemy nad sobą". Ewentualne "słuchamy" jakoś umknęło jej uwadze, a co za tym idzie - całej naszej klasy i, jak się okazało... całej szkoły. Ja zapamiętałam tylko, że mam… grać dla tych, którzy nie mięli jeść cukierków "ani niczego innego!". Przed wszystkimi, w plajtującym, kameralnym kinie niedaleko szkoły miałam wystąpić w tzw. "galowym stroju", najlepiej bez próby i przygotowana na sto procent. To była moja, jak się okazało, pierwsza koncertowa przygoda, spełnienie wszystkich najczarniejszych snów lękowych, typowych dla uczennicy szkoły muzycznej. A senne fantazje na temat porażek scenicznych ciągnęły się wariacyjnie i zaskakująco jak co najmniej ballady Chopina.
Podczas kiedy w klasie maturalnej wszystkim się śniło, że NAGLE mają iść do sali matematycznej i zdawać egzamin dojrzałości z matematyki i chemii, mnie, uczenniczce z siódmej "a" śniło się, że wchodzę na scenę z kompletną dziurą w głowie. Nie wiem co grać. A wszyscy czekają.
Koncert był zawsze czymś świętym i potwornie stresującym. Całe to czekanie, chusteczka w ręce, chusteczka na klawiaturze, podsłuchiwanie kolegów, którzy ZAWSZE szybciej grali, stanowiło aurę nie do zniesienia dla takich jak ja. Wiedziałam, że oni podsłuchiwali mnie i drżeli podobnie jak ja przed swoim koncertowaniem. Tak właśnie odbieraliśmy sobie nawzajem pewność siebie, budowaliśmy swoje kompleksy i zamiast gromadzić się w zespołach, konkurowaliśmy ze sobą w złudnym poczuciu budowania swojej niesamowitej, solowej kariery. Po koncercie i tak następowała zwykle reprymenda za potknięcia.
Byli tacy, którzy uciekali, Anka płakała, Tomek w ogóle się nie przejmował i grał jak chciał, kujonki nawet nie wiedziały, że grały, bo zawsze grały szybko i "tak, jak na lekcji". Ja wiedziałam, że za każdym razem wystawiam się na pożarcie. Byłam głęboko przekonana o tym, że scena to jedyne miejsce, w którym mogę naprawdę grać tak jak chcę, że nikt nie mi nie przerwie, nie będzie głośno liczył, nie powie, że "źle, musisz dalej ćwiczyć". Dlatego "szalałam" i zaskakiwałam moje nauczycielki. Czasem tak mnie ponosiło, że... zapominałam tego, co miałam zagrać. To była cena tego szaleństwa i poczucia wolności. Jedyną obroną był… uśmiech i godne pożegnanie publiczności. I te krzywe zęby w uśmiechu - no cóż.
Koncert w plajtującym kinie kameralnym był jednak występem dla wszystkich z naszej zwykłej rejonówki-podstawówki.
Weszłam do kina.
"Tak chcesz wystąpić?!" - Biologicy w wielkich okularach zdecydowanie nie spodobała się krótka czarna sukienka. No ale co miałam zrobić? Zdjąć?
Sala była już prawie pełna. Klasy schodziły się w porządku wiekowym - karnie i ze snickersami. Nie wiem czy przyszła cała szkoła, czy tylko trzy czwarte. Czułam się jak w ulu, do tego w "nieprzystającej" sukience. Stres.
Wtedy zobaczyłam coś, na czym miałam grać...
Jak miałam na tym grać??? Ja??? Prawdziwa uczennica prawdziwej szkoły muzycznej, w której muzyka elektroniczna, eksperymentalna lat 70tych była czymś absolutnie nowatorskim i niestrawnym, nieznanym prawie? Królował w niej metronom, Chopin z doniczką paproci przy fortepianie, dywan i szafa z mnóstwem pożółkłych nut owiniętych w szary papier... Ja miałam grać na keybordzie? Jak na tym się w ogóle gra?
Nie miałam jak położyć nut, skserowanych oczywiście.
"Jakoś sobie poradzisz" powtarzały biologica i Ruda, obie odpowiedzialne za wielkie i szerokie "wszystko".

Po raz pierwszy bałam się naprawdę. Tu chodziło o dobre imię - moje, Chopina, metronomu, szkoły. "Co powie moja Pani???" - ta myśl była miażdżąca.
- To ty? - podeszła jakaś pani i jak Boga kocham, pamiętam, że miała wspaniałe buty. Piękne, subtelne sandałki z wężowej skóry.
- Będziesz dzisiaj grała dla całej szkoły? - to była dziennikarka z lokalnej gazety. W ogóle była świetnie ubrana...
- Tak, zagram to i to.
- A jak się uczysz grać? - dzisiaj miałabym ochotę powiedzieć "sama".
- W szkole muzycznej, proszę Pani. Ale nigdy nie grałam dla tylu ludzi...
"A teraz wystąpi..." - te słowa przerwały naszą konwersację. Usłyszałam swoje imię i nazwisko, zobaczyłam publiczność, jak prawdziwa, koncertująca pianistka i w końcu zobaczyłam ten ohydny keybord.
"Power" nie działa. NIE DZIAŁA!
Już działa. Pedału brak, bo model podstawowy.
Zaczęło się. Gram.
Gram.
Nie słychać, że gram ciszej i głośniej, bo klawiatura nieczuła.
Pomyłeczka.
Gram.
I trach. Nuty spadają wraz ze stojakiem na moje ręce.
Gram dalej, czuję się jak kapitan Tytanica.
No i koniec. Palce mi się zaplątały w papier, nie wiem co robić.
Przerywam, niestety.
Ustawiam raz jeszcze stojak, ale niestety ponownie spada. I jeszcze raz. Sytuacja wymaga ode mnie jakiejś reakcji.
Uśmiech. Ustawiam nuty dalej, ale już nie wiem gdzie skończyłam, a poza tym nie potrafię grać od środka. Niestety.
Nagle poczułam falę napływającego stresu pomieszanego z chęcią płaczu i śmiechu. Rozpłakać się przed Aśką z "c"? W życiu!
Wpadłam więc w paniczny śmiech i zeszłam ze sceny.
Paparazzi z lokalnej i dziennikarka w świetnych butach złapała mnie od razu na korytarzu, a ja, głupia, zdradziłam jej swoje imię i nazwisko.
Koncert, w drugiej części zakładał występ sławnego zespołu, ale zagłuszyły go snickersy i inne Fanty. Biologica biegała i uspokajała młodzież krzycząc, zespół nie słyszał się wzajemnie. KATASTROFA.

Następnego dnia w brutalnej lokalnej czytam:
"Młoda pianistka tłumaczyła swój nieudany występ tym, że nigdy nie grała przed tak dużą publicznością".
Załamanie i rozczarowanie.
I właśnie wtedy zdecydowałam, że zostanę pisarką. Rachunek prosty. Nie trzeba grać na keybordzie. Pisać można co się chce i... nosisz świetne buty.




wtorek, 19 sierpnia 2014

Szary

Szary.
Jest wszędzie. Kiedyś był zmorą, kojarzoną z beznadziejną codziennością. Wszystko było szare - nijakie, jakby brudne, nieokreślone, bez wyrazu. Szary był blok, beton, przydrożne lampy, szare były garnki, zeszyty, kredki i rolki papieru. Zresztą szarością było po prostu wszystko. To słowo brzmi "absolutnie" i tak ma brzmieć. 
Szary jest podstępny. Tworzył i tworzy nadal złudzenia. Miało być białe, jest "prawie" białe. Jest szare. No tak! Prawie białe. Miało być czarne, jest... prawie czarne?...
Ale jeszcze nie tak dawno wszechobecna szarość zamazywała rzeczywistość. Coś, co było na przykład żółte, wcale nie musiało być takim widziane. Przykrywała je jakaś nieracjonalna szara poświata. Może to psychologia, może po prostu głupota... Ale trudno pamiętać nasycenie kolorów mojego dzieciństwa. I kredki świecowe - ledwo było widać kolor.
A może po prostu nasz cały świat miał wtedy "doła"? Czyżbyśmy nie dostrzegali wówczas nasyconych barw? Przecież trawa była zielona. Ale inaczej. Przecież maki zawsze czerwone. A jednak. Niezapisana kartka w zeszycie - czysta? Wszystko jakby spowite szarością, nieokreślonością. Jakimś takim "bylejactwem" i prowizorką. Tak to pamiętam. 

Szary, długi blok i jego klaustrofobiczne wnętrze z milczącymi głowami. Szara była codzienność i szare - przygarbione plecy. Smutne. Szary nie krzyczał, ani nie awanturował się publicznie. Szary czekał, oddychał sobie, egzystował bez zasad. Był po prostu wielki, straszny i w gruncie rzeczy nieporadny. 
Szary dusił i zniechęcał. Im bliżej siebie byliśmy, tym podejrzliwiej patrzyliśmy na wszystkich i wszystko. A w szarym świecie mieszkał... 
Szarak.
Szarak to przeciętniak, nic takiego specjalnego. Nic wyjątkowego nie osiągnie, będzie balansował w tej swojej szarości i przeciętności. Zero wiary i nadziei. Miłość to może jeszcze - od czasu do czasu. Ala Szarak przetrwa, bo jest nieokreślony - ma cały czas szerokie pole do działań i niczego nie ryzykuje. Bo jest żaden i wszędzie się przytuli, jakoś sobie poradzi. Zupełnie jak ten beton, który pokrywa nawierzchnię. Wszyscy go lubią na początku, bo "miękko się jeździ rowerem".

Tej na pozór spokojnej szarości jest tyle, że nie wiadomo, gdzie się zaczyna, a gdzie kończy. Dziś jest modna i piękna, choć naprawdę niewiele o niej wiadomo. Niestety. Ta szarość, pokorna wobec  jakiegoś głosu, jednocześnie wyszczekuje różnie zdania - niezobowiązująco. Niby "kompetentnie".
Coś się dzieje jednak z tymi, którzy pod szarością rosną. Jedni oczywiście nie zauważają jej w ogóle i pewnie nigdy nie zauważą. Ale są tacy, którzy przebiją ją jednym sprytnym ruchem. Uchodzi powietrze, okazuje się, że pod nim jest jakieś życie. 
A ten ruch to odwaga. Pełna i nieprowizoryczna. Piękna i mądra. Choć jest szczupła, to wysoka.

Szarość? Słaba i wątła.
Chyba nawet... nie, nie żal.


wtorek, 12 sierpnia 2014

Wakacje, czyli obóz

Pokolenie współczesnych trzydziestolatków przeżywało swoje obozy. Wakacyjne. Jedni jeździli z harcerzami, inni tylko na "zimowe", jeszcze inni na letnie kolonie w góry lub nad morze. Ja jeździłam wszędzie. Miałam "jak najwięcej korzystać" i… "poznawać (dziecko) nowych ludzi". Nie było facebooka ani bloga. Były zwyczajne, papierowe listy i telefon na żeton z literką.
To na tych obozach nauczyłam się pisać i jasno stawiać warunki: "Mamo, przyślij mi 360.000 i czyste majtki. Wszystko jest w porządku, jest fajnie.". Ale miałam wtedy siedem lat.
Obóz lub kolonia to czas odpoczynku i wytchnienia. Czyżby?

Najpierw "autokar"czyli uczucie, że nikogo nie znasz i zwykle poznajesz największego obozowego łobuza lub łobuzkę, od którego potem chcesz trzymać się z daleka.
Na moje obozy co roku jeździła ta sama wychowawczyni - p. Ula. Pani Ula była prześliczną, młodą studentką. Obiekt westchnień każdego współwychowawcy, ale ci zmieniali się co roku. Rezygnowali po pierwszym obozie. Pani Ula to typ kobiety, która wie czego chce, nie zachwyca się byle pierwszym mięśniakiem i gwiżdże na wszystko i na wszystkich.
Rano gwizdek, do wymarszu gwizdek, marsz od lewej i z piosenką na ustach. Wszyscy mają śpiewać, bo "łatwiej się idzie, zobaczycie"- to jest pani Ula, pani obozów i kolonii.
Obóz w górach trwał trzy tygodnie. Rodzice wysyłali na wakacje, bo byli pewni, że to najlepszy sposób na poznanie świata, polskich gór, samorozwój. "Trzeba zmieniać klimat, żeby lepiej się żyło i, żeby mózg lepiej chłonął" - mawiali. A zatem jeździłam w góry.
Obóz to nie hotel. Pokój - im większy, tym lepszy. Mój był zwykle siedmioosobowy. Każdy miał łóżko, metalową szafkę nocną bez lampki (kto by czytał na obozie???) i ściany pomalowane do połowy olejną farbą, z charakterystyczną kreską - zupełnie, jak w szkole. Nienawidziłam tego z całego serca.
W ogóle siermiężność wszystkiego wokół dobijała mnie nawet jak byłam dzieckiem. W Szklarskiej Porębie, w górach, mogłoby być wszystko cudne, górskie, "jakieś" w ogóle! A był ohydny popękany beton, wylany na cudne kocie łby, tysiące sklepików z tandetą i pierwszą Fantą oraz kafejki z plastikowymi białymi krzesłami. To nic, że góry, cudne powietrze, krajobrazy… Kto w tym widział wartość?

Pobudka, szybka toaleta (szybka!) i oczywiście gimnastyka z p. Ulą.
W dwuszeregu zbiórka, gwizdek.
"Nie te buty! Jak chcesz ćwiczyć w sandałkach?". Biegłam więc drugi raz, żeby przebrać obuwie. Ale jak już je znalazłam, to się okazało, że doszliśmy właśnie do końcowego wdechu i wydechu. Do tego sandały nadają się tak samo dobrze jak trampki…
Śniadanie pod hasłem "pamiętajcie, bułka w góry, chleb na miejscu" ze słodką herbatą nalewaną aluminiową nabierką, jak w szkole. I sprzątanie.

Gwizdek.

A po gwizdku sprawdzanie porządku w pokojach. To był dopiero stres. Kurze i papierki, ścielenie łóżka, układanie rzeczy w szafie, czyli wszystkie znienawidzone czynności podstawówkowicza musiały być ogarnięte. W przeciwnym wypadku - pilot i cała zabawa od początku.
Pani Ula z panią Danielą stanowiły bardzo dobrany duet strażniczek porządku. Jak policyjne psy, lub perfekcyjne panie domu kolonijnego, wyczuwały na odległość papierki i inne kurze.
Po ewentualnym pilocie, wymarsz.
Filozofia maszerowania pani Uli była dla wszystkich zrozumiała tylko na poziomie rozumienia języka polskiego. Naczelne zdanie brzmiało "idź z pierwszymi, będziesz miał dłuższy odpoczynek". Jak mam iść z pierwszymi, jak moje nogi są o połowę krótsze???
Niestety szłam z tyłu i gadałam i dyskutowałam i słuchałam, czy idę na pięć, czy jednak na trzy. Co gorsza, gadałam do siebie w językach, które wydawały mi się francuskim albo chińskim. Przerwa na kanapkę była wcale nie taka długa, jak się nam marzyła. Widoczki, czyste powietrze, konkursy, karty na szczycie i aparat fotograficzny z filmem kodaka, gdzie trzeba było oszczędzać klisze - to był codzienny standard. Dziś nie trzeba oszczędzać żadnych kliszy, a górska jajecznica z mąką podawana w zwykłej jadłodajni jest czymś albo nie do zjedzenia, albo czymś do lansowania na fejsie - że to jest takie przaśne… Dla nas wówczas wszystko było takie oczywiste: wymarsz, bułka i piosenka.
Podczas jednej z wycieczek p. Daniela powiedziała, że chętni, mogą jechać wyciągiem i spotkamy się na szczycie z resztą grupy. Ale w kontekście przebytych dwóch tygodni w pełni mobilizacji: bez pilota, bez opóźniania tempa grupy, dwóch tygodni formowania nas na tych, którzy mają zdobywać, a nie tylko konsumować, że nieważne osiągnięcie, ważna droga… brzmiało to jak propozycja diabła kusiciela. Blamaż. Nikt na to nie przystał.
Wszyscy wykańczaliśmy się w poczuciu wielkiego spełnienia, karnie wkładaliśmy trampki na poranną gimnastykę, a podczas ulewy wszyscy grzecznie, równo i czysto śpiewaliśmy piosenki. Słowa pisała p. Ula na tablicy pięknym, szkolnym pismem.
Wyjście do miasta? Półgodzinne i zwarte. "Ile wydałaś? Nie za dużo?", "NIE!". "Kupiłam tylko to i to i tamto i jeszcze TO, o!".

Ale pewnego wieczoru, dzień przed ogniskiem zapukałam do pokoju tzw. kadry. Kadrowa Ula otworzyła drzwi i próbowała tak wyjść, żebym niczego nie widziała. Ale, naiwna, nie wiedziała, że jestem najmłodsza w rodzinie i ja po prostu wszystko widzę i wszystko słyszę. Daniela, Ula i Romek (jeden z tych wychowawców, co smalił cholewki do Pierwszej Kadrowej) siedzieli przy stole i urabiali jakieś kolorowe kulki. Wokół było mnóstwo książek otwartych na pierwszej stronie. Nie wiedziałam po co to. Pogadałam z p. Ulą i poszłam spać.
Następnego dnia wszystko się wyjaśniło. Każdy z nas dostał ręcznie robioną branzoletkę - wakacyjną pamiątkę i książkę z pięknie wypisaną dedykacją.

Po raz pierwszy ktoś napisał, że świetnie sprzątam!
Im naprawdę zależało.






piątek, 8 sierpnia 2014

Janda i Powstanie

Bardzo, bardzo cienka granica
czyli o sztuce

Powstanie. Powstanie. Powstanie. 
Tymi słowy otworzyła się księga świętych wspomnień Powstańca i wybrzmiało oratorium, rozpoczął się spektakl: „Pamiętnik powstania warszawskiego”.
Mroczna sceneria Muzeum, wszechobecna czerń i wreszcie to, o czym w ogóle trudno pomyśleć. Lęk, bohaterstwo, szaleństwo, tragedia i „Jezus Maria” matki, żony, dziewczyny, Powstańca, tzw. „zwykłego cywila”.

Pamiętnik nazwano spektaklem-oratorium. Jasne głosy wokalistów, jakby nucąc na wzór romantycznej opowieści piosenkę - opowiadały, przywoływały, uczestniczyły w powstaniu, modliły się. Kompozytor (Jerzy Satanowski) wplótł muzyczne cytaty modlitw, kontrastował dramat tekstu
z dyskretną, delikatną partią muzyczną. Artystycznie wszystko dokładnie, mistrzowsko przemyślane. Bombardowanie, grzebanie, kopanie - zagrane, wyśpiewane, światłami „wybłyskane”, czasem wykrzyczane, czasem wyszeptane. 
Janda czytająca jak mistrzyni wpycha w fotel.

Aż się boję napisać, że ja tego nie wytrzymuję i mnie w fotel nie wpycha. Nie z przekory, nie z zazdrości. Odnoszę wrażenie, że uczestniczę w jakiejś imitacji, że mam dotykać tego wydarzenia artystycznie, a nie chcę. Czyżbyśmy, słuchacze-widzowie, tego naprawdę potrzebowali? Takiego bombardowania z każdej strony, wykrzyczenia... artystycznego? 

Zastanawiałam się dlaczego nie zrobiło to na mnie ogromnego wrażenia. Dlaczego film Jana Komasy dotknął mnie do szpiku i po jego obejrzeniu delikatniej, uważniej chodziłam po Chmielnej i Nowym Świecie, Alejach, aż do domu. Dlaczego wystawa zdjęć żyjących jeszcze Warszawiaków-Powstańców ciągnąca się wzdłuż Parku Ujazdowskiego
i króciuteńkie, jednozdaniowe wspomnienia nie pozwalają iść dalej bez zastanowienia, wciskają w ziemię?

Nie, nie dlatego, że jestem ofiarą kultury obrazkowej. Po prostu za dużo. 
W sztuce ma być albo wprost i bez dodatków, albo przez wyjątkowość formy do sedna.

Przed twórcami spektaklu-oratorium stanęło bardzo trudne zadanie. Bo czy robić sztukę
z tragedii? Czy w ogóle trzeba? Czy wolno?
Janda wybrała czytanie zobrazowane, powiedziała wszystko. Nie zasłoniła się niczym,
co obroniłoby formę, sztukę. A widz uczestniczył w imitacji bombardowania, grzebania, ucieczki. Po co? Dla mnie brak w tym pokory. 
Nie czuję się Powstańcem i nie chcę udawać, że coś przeżyłam. To nie jest katharsis. Ciągle zadaję sobie pytanie, czy przypadkiem nie jesteśmy bandą rozkrzyczanych tchórzy, którzy tylko krzyczą i trzęsą grzywkami, a pierwsi pakowaliby plecak, żeby wiać, gdzie pieprz rośnie.

Może pozwólmy po prostu mówić Powstańcom, skoro jeszcze są wśród nas?
Może następnym razem, za rok, lub pięć, jakiś Piękny Głos usiądzie i po prostu przeczyta Pamiętnik Białoszewskiego, a może swój... 

I niech wtedy „Jezus Maria” wybrzmi w sercu tych, którzy nie rozumieją, którzy przyszli
się wsłuchać.