Marzenia ośmiolatki, nieważne, czy po samotnej podróży do barwnej Europy, czy nie, są zwykle podobne. Początek lat '90 przynosił nam, dzieciom mnóstwo wrażeń, o których ani ich rodzice, ani nawet starsze rodzeństwo nie śniło. Na ulicach pojawiały się pierwsze bilbordy z czerwonymi napisami, na targu można było kupić kasetę Whtiney Huston, tato pachniał Old Spycem i szykował się do założenia firmy. Wtedy czuło się zmianę. Nagle można było uwierzyć, że wszystko się zmieni, że trzeba próbować, że jest szansa na lepsze, barwniejsze.
Ojciec wkładał krawat, mama zaczęła farbować włosy, w reklamie pani blondynka mówiła "tak jak ja lubię, jak on lubi" i od tej pory każda żona przedsiębiorcy miała na sobie blond. Moje rodzeństwo uczyło się bardzo pilnie, a mnie się wydawało, że mój tato zostanie prezydentem. To było oczywiste, że zostanie. W oczach ośmiolatki wolność oznaczała po prostu otwarcie wszystkich możliwości i prostą drogę do sukcesu.
Wszyscy mieliśmy nadzieję i ten stan jest chyba najcenniejszym z całej gry o pieniądze, sławę i powodzenie.
Tato, że jego firma zmieni świat, siostry - że dostana się na studia, brat, że zostanie wielkim inżynierem, mama - że po prostu wszystko będzie dobrze.
Ja miałam nadzieję, że zostanę wielką artystką. Do dziecięcej kariery wiodła prosta droga. Wystarczyło zapalić lampkę w ciemnym pokoju, światło rzucić na siebie i tańczyć, śpiewać i cierpliwie słuchać nagranych oklasków.
Tyle z artyzmu.
Oczywistość sukcesu i spełnienia wisiała nad nami wszystkimi. Ekscytacja podlana stresem. Musiało się udać. Musiało się spełnić i spełniało się - powoli, czasem trochę szybciej.
- Tato, a może Ty zostaniesz prezydentem?
- Ja?
- No tak - byłam taka pewna, że to się za chwilę wydarzy! - Zostałbyś prezydentem, prawda?
- Ja... no nie wiem dziecko, nie wiem... - i charakterystycznie wysuwał twarz do lustra zawiązując krawat. Dopiero dzisiaj rozumiem, że to nie była odpowiedź kogoś, kto rozważa ofertę, tylko kogoś, kto nie do końca chce rozczarować i ostudzić dziecięcy zapał. Mama byłaby przecież idealną pierwszą Damą, Blond I-szą.
Ale za możliwościami zdecydowanie wolniej szła... głęboka wiara w ich spełnienie. Nadzieja? Nadzieja tak. Wiara z nadzieją różnią się jednak od siebie. Obie trochę naiwne, ale to w wierze zawiera się odpowiedzialne opowiedzenie się za czymś. Jeśli się tylko ma nadzieję, to tak, jakby zostawić coś w obcych rękach, a jak się nie uda, to umyć je i iść dalej. Może dlatego umiera ostatnia - bo już nie do końca od nas zależna?
Wiara jest inna, a jej ewentualne załamanie - dużo bardziej bolesne. I w tym sęk.
Ale wierzyć trzeba, nawet jeśli innym wydaje się, że to wiary nie warte.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz