Pokolenie współczesnych trzydziestolatków przeżywało swoje obozy. Wakacyjne. Jedni jeździli z harcerzami, inni tylko na "zimowe", jeszcze inni na letnie kolonie w góry lub nad morze. Ja jeździłam wszędzie. Miałam "jak najwięcej korzystać" i… "poznawać (dziecko) nowych ludzi". Nie było facebooka ani bloga. Były zwyczajne, papierowe listy i telefon na żeton z literką.
To na tych obozach nauczyłam się pisać i jasno stawiać warunki: "Mamo, przyślij mi 360.000 i czyste majtki. Wszystko jest w porządku, jest fajnie.". Ale miałam wtedy siedem lat.
Obóz lub kolonia to czas odpoczynku i wytchnienia. Czyżby?
Najpierw "autokar"czyli uczucie, że nikogo nie znasz i zwykle poznajesz największego obozowego łobuza lub łobuzkę, od którego potem chcesz trzymać się z daleka.
Na moje obozy co roku jeździła ta sama wychowawczyni - p. Ula. Pani Ula była prześliczną, młodą studentką. Obiekt westchnień każdego współwychowawcy, ale ci zmieniali się co roku. Rezygnowali po pierwszym obozie. Pani Ula to typ kobiety, która wie czego chce, nie zachwyca się byle pierwszym mięśniakiem i gwiżdże na wszystko i na wszystkich.
Rano gwizdek, do wymarszu gwizdek, marsz od lewej i z piosenką na ustach. Wszyscy mają śpiewać, bo "łatwiej się idzie, zobaczycie"- to jest pani Ula, pani obozów i kolonii.
Obóz w górach trwał trzy tygodnie. Rodzice wysyłali na wakacje, bo byli pewni, że to najlepszy sposób na poznanie świata, polskich gór, samorozwój. "Trzeba zmieniać klimat, żeby lepiej się żyło i, żeby mózg lepiej chłonął" - mawiali. A zatem jeździłam w góry.
Obóz to nie hotel. Pokój - im większy, tym lepszy. Mój był zwykle siedmioosobowy. Każdy miał łóżko, metalową szafkę nocną bez lampki (kto by czytał na obozie???) i ściany pomalowane do połowy olejną farbą, z charakterystyczną kreską - zupełnie, jak w szkole. Nienawidziłam tego z całego serca.
W ogóle siermiężność wszystkiego wokół dobijała mnie nawet jak byłam dzieckiem. W Szklarskiej Porębie, w górach, mogłoby być wszystko cudne, górskie, "jakieś" w ogóle! A był ohydny popękany beton, wylany na cudne kocie łby, tysiące sklepików z tandetą i pierwszą Fantą oraz kafejki z plastikowymi białymi krzesłami. To nic, że góry, cudne powietrze, krajobrazy… Kto w tym widział wartość?
Pobudka, szybka toaleta (szybka!) i oczywiście gimnastyka z p. Ulą.
W dwuszeregu zbiórka, gwizdek.
"Nie te buty! Jak chcesz ćwiczyć w sandałkach?". Biegłam więc drugi raz, żeby przebrać obuwie. Ale jak już je znalazłam, to się okazało, że doszliśmy właśnie do końcowego wdechu i wydechu. Do tego sandały nadają się tak samo dobrze jak trampki…
Śniadanie pod hasłem "pamiętajcie, bułka w góry, chleb na miejscu" ze słodką herbatą nalewaną aluminiową nabierką, jak w szkole. I sprzątanie.
Gwizdek.
A po gwizdku sprawdzanie porządku w pokojach. To był dopiero stres. Kurze i papierki, ścielenie łóżka, układanie rzeczy w szafie, czyli wszystkie znienawidzone czynności podstawówkowicza musiały być ogarnięte. W przeciwnym wypadku - pilot i cała zabawa od początku.
Pani Ula z panią Danielą stanowiły bardzo dobrany duet strażniczek porządku. Jak policyjne psy, lub perfekcyjne panie domu kolonijnego, wyczuwały na odległość papierki i inne kurze.
Po ewentualnym pilocie, wymarsz.
Filozofia maszerowania pani Uli była dla wszystkich zrozumiała tylko na poziomie rozumienia języka polskiego. Naczelne zdanie brzmiało "idź z pierwszymi, będziesz miał dłuższy odpoczynek". Jak mam iść z pierwszymi, jak moje nogi są o połowę krótsze???
Niestety szłam z tyłu i gadałam i dyskutowałam i słuchałam, czy idę na pięć, czy jednak na trzy. Co gorsza, gadałam do siebie w językach, które wydawały mi się francuskim albo chińskim. Przerwa na kanapkę była wcale nie taka długa, jak się nam marzyła. Widoczki, czyste powietrze, konkursy, karty na szczycie i aparat fotograficzny z filmem kodaka, gdzie trzeba było oszczędzać klisze - to był codzienny standard. Dziś nie trzeba oszczędzać żadnych kliszy, a górska jajecznica z mąką podawana w zwykłej jadłodajni jest czymś albo nie do zjedzenia, albo czymś do lansowania na fejsie - że to jest takie przaśne… Dla nas wówczas wszystko było takie oczywiste: wymarsz, bułka i piosenka.
Podczas jednej z wycieczek p. Daniela powiedziała, że chętni, mogą jechać wyciągiem i spotkamy się na szczycie z resztą grupy. Ale w kontekście przebytych dwóch tygodni w pełni mobilizacji: bez pilota, bez opóźniania tempa grupy, dwóch tygodni formowania nas na tych, którzy mają zdobywać, a nie tylko konsumować, że nieważne osiągnięcie, ważna droga… brzmiało to jak propozycja diabła kusiciela. Blamaż. Nikt na to nie przystał.
Wszyscy wykańczaliśmy się w poczuciu wielkiego spełnienia, karnie wkładaliśmy trampki na poranną gimnastykę, a podczas ulewy wszyscy grzecznie, równo i czysto śpiewaliśmy piosenki. Słowa pisała p. Ula na tablicy pięknym, szkolnym pismem.
Wyjście do miasta? Półgodzinne i zwarte. "Ile wydałaś? Nie za dużo?", "NIE!". "Kupiłam tylko to i to i tamto i jeszcze TO, o!".
Ale pewnego wieczoru, dzień przed ogniskiem zapukałam do pokoju tzw. kadry. Kadrowa Ula otworzyła drzwi i próbowała tak wyjść, żebym niczego nie widziała. Ale, naiwna, nie wiedziała, że jestem najmłodsza w rodzinie i ja po prostu wszystko widzę i wszystko słyszę. Daniela, Ula i Romek (jeden z tych wychowawców, co smalił cholewki do Pierwszej Kadrowej) siedzieli przy stole i urabiali jakieś kolorowe kulki. Wokół było mnóstwo książek otwartych na pierwszej stronie. Nie wiedziałam po co to. Pogadałam z p. Ulą i poszłam spać.
Następnego dnia wszystko się wyjaśniło. Każdy z nas dostał ręcznie robioną branzoletkę - wakacyjną pamiątkę i książkę z pięknie wypisaną dedykacją.
Po raz pierwszy ktoś napisał, że świetnie sprzątam!
Im naprawdę zależało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz