piątek, 8 sierpnia 2014

Janda i Powstanie

Bardzo, bardzo cienka granica
czyli o sztuce

Powstanie. Powstanie. Powstanie. 
Tymi słowy otworzyła się księga świętych wspomnień Powstańca i wybrzmiało oratorium, rozpoczął się spektakl: „Pamiętnik powstania warszawskiego”.
Mroczna sceneria Muzeum, wszechobecna czerń i wreszcie to, o czym w ogóle trudno pomyśleć. Lęk, bohaterstwo, szaleństwo, tragedia i „Jezus Maria” matki, żony, dziewczyny, Powstańca, tzw. „zwykłego cywila”.

Pamiętnik nazwano spektaklem-oratorium. Jasne głosy wokalistów, jakby nucąc na wzór romantycznej opowieści piosenkę - opowiadały, przywoływały, uczestniczyły w powstaniu, modliły się. Kompozytor (Jerzy Satanowski) wplótł muzyczne cytaty modlitw, kontrastował dramat tekstu
z dyskretną, delikatną partią muzyczną. Artystycznie wszystko dokładnie, mistrzowsko przemyślane. Bombardowanie, grzebanie, kopanie - zagrane, wyśpiewane, światłami „wybłyskane”, czasem wykrzyczane, czasem wyszeptane. 
Janda czytająca jak mistrzyni wpycha w fotel.

Aż się boję napisać, że ja tego nie wytrzymuję i mnie w fotel nie wpycha. Nie z przekory, nie z zazdrości. Odnoszę wrażenie, że uczestniczę w jakiejś imitacji, że mam dotykać tego wydarzenia artystycznie, a nie chcę. Czyżbyśmy, słuchacze-widzowie, tego naprawdę potrzebowali? Takiego bombardowania z każdej strony, wykrzyczenia... artystycznego? 

Zastanawiałam się dlaczego nie zrobiło to na mnie ogromnego wrażenia. Dlaczego film Jana Komasy dotknął mnie do szpiku i po jego obejrzeniu delikatniej, uważniej chodziłam po Chmielnej i Nowym Świecie, Alejach, aż do domu. Dlaczego wystawa zdjęć żyjących jeszcze Warszawiaków-Powstańców ciągnąca się wzdłuż Parku Ujazdowskiego
i króciuteńkie, jednozdaniowe wspomnienia nie pozwalają iść dalej bez zastanowienia, wciskają w ziemię?

Nie, nie dlatego, że jestem ofiarą kultury obrazkowej. Po prostu za dużo. 
W sztuce ma być albo wprost i bez dodatków, albo przez wyjątkowość formy do sedna.

Przed twórcami spektaklu-oratorium stanęło bardzo trudne zadanie. Bo czy robić sztukę
z tragedii? Czy w ogóle trzeba? Czy wolno?
Janda wybrała czytanie zobrazowane, powiedziała wszystko. Nie zasłoniła się niczym,
co obroniłoby formę, sztukę. A widz uczestniczył w imitacji bombardowania, grzebania, ucieczki. Po co? Dla mnie brak w tym pokory. 
Nie czuję się Powstańcem i nie chcę udawać, że coś przeżyłam. To nie jest katharsis. Ciągle zadaję sobie pytanie, czy przypadkiem nie jesteśmy bandą rozkrzyczanych tchórzy, którzy tylko krzyczą i trzęsą grzywkami, a pierwsi pakowaliby plecak, żeby wiać, gdzie pieprz rośnie.

Może pozwólmy po prostu mówić Powstańcom, skoro jeszcze są wśród nas?
Może następnym razem, za rok, lub pięć, jakiś Piękny Głos usiądzie i po prostu przeczyta Pamiętnik Białoszewskiego, a może swój... 

I niech wtedy „Jezus Maria” wybrzmi w sercu tych, którzy nie rozumieją, którzy przyszli
się wsłuchać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz