Wcale nie zapomniałam jak to jest być uczniem. Zapach korytarzy, szatni i tablicy wymęczonej kredą przywołują wspomnienia. Z tą samą satysfakcją i poczuciem, jakże irracjonalnego spełnienia, zapisuję zieloną tablicę świeżą kredą. Rano najlepiej widać kontrasty, najostrzej i najwyraźniej wiadomo o co chodzi. Niestety, wakacje dobiegają końca, wspomnienia odżywają, szczególne te najbardziej jaskrawe. Wróćmy ma chwilę do lat '90...
Zamiast "lekcja, temat" Pani Ruda, wychowawczyni, zapisała "KONCERT za dwa tygodnie". Pamiętam, jak całą lekcję tłumaczyła nam zasady zachowania. Po pierwsze "galowy strój, czyste buty", po drugie "nie jemy cukierków podczas grania, a najlepiej nawet w przerwie panujemy nad sobą". Ewentualne "słuchamy" jakoś umknęło jej uwadze, a co za tym idzie - całej naszej klasy i, jak się okazało... całej szkoły. Ja zapamiętałam tylko, że mam… grać dla tych, którzy nie mięli jeść cukierków "ani niczego innego!". Przed wszystkimi, w plajtującym, kameralnym kinie niedaleko szkoły miałam wystąpić w tzw. "galowym stroju", najlepiej bez próby i przygotowana na sto procent. To była moja, jak się okazało, pierwsza koncertowa przygoda, spełnienie wszystkich najczarniejszych snów lękowych, typowych dla uczennicy szkoły muzycznej. A senne fantazje na temat porażek scenicznych ciągnęły się wariacyjnie i zaskakująco jak co najmniej ballady Chopina.
Podczas kiedy w klasie maturalnej wszystkim się śniło, że NAGLE mają iść do sali matematycznej i zdawać egzamin dojrzałości z matematyki i chemii, mnie, uczenniczce z siódmej "a" śniło się, że wchodzę na scenę z kompletną dziurą w głowie. Nie wiem co grać. A wszyscy czekają.
Koncert był zawsze czymś świętym i potwornie stresującym. Całe to czekanie, chusteczka w ręce, chusteczka na klawiaturze, podsłuchiwanie kolegów, którzy ZAWSZE szybciej grali, stanowiło aurę nie do zniesienia dla takich jak ja. Wiedziałam, że oni podsłuchiwali mnie i drżeli podobnie jak ja przed swoim koncertowaniem. Tak właśnie odbieraliśmy sobie nawzajem pewność siebie, budowaliśmy swoje kompleksy i zamiast gromadzić się w zespołach, konkurowaliśmy ze sobą w złudnym poczuciu budowania swojej niesamowitej, solowej kariery. Po koncercie i tak następowała zwykle reprymenda za potknięcia.
Byli tacy, którzy uciekali, Anka płakała, Tomek w ogóle się nie przejmował i grał jak chciał, kujonki nawet nie wiedziały, że grały, bo zawsze grały szybko i "tak, jak na lekcji". Ja wiedziałam, że za każdym razem wystawiam się na pożarcie. Byłam głęboko przekonana o tym, że scena to jedyne miejsce, w którym mogę naprawdę grać tak jak chcę, że nikt nie mi nie przerwie, nie będzie głośno liczył, nie powie, że "źle, musisz dalej ćwiczyć". Dlatego "szalałam" i zaskakiwałam moje nauczycielki. Czasem tak mnie ponosiło, że... zapominałam tego, co miałam zagrać. To była cena tego szaleństwa i poczucia wolności. Jedyną obroną był… uśmiech i godne pożegnanie publiczności. I te krzywe zęby w uśmiechu - no cóż.
Koncert w plajtującym kinie kameralnym był jednak występem dla wszystkich z naszej zwykłej rejonówki-podstawówki.
Weszłam do kina.
"Tak chcesz wystąpić?!" - Biologicy w wielkich okularach zdecydowanie nie spodobała się krótka czarna sukienka. No ale co miałam zrobić? Zdjąć?
Sala była już prawie pełna. Klasy schodziły się w porządku wiekowym - karnie i ze snickersami. Nie wiem czy przyszła cała szkoła, czy tylko trzy czwarte. Czułam się jak w ulu, do tego w "nieprzystającej" sukience. Stres.
Wtedy zobaczyłam coś, na czym miałam grać...
Jak miałam na tym grać??? Ja??? Prawdziwa uczennica prawdziwej szkoły muzycznej, w której muzyka elektroniczna, eksperymentalna lat 70tych była czymś absolutnie nowatorskim i niestrawnym, nieznanym prawie? Królował w niej metronom, Chopin z doniczką paproci przy fortepianie, dywan i szafa z mnóstwem pożółkłych nut owiniętych w szary papier... Ja miałam grać na keybordzie? Jak na tym się w ogóle gra?
Nie miałam jak położyć nut, skserowanych oczywiście.
"Jakoś sobie poradzisz" powtarzały biologica i Ruda, obie odpowiedzialne za wielkie i szerokie "wszystko".
Po raz pierwszy bałam się naprawdę. Tu chodziło o dobre imię - moje, Chopina, metronomu, szkoły. "Co powie moja Pani???" - ta myśl była miażdżąca.
- To ty? - podeszła jakaś pani i jak Boga kocham, pamiętam, że miała wspaniałe buty. Piękne, subtelne sandałki z wężowej skóry.
- Będziesz dzisiaj grała dla całej szkoły? - to była dziennikarka z lokalnej gazety. W ogóle była świetnie ubrana...
- Tak, zagram to i to.
- A jak się uczysz grać? - dzisiaj miałabym ochotę powiedzieć "sama".
- W szkole muzycznej, proszę Pani. Ale nigdy nie grałam dla tylu ludzi...
"A teraz wystąpi..." - te słowa przerwały naszą konwersację. Usłyszałam swoje imię i nazwisko, zobaczyłam publiczność, jak prawdziwa, koncertująca pianistka i w końcu zobaczyłam ten ohydny keybord.
"Power" nie działa. NIE DZIAŁA!
Już działa. Pedału brak, bo model podstawowy.
Zaczęło się. Gram.
Gram.
Nie słychać, że gram ciszej i głośniej, bo klawiatura nieczuła.
Pomyłeczka.
Gram.
I trach. Nuty spadają wraz ze stojakiem na moje ręce.
Gram dalej, czuję się jak kapitan Tytanica.
No i koniec. Palce mi się zaplątały w papier, nie wiem co robić.
Przerywam, niestety.
Ustawiam raz jeszcze stojak, ale niestety ponownie spada. I jeszcze raz. Sytuacja wymaga ode mnie jakiejś reakcji.
Uśmiech. Ustawiam nuty dalej, ale już nie wiem gdzie skończyłam, a poza tym nie potrafię grać od środka. Niestety.
Nagle poczułam falę napływającego stresu pomieszanego z chęcią płaczu i śmiechu. Rozpłakać się przed Aśką z "c"? W życiu!
Wpadłam więc w paniczny śmiech i zeszłam ze sceny.
Paparazzi z lokalnej i dziennikarka w świetnych butach złapała mnie od razu na korytarzu, a ja, głupia, zdradziłam jej swoje imię i nazwisko.
Koncert, w drugiej części zakładał występ sławnego zespołu, ale zagłuszyły go snickersy i inne Fanty. Biologica biegała i uspokajała młodzież krzycząc, zespół nie słyszał się wzajemnie. KATASTROFA.
Następnego dnia w brutalnej lokalnej czytam:
"Młoda pianistka tłumaczyła swój nieudany występ tym, że nigdy nie grała przed tak dużą publicznością".
Załamanie i rozczarowanie.
I właśnie wtedy zdecydowałam, że zostanę pisarką. Rachunek prosty. Nie trzeba grać na keybordzie. Pisać można co się chce i... nosisz świetne buty.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz