piątek, 27 listopada 2015

kawa i herbata

Tekst dedykuję mojej Siostrze Oli, 
mojej Mamie 
oraz znanej Pisarce - Agnieszce Lis


Bywa, że po prostu nie można się zebrać. Wszystko nie tak.
W głowie kwitnące "co by było gdyby" ściga się z "przecież mogłam to już zrobić ze sto razy". Lista nieodrobionych zajęć życiowych ciągnie się bez końca, ale jeden plan zostanie zrealizowany.

Napiszę TO.

Jest już wszystko. Pomysł wpadł rano, więc nie ma się o co martwić. Kubek z herbatą już czeka, zapisane drobne kartki, zapalona lampka i ulubiony głos w tle.

Ani słowa.
Kartka główna bielą piszczy. Jęczy, stęka i marudzi. Nie da się tego słuchać w spokoju.
Na dodatek herbata wystygła.
Trzeba iść po kawę.
Człowiek zwany Autorem idzie po kawę nie do kelnera, tylko do kuchni.
Autor nastawia wodę w czajniku.
Wody brak, czajnik jakby przypalony. A zatem? Trzeba otworzyć go, wlać weń wodę, zamknąć, postawić na elektrycznym podpalaczu, włączyć "on" i czekać, czekać.
Następnie, otworzyć szafkę, odnaleźć właściwy kubek (a nigdy nie nie wiadomo, czy w kropki, czy w paski) i nie zmienić zdania. W przeciwnym wypadku proces powtarzamy (zmiana zdania to proces twórczy).

Nadal nic nie przełamuje jęku bieli.
Wyjście na herbatę przywołuje na myśl proces kuchenny.
Nastawić wodę, czajnik jakby przypalony, otworzyć szafkę, nowy kubek... Tylko herbata - zielona, czarna, czy czerwona?

Dla kartki nie ma to najmniejszego znaczenia.
Może, gdyby sama się czegoś napiła, byłoby jej łatwiej przyjmować moje słowa?
"Przestań jęczeć, Pustoto! O! Wredoto największa! Głodna męk człowieczych!".
Chwycenie za głowę, mętne spojrzenie za okno z kubkiem gładkim, tak, jak robią aktorzy, gdy grają proces myślowy, nie pomagają.

Odchodzę. Na zawsze odchodzę!

Na kanapkę z pomidorem.
SÓL!

Podczas solenia dzwoni telefon. To Gośka.
- Co robisz?
- Piszę - odpowiedź ledwo wyszła zza zaciśniętych zębów.
- O! Świetnie. A zamieścisz dziś?
- No pewnie! Tak! - ochota na pogryzienie słuchawki powstrzymana. To nowy telefon. - Wiesz co... no... wiesz - wykręcam się - muszę kończyć. Sama rozumiesz.
- Jasne, pa. Nie przeszkadzam
- No, pa, kochana.

Od tych kłamstw autor głodnieje.
Kanapka? Nie, już była. Może orzeszki?
Otworzyć szafkę, sprawdzić.
Nie ma orzeszków. Pożeracz zjadł wszystkie.
Iść po nie?
Nie, nie, przecież piszę. Może jabłko?

Krojone?

Modlitwa.
"Żeby tu jakiś redaktor nakrzyczał, nastraszył potrąceniem z pensji" - co ja w ogóle opowiadam?!

A może soczku?

Sms, mail (niejeden), garść szybkich wiadomości, plotek od Kaśki. Na deser ważna rozmowa z Magdą, która ma zawsze ważny i nie cierpiący zwłoki problem. Tym razem (jak zwykle) "rzeczywiście" ważny.

Ciało Autora nie wytrzymało nadmiaru trunków i złożyło kilkugodzinny pokłon kartce zalanej potokiem słów, potrwa to do rana.

środa, 14 października 2015

Ten dzień

W naszej zwykłej szkole również obchodzimy Ten Dzień. A co.

Podjeżdżamy żółtym pociskiem pod bardzo modnie odrapane mury szkolne. My, czyli Arek, Marek i ja.
Od rana już radio huczy o święcie Edukacji Narodowej. Nagle cała Polska czyta, myśli, pamięta, przejmuje się problemami edukacji, nauczycielami... Ech. Protestujemy?
My nie protestujemy, tylko przełączamy radio na debiutancką płytę Marka. To co, że znamy ją na pamięć już od pół roku i oczywiście uwielbiamy. Do nowej kolejności też trzeba się przywyknąć, więc uczymy się jej co najmniej dwa razy w tygodniu.
Marek ciągle na nią narzeka i w ogóle twierdzi, że "dzisiaj" pisałby już zupełnie inaczej. Czekamy z Arkiem na spełnienie tego "dziś". W takich chwilach dobrze być relatywistą.

Grunt, że dojechaliśmy z piosenką na ustach. Na podwórku wita już nas kucharka i jej tona ziemniaków. Wiadomo, że obiad będzie nie z tej ziemi, czyli na pierwsze rosół z makaronem.
"Biedne kurczaczki" komentuje smutny Arek. Teraz jest taki czas, że chłopak nie jada mięsa, więc nadszedł etap "biednych kurczaczków", był już nawet etap "biednych jabłek", ale miejmy nadzieję, że już nie powróci.
W Nauczycielskim jak zwykle bosko. Ceratę, która świetnie pamięta jeszcze Boże Narodzenie, zdobią świeże kwiaty. Za trzy lekcje Nauczycielski zamieni się w znakomicie zaopatrzoną kwiaciarnię ("biedne kwiatki?").
- Od tych zapachów tylko głowa boli- narzeka Matematyca, która nie lubi kwiatów, woli czekoladki. Ponieważ nikt z koli nie lubi matmy i Matematycy, zamiast kwiatów i czekoladek, regularnie 14-go, Pani dostaje Raffaello.

Arek przygotowuje kawę.
- O nie... - załamuje ręce - nie ma kawy, a ja zapomniałem zamówić!
Raz w miesiącu zamawiamy tę najlepszą, internetową. Skoro kawy brak, mamy problem, "jak tu przeżyć jutro?". 
W Nauczycielskim aromat roznosi się już kusząc pozostałych, ale oni nie uginają się tak łatwo.
Kawę piję tylko z Arkiem, bo Marek do lekcji przygotowuje się tuż przed. Niosąc filiżankę przez szkolny korytarz, natychmiastowo staję się w oczach uczniów "narzeczoną" pana Marka, co jest oczywiście niemożliwe i tyle. 
Arek podłamany jutrem spogląda na naszą nauczycielską gazetkę szkolną. Łapie wzrokiem ogłoszenie pyta.
- Słyszałaś coś o Radzie?
- Nie, no co Ty. Kiedy?
- Dzisiaj. Spójrz, 14-go to dziś, tak? No... i - spogląda na zegarek - to o 12, czyli za dwie lekcje.
- Niemożliwe. Może coś się stało? Ostatnio nic się przecież nie wydarzyło.
-  Ale ten Maciek, pamiętasz? Ten, co złamał nogę. Może o niego chodzi?
- Nie, panie Areczku - odzywa się p. Ina słyszę wszystko. - My też nie wiemy, ale drżeć należy - mówi z pełnią powagi patrząc na mnie.
I już wiem. To chodzi o moje niewypełnione dzienniki, o to, że daję za mało ocen, za rzadko robię sprawdziany... Jestem trupem szkolnym, już to wiem. Czeka mnie publiczny lincz, szykuję już mowę błagalno-przebłagalną, bo chcę mieć ZUS...

Podczas lekcji jestem uczniem, dzieci lubią to najbardziej. A niech mnie! (czegoś nauczą).

Nadeszła 12-ta zero zero. W Watykanie Anioł Pański i przyznam szczerze, że wolałabym tam być i gorąco modlić się o ocalenie. Uciec się jednak nie da.
Wchodzi Mr Wąs i w asyście Dziennikarki z notatkami pod pachą. Czuję się jak przed sprawdzianem z matmy (obojętnie którym).
- Drodzy Państwo - zaczął Wąs. - Wszyscy wiemy jak jest. Jest źle. 
Nastała cisza, ta paraliżująca i obezwładniająca. Patrzymy po sobie, nie wiemy o co chodzi. Rosół się gotuje przecież...
- Powiem krótko. Miało być więcej, a jest skromnie. - I otwierają się drzwi zza których wjeżdża kuchenny stół na kółkach załadowany foliowymi torebkami. Zaczynamy gadać i przeszkadzać dokładnie tak samo, jak nasi uczniowie. Dziennikarka stuka kluczem w stół potrząsając nerwowo głową.
-Ale, ale! Proszę Państwa, proszę o spokój! Proszę! 
Mr Wąs wstaje i uroczyście przemawia, wadliwie, aczkolwiek uroczo wymawiając "cz" i "sz".

"Szanowni Państwo, Drodzy Pedagodzy, moi Koledzy i Koleżanki. To Wasze święto. Ech... nasze. Chociaż ja to już bardziej ten...dyrektor. 
Jedni mówią, że święto to bez sensu, że lenimy się jak mopsy, a dzieci i tak niczego się nie uczą. Nie przejmujcie się tym biadoleniem. 
Wy i tak nawet nie ucząc dajecie więcej tym dzieciakom, niż sobie wyobrażałem. 
W imieniu uczniów i rodziców, w imieniu dyrekcji, dziękuję Wam, że ucząc, pozostajecie... Pedagogami".
Wmurowało nas. Spojrzeliśmy po sobie - "my, młodziaki od kawy z Nauczycielskiego? My, pedagogami? No bez przesady...".
"Przygotowaliśmy dla Was skromny poczęstunek. Proszę, wychodząc, weźcie prezent ze stolika. Jeszcze raz wszystkiego dobrego".

Naprawdę wzruszeni staraliśmy się jak najgodniej podejść do październikowej choinki. Nie dało się wolno, trzeba było iść szybko i już.
Otwieramy paczki, a tam?

Kawa rozpuszczalna z kokardką. 
Hip hip, hura.







poniedziałek, 12 października 2015

następnym razem

- Trzeba wracać -  powiedział, wstając od stołu.
Zdążyła tylko spojrzeć na zegarek przekonując się, że po raz kolejny przeliczyli się z czasem.
Na stole zostały filiżanki, resztki ciasta i jakaś niedokończona rozmowa, na tyle głęboka w swojej powierzchowności, że szkoda było przerywać.
- Nie martwcie się, posprzątam. Jedźcie już. - usłyszeli
- Wszystko masz? - zapytał
- Jasne. Jedźmy. - odpowiedziała niby w pełni gotowa do powrotu. Najchętniej by została i posłuchała, kiedy mówi to, czego nie potrafił z siebie wykrztusić. Nic strasznego, wręcz przyjemnego, ale jakoś nie wyszło. Może następnym razem.
Pożegnania, uściski, serdeczności mówią może lepiej, szybciej, ale nie zawsze dostatecznie zapadają w rozumie, bądź, co bądź, myślącym słowem.
"Następnym razem" pomyślał. Rozstajemy się przecież na chwilę. I tak wrócimy.
 Westchnął, że "już musimy", że "przepraszamy" rozkładając ręce w geście bezradności. Wsiedli do auta w jednoczesnym poczuciu szczęścia i zawiedzionej nadziei.
Samochód wyjątkowo nie protestował, odpalił szybko, więc pojechali.

Droga wiodła przez wszystkie najmniejsze wioski i mieściny. Zapadający zmrok, różem otulał pola i głowy przydrożnych drzew. Nie rozmawiali. Jechali i patrzyli przed siebie, od czasu do czasu spoglądając sobie ukradkiem w oczy. Nic wielkiego.
Włączył radio i popłynęły dźwięki fortepianu.
- Grałam to! - krzyknęła. - Jezu, grałam to, wiesz?
Podziwiał milczeniem.
Nastawił głośniej, poprawił brzmienie przestawiając coś w ustawieniach odbiornika. Słuchali z uwagą, komentowali całkiem głośno, udając (lub nie), jak świetnie znają się na rzeczy.
Droga mijała przy akompaniamencie kolejnych utworów, których większość rozpoczynał jej krzyk podniecenia "to też grałam, naprawdę!".
Śpiewał i mruczał znane melodie, trochę fałszywie, ale za to bardzo pewnie. Ona dośpiewała dokładniej i jakoś wyszło. Od czasu do czasu syknął, że "niepotrzebne to rubato", a ona, że "akurat tutaj to nie przeszkadza".
Zgodnie jechali dalej w zachwycie i skupieniu.

Ta droga mogłaby się nie kończyć, mogłaby kręcić się w kółko. Nikt by się nie zorientował (prawda?).

Dojechali szczęśliwie.
Rozejrzała się, zabrała rzeczy zza siedzenia. Chciała skontrolować, sprawdzić, czy wszystko przebiegło tak, jak zwykle.
No tak...
- Zapomniałam zegarka - powiedziała bezradnie. Ale było już za późno, żeby zawrócić.
- Nie martw się. Następnym razem weźmiesz - odpowiedział zawód łagodząc pogodnym uśmiechem. Radio jeszcze było włączone, w As-dur.
Pewnie. Następnym razem się uda.





środa, 26 sierpnia 2015

Wzruszenie


Jej ciało stoi pośród świata czując przepływ i przenikanie myśli. W jednym momencie jest tu, teraz, tam, przedtem i potem. Przeszłość przeplata się z otwartą na Nowe teraźniejszością. Jedność poziomu z pionem ogarnia i wypełnia jej otwarte serce. 
Jeszcze nie wiadomo co dalej. Czy "dalej" w ogóle ma prawo zaistnieć w takich okolicznościach?

Zapadła noc. 
Ciemna, dająca wytchnienie i odpoczynek, czarna. Źrenica dnia otwiera przestrzeń do zerkania w swoją duszę, odbija w najczulszym punkcie obrazy jasności. W sennych marzeniach przed-stawia i ze-stawia przeszłe z przyszłym w aktualnym „tu i teraz”. Pod powiekami toczy się bój o pierwszeństwo jasności nad ciemnością i nadziei nad otchłanią wątpliwości.
Z pozoru spokojną i nieznoszącą sprzeciwu czerń zaskakuje jej własne wyobrażenie. Oto w nieskończonym repertuarze myśli pojawia się fantazja rozpraszająca towarzyszącą jej dotąd szarość wątpliwości. Na chwilę cały świat staje się czarno-jasny, czarno-biały? - fantastycznie skontrastowany.  Wreszcie. Oto ona, czarna smukła postać (może tylko jej cień?) rozpoczyna swój taniec życia. Wśród blasku jasności swobodnie i elegancko się obraca, z lekkością przeskakuje przeszkody i wciąż zmierza do przodu. Do przodu, do przodu i jeszcze dalej, by w końcu odbić się od największego kamienia i w nieracjonalnym locie kręcić piruety zachwytu nad tym, co dane jej doświadczyć. Włosy, piegi, ręce, sukienka – harmonijnie poddają się magii unoszenia nad rzeczywistością. Każde odbicie od gruntu niesie ją wzwyż, a z chwilą kolejnego uniesienia dziwi ją, że nigdy przedtem nie pomyślała o tym, że w tańcu można frunąć, oderwać się. 
"Popatrz, przecież to takie proste" - mówi do siebie.

Ten niesamowity stan wszechogarniającego przejęcia nosi w sobie coś z zachwytu i przełamania.   Porusza ją delikatnie, nie nachalnie. Jednak przenika jej duszę niczym przeciskający się strumień światła przez ledwo niewidoczną rysę, by za chwilę w pełni tryumfować jasnością. Światło w swojej klarowności nie jest niczym niezwykłym, ale staje się takie od razu, kiedy trafia w serce, wprawiając je w drganie dyskretnym gestem. Stąd tak poruszający poranek – triumf dnia nad ciemnością, przełamanie czerni dyskretnym zawołaniem słońca. Albo słup światła na obrazie martwej natury, nagła zmiana trybu - na jaśniejący, w beznadziejnie melancholijnym utworze. Zmiana dokonuje się w samym środku, nie przychodzi z zewnątrz, a jedynie daje o sobie delikatnie znać. Przemienia. 
Wzruszenie.

Wybudzona z przedziwnego transu, z tańca uniesień, przejrzała. Jak każdego poranka, oddała się jeszcze chwili celebry krótkotrwałego stanu po-między. Jeszcze nie weszła w dzień, nie zeszła na ziemię, ale oddaliła się od sennych marzeń przyćmiewających toporność rzeczywistego świata. Leżąc w łóżku wtulona w poduszkę i ogrzaną ciałem kołdrę patrzyła w jeden punkt. Mając naraz otwarte oczy, przymykała je na to, co wprawiało ją w szarość. Oddawała się jeszcze pobrzmiewaniu rytmu sennego tańca, trwała w nim aż do ostatniej słyszalnej nuty. 
Czarno-białość odeszła, a pozostała jedynie nieśmiała otwartość. Nie wiadomo, co przyniesie ta - podobno - jasna pora.
Ciemna zapowiedziała dobre. 

wtorek, 9 czerwca 2015

Czterolistne koniczyny

Szliśmy we czwartek, prawdopodobnie pójdziemy i za rok. Tak samo pewne, że ktoś odpuści sobie tę wędrówkę, jest to, że ktoś inny (akurat) do niej dołączy. Kto wie jak będzie… 
A jednak „coraz mniej nas w tym tłumie”, „kiedyś to te procesje były dłuższe i jakoś wszyscy szli” - mówią trochę z pretensją, trochę w „świętym” oburzeniu. Tylko na co i dlaczego to oburzenie?
Co tak naprawdę się dzieje z nami, trzydziestolatkami - tymi, którym nie brak nadziei i sił (na sukces), tylko wiary może niezbyt wiele?
Banalne?
Młodych twarzy wypatruję w tłumie jak czterolistnej koniczyny. Tak, znajduję, bo jestem szczęściarą, ale na pierwszy rzut oka widać, że jest nas niewielu. Czy musi być tak mało? Czy tylko wtedy przynoszą szczęście?
Czy za 20/30 lat będzie szła nas garstka, a przed nami tłumy nowych, młodych, pięciolistnych i odwróci się znany nam dziś porządek wędrówki? Gdyby było czterolistnych mnóstwo, kto by w ogóle zwrócił na nie uwagę? Czy przyniosłyby tzw. „szczęście”?
A może ich niewielka ilość nadaje sens pozostałym - trzylistnym? 

Nie, nie, u czwartkowych wędrowców nie chodzi o nadanie sensu. On jest w Tajemnicy. Mnie chodzi o Kościół - o nic innego jak o ciągłość, tożsamość, znaczenie. Bo niewielu nas - czterolistnych w tej wędrówce. 
Dlaczego więc tak się dzieje? Czy to lęk zjada przed ewentualnym doświadczeniem kiczu? Wstydzimy się tego, że mamy iść za kimś i do tego jeszcze śpiewać? A może nie do końca wiemy ZA KIM ta wędrówka? Czasem zapewne nie chcemy się utożsamiać z przypadkowym sąsiadem, który właśnie pisze sms-a, dziewczyną, która idzie w klapkach i krótkiej spódniczce, przepychającej się babci - głosem i łokciami. Przy tym myśli raz fruną do słów pieśni i Ewangelii, by jeszcze prędzej dołączyć do tych o własnych zadaniach, ambicjach i lodach, które kupimy po procesji.
Nas, pielgrzymów jest na tyle dużo, że… i tak idziemy, mimo wszystko.
I Chwała Bogu. Tylko kto powędruje za 20 lat? 

Idziemy ulicą, jeden za drugim i obok drugiego. Właśnie Zniecierpliwiony za kółkiem trąbnął, bo nie wytrzymuje już tych dziesiątek procesji w mieście. Zakłócają realizację jego planu - dojechać na spotkanie do centrum. Trudno pomyśleć, co, trąbiąc, ma w tej chwili w głowie - on jeden, istotnie, przeciw „u drzwi Twoich stoję, Panie”. 
A kto u tych drzwi, Panie, stoi i czeka na zmiłowanie? Czy musimy/powinniśmy chcieć tego zmiłowania? Czy mamy na nie czekać, żeby otrzymać? Czy możemy na nie zapracować?
Kierowca nadal trąbi, a ja w złości zaciskam chusteczkę, żeby opanować gniew. Wszyscy potrzebujemy tego zmiłowania, dokładnie wszyscy, zebrani w jednym miejscu - na drodze.

Na początku idą dzieci w bieli, od najmniejszych do najstarszych, najwyższych. Dziewczynki sypią kolorowe płatki kwiatów - zwykłych polnych i tych pięknych, równiuteńkich z kwiaciarni. Jest mnóstwo płatków ukochanych, czerwcowych piwonii. Większość z dzieci nie wie, co się tak naprawdę dzieje, intensywnie skupiają się na tym, by wystarczyło płatków do końca. Ale i tak najmłodsze śpią na ramionach matek już przy drugim ołtarzu. Droga wydaje się daleka i męcząca. Wśród nich idzie wysoka, chuda dziewczyna, porusza niekształtnie. Tuż obok, dyskretnie towarzyszy jej mama - Cień. Wstając z kolan po wywyższeniu podciąga kolanówki córce, bo nieznośnie spadają z tych chudych i dzielnych nóg. Córkę (może nawet nastoletnią?) niezmiennie zachwycają fruwające płatki. Mogłaby je sypać i sypać cały dzień.
Tuż za nią idzie Ciało Boże, niesione w złocie, na rękach. Towarzyszą Mu hierarchowie i wierni… zwyczajnie.

Ciągle wyprzedza mnie jakaś starsza pani. Jedna trąci łokciem, druga podeprze się o mój łokieć, trzecia wyprzedzi melodię kantora, dzięki czemu nadążam ze słowami. Jeszcze któraś, przygotowana do podjęcia wysiłku, dyskretnie popija wodę. Obok mnie, po lewej stronie idzie starszy Pan prowadzony przez syna za rękę, z laską. Nie mniej zmęczony i stary syn podaje ojcu chustkę do otarcia czoła. Nie śpiewają, bo pewnie nie słyszą co śpiewamy - idą dalej w swoim wspólnym tempie. Płacz dziecka w wózku staje się nie do zniesienia.
Już przestało mi przeszkadzać, że dziewczyny idące przede mną klapią klapkami i ciągle sprawdzają coś w telefonie. Rozglądając się na lewo i prawo i podśmiechują się nie wiadomo z czego. Tuż obok pielgrzymuje elegancka para ze śpiącym dzieckiem. Za mną staruszkowie idą za rękę, jak para nastolatków, mrucząc pieśni pod nosem. Gdzieś mignie inna, znana na całą parafię „wzorowa rodzina” i kilkoro, prawie niewidocznych samotników - ale tych jest naprawdę niewielu. 

Pozornie, prywatnie nic nas nie łączy - nie znamy się przecież. Nawet na „znak pokoju” czasem boimy się, wstydzimy się uścisnąć serdecznie rękę. A jednak idziemy razem, w jednym kierunku, w sumie bardzo niekształtnie, rozproszenie, prawie nie zwracając na siebie uwagi. W tej pielgrzymce łączy nas śpiew. To on niesie modlitwę, troski i nadzieje. Bez tej Pani, która zna po 15 zwrotek każdej pieśni, musiałabym już po piątej włączyć internet w telefonie, aby dośpiewać do końca. 
W tym chaosie, szumie i ogólnym pozorze braku skupienia doświadczamy właśnie Kościoła - takiego na jaki nas stać. W nim nie czas i miejsce na trzymanie stylu. Każdego boli, gdy klęka na betonie - nie szkodzi, niech stęknie. Trącącą kiczem piosenkę „Pan Jezus już się zbliża” niech zastąpi kompozycja organisty (może nawet z innej parafii), albo miejscowego kompozytora. Przecież to nasz Kościół i takim, jakim go ukształtujemy, pozostanie dla następnych pokoleń. Ech… dla naszych dzieci po prostu. 
Idziemy, bo inni szli przed nami. 
Śpiewamy „Te Deum” zgodnie z tym, jak śpiewano przed nami, a w nim padają ważne słowa: cyt. „Tobie, Panu zaufałem, nie zawstydzę się na wieki”.


niedziela, 24 maja 2015

Donosiciel

Najzupełniej nieoczekiwanie nastało lato. Nie zdążyłam nawet pochwalić się świeżo zakupionym malinowym, cienkim płaszczem. Upał wybuchł nagle i zalał gorącem całe miasto. Zaczął się wielki i wspaniały dzień, na który czekałam z niecierpliwością. Telefon dzwoni (mama dzwoni) "czy już się zaczęło". Otóż nie "zaczęło się", bo czekam na taksówkę. 
Jest naprawdę upalnie.

O mojej podróży z Sokratesem pisałam dokładnie roku temu. Po tym roku mam nieco więcej dystansu do tego, co się stało, kiedy dojechałam na miejsce.
Celem mojej podróży był piękny, wielki biało-czerwony pierścień, wybudowany specjalnie dla tych, co kopią piłkę na milion sposobów i oglądają ich miliony. Wokół pierścienia wylano beton (jasna sprawa), a wewnątrz pomalowano na modny szary kolor. Trafiłam na wydarzenie swoich marzeń, na Targi Książki. I powiedzmy to sobie szczerze, weszłam z plakietką autora (bez wstępnej opłaty!). Stolik był już przygotowany z nazwiskiem wydrukowanym na chwiejącej się kartce A4, pod spodem komentarz: "autor", a jeszcze niżej, w sumie od razu... "5 zł". Moją książkę objęła promocja. Nie było w sumie aż tak bardzo oczywiste, czy cena dotyczy książki, autora, czy GG. W sumie... wydawałoby się, że 5 zł i moja twarz wyglądają na tyle atrakcyjnie, że prawie każdy się zatrzyma, zainteresuje, lub nawet wyda monetę na książkę. Ale niestety twarzy tam było wiele - tych bardzo znanych i tych mniej, uśmiechniętych i zmęczonych tym niekończącym się uśmiechaniem do przechodniów.
Siedzę więc i się uśmiecham. Być twarzą swojej własnej książki - to jest coś! Mija pierwsze, najbardziej krępujące 15 min. Schodzą się tłumy, więc odruchowo (choć sama nie wiem skąd ten odruch) wyjmuję moje pióro. Ale niestety na przeciw siedzi Gwiazda i podpisuje swoje najnowsze kulinarne dzieło. W walce o podpisy, autografy i splendory wygrywa kotlet z Gwiazdą. Postanawiam się nie poddawać, zatem siedzę twardo dalej. 
Czas mija, a ja siedzę i błagam los, żeby przysłał kogoś życzliwego. Miały się pojawić moje amerykańskie koleżanki.
SĄ!
"Hej Grażyna! Gratulujemy!!!" - każda kupuje książkę po 5 zł. Jest to miłe, nawet bardzo miłe. Niesamowite jest to, że nie rozumieją ani słowa po polsku, a cieszą się ogromnie, że kupiły moją książkę.  
Dalsze czekanie staje się męczące i wykańczające. Klimatyzacja się chyba zalała niewidocznym deszczem, okna brak, dźwięków wokół jest po prostu za dużo. 
Żeby choć ktoś podszedł...
Minęła godzina. Podchodzi do mnie przemiła dziewczyna z kucykiem na głowie. Jest uśmiechnięta od ucha do ucha, zbliża się do mnie z kilkoma książkami pod ręką. Oczywiście już automatycznie sięgam po pióro. I nagle słyszę takie słowa:
"O, proszę pani, gdzie tu jest toaleta?"
Nie wiem co powiedzieć, odpowiadam bardzo szczerze.
"Nie wiem, jeszcze tam nie byłam, ciągle tu siedzę".
W odpowiedzi tylko niedowierzające mi "aaa..". Chcę się już zbierać. Telefon (mama) dzwoni "jak tam córeczko?", "oczywiście wszystko wspaniale, opowiem później bo nie mogę teraz rozmawiać, sama rozumiesz", "tak rozumiem" - odpowiada. I wiem, że ona naprawdę rozumie sytuację, każdy podtekst.
Zrezygnowana pakuję się, pakuję pióro, pakuję kilka książek dla znajomych. 
I właśnie wtedy podchodzą dwie Gwiazdki. Jedna duża w żółtej bluzce, druga nieco bardziej filigranowa w różowej. Ta pierwsza trzyma dyktafon, druga notatnik. 
-Dzień dobry. To Pani jest autorką tej książki? - pyta jedna bardzo pewnym tonem.
-Tak - to ja.
- To my kupimy tę książkę. - szukając pieniędzy dopytuje - ile? pięć złotych?
- Tak, 5 zł.
Otrzymuję pieniądze i koniecznie muszę podpisać, choć tym razem ktoś mnie o to (wreszcie) prosi. 
- My jesteśmy ze "Szkolnego Donosiciela". To taka nasza gazetka szkolna. Czy odpowie nam Pani na kilka pytań?
- Oczywiście, że tak.
No i rozmawiamy sobie o literaturze dla dzieci, o tym, co lubimy, czego nie, skąd jesteśmy...  Trwa to kilka chwil. 
- No dobrze - mówi ta duża, kopnięta przez różową. - To my poprosimy do Pani kontakt do autoryzacji wywiadu. Zgadza się Pani?

A kto by się nie zgodził?

Potem podchodzili już tylko koneserzy i ci zainteresowani "nowościami". Na szczęście nikt już więcej nie pytał o ustronne miejsce, a Szkolny Donosiciel... napisał list po kilku dniach.


Wróciłam do domu, telefon (mama) dzwoni.
"Tak, wszystko w najlepszym porządku" - bez zbędnych szczegółów.

WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO MOJEJ MAMIE

czwartek, 30 kwietnia 2015

Seler, marchewka i wielkie nadzieje

Spotykam się po latach z koleżankami - z Rudą i Kujonką. Już się zlustrowałyśmy - która ma dobre buty, czy i jak bardzo zniszczone mamy ręce, jak układają się zmarszczki (po linii uśmiechu, czy raczej zgryzoty). Jest sympatycznie, śmiesznie. Tylko mój papieros je gorszy. Komentarz "jak możesz palić w eko czasach" sam wypisuje się na czole.
Ale co poradzić na to, że paląc lepiej się myśli? A myśleć muszę, bo... uczę.
Może czas więc pomyśleć... po co właściwie to robić. I dlaczego wizerunek nauczyciela w Polsce jest tak kiepski. Jesteś nauczycielem, czyli zwykłym frajerem - tak myśleliśmy na studiach.
"Naprawdę jesteś nauczycielką?! TY???" pyta Ruda, która cały czas czeka na wielką karierę i ogromne pieniądze. Podchodzi do nas znudzony kelner, od niechcenia podaje kartę i pyta "co Wam podać". Nie przypominam sobie, żebyśmy byli kumplami, ale co tam. Przecież jestem wyluzowana (?!) i szczęśliwa więc nie marudzę. Może też marzy nieustannie o tym, by nie być nauczycielem?Wtedy Kujonka dodaje z lekkim politowaniem, (a może nawet z satysfakcją, że JEDNAK nie gram w Carnegie Hall - hura) "fajnie, dobrze, że się spełniasz" i popija wegesok.
Rozmowa nie toczy się dalej, pijemy kawę, soczki i nic.
- Pyszny sok. Najlepszy, jaki piłam z ogórka!
- Nie, no co ty. Najlepszy z marchewki i buraka.
- Buraka? Na pewno nie. Z selera! Bo najzdrowszy.  - też się znam...
Ale to nic. O burakach też trzeba rozmawiać.
Za chwilę spotkanie z Piotrkiem, Tomkiem i Helenką - moją małą i wielką zarazem nadzieją na to, że za kilkanaście lat nie będzie mnie obsługiwał znudzony kelner, a z kumpelami ze szkolnej ławy będę rozmawiać o ostatnim naszym wspólnym przedsięwzięciu.
Marzenia?

wtorek, 28 kwietnia 2015

sprawa na telefon

"Wszystkie jesteśmy po jednych pieniądzach" powiedziała z ogromną dawką wyrozumiałości pani, z którą załatwiam interesy mojej Przyjaciółki. Biedna, nie mogła się do mnie dodzwonić, bo wisiałam na telefonie z Karoliną. Omawiałyśmy ważne sprawy - nieważne co. Jeśli gadamy ponad 5 min, znaczy, że ważne. Okazuje się, że Pani doskonale rozumie moje szczere wytłumaczenie wypowiedziane nieśmiało, jakbym za chwilę miała dostać lekko w głowę: "przepraszam, rozmawiałam z przyjaciółką". Odpowiada "jasna sprawa", no bo dla nas jest to jasne.
Nie zrozumie tego żaden mąż, ani kochanek (chociaż przy kochanku się raczej nie męczy telefonu), nie rozumiał tego ojciec - tym bardziej, że to on opłacał rachunki w czasach bez promocji i z ogromnymi limitami.
Ostatnio złapałam się na tym, że czasem nawet wolę rozmawiać przez telefon. Można się skupić tylko na słowach i na tym, jak brzmi głos Przyjaciółki - czy na pewno jest radosny? A może jednak lekko drży?
W obecności Pani, która czeka na umowę odgrywam rolę oddanej asystentki to podpisując, to przekładając papierki z lewej na prawą. Sprawdzając aneksy, podpisy i pieniądze, jestem asertywna i sympatycznie stanowcza - jak nigdy we własnej sprawie.
To dla Hanki, która właśnie leży pod palmą na drugim końcu świata. Dla Hanki, która dzwoni z pobliskiego lumpeksu z niesamowitą wiadomością "właśnie kupiłam Ci bosssską bluzkę, dokładnie z taką kokardą, jak lubisz!". Obok niej stoi Karolina i dodaje "będziesz w niej wyglądać jak milion dolarów". I ma rację - rzeczywiście tak wyglądam. Nie ma wątpliwości, że właśnie w niej pójdę na randkę.
Wyrozumiała Pani wyszła.
Dzwoni telefon. To Karolina. Spodziewam się samych ekstremalnych wieści. Mam nadzieję, że po drugiej stronie słuchawki będzie euforia przypieczętowana krzyczącym "aaaa!!!! Grażkaaa!". Zwykłe "jest OK" nie wróży specjalnie niczego dobrego, ale u nas i tak wszystko się dobrze kończy.
- I co? Wszystko ok?
- Tak, załatwiłam wszystko. Mów dalej.
- AAA!!! Grażkaaaa!!! Nie uwierzysz!!! - i zaczyna się euforyczna, niekończąca się opowieść, jedna z tych, które stawiają mnie do pionu lepiej i skuteczniej niż kawa bez mleka.
I dzień rozpoczęty. Zobaczymy co przyniesie.







środa, 18 lutego 2015

błogie '90 nasza klasa

Klasa do której należałam (przez nadanie) gromadziła dzieci ze wszystkich możliwych grup społecznych. Trudno powiedzieć, czy taki był cel, czy może inny. Faktem było tylko to, że byliśmy niezgrani i nie potrafiliśmy działać wspólnie, chyba, że trzeba było przełożyć sprawdzian i błagać nauczyciela. 

W naszej klasie przyjaźnie trwały raczej krótko, kończyły się burzliwie, kwitło obmawianie, a nawet dogorywało donosicielstwo. Mimo to, z perspektywy czasu moja klasa wydaje mi się wręcz sympatyczna i bardzo często o niej myślę.
Listę nazwisk w dzienniku otwierał Adaś w firmowych adidasach. Jego tato sprowadzał pierwsze firmówki z zagranicy, więc syn miał najlepsze buty w klasie. Białe "Nike" z czarnym znakiem były hitem w naszej klasie.
Po Adasiu był Mikołaj uporządkowany. Mikuś miał wszystko na miejscu, do fryzjera chodził regularnie, nawet T-shirt nosił wyprasowany. Zawsze miał gumkę do mazania i naostrzony ołówek, które pożyczał zwykle z wielką łaską i obecnym w języku do dziś "proszszsz". Jego bogato wyposażony piórnik i nowoczesny plecak był obiektem kpin wszystkich chłopaków.
Mikołaj siedział z Marasem. Maras był człowiekiem czynu, ciągle stawiał sobie jakieś cele, ciągle gadał i biegał i chwalił się, że "normalnie, jak był nad jeziorem, to przepłynął caaaałe zielsko" i tak w kółko. Zimą chodził w śniegu "normalnie po kolana", a wczesną wiosną "normalnie przeszedł błocko i prawie by go połknęło, ale się udało". Nasz "normalnie" himen.
Marasem interesowała się Marianna. To była najładniejsza dziewczyna w klasie, blondyna oczywiście. Konsekwentnie od piątej klasy aż do końca ósmej czesała się tak samo - przedziałek na środku głowy, ulizany kok i dwa strąki włosów wiszących równolegle przy uszach - dla ozdoby. Marianna już w siódmej klasie umawiała się "ze znajomymi" i malowała paznokcie, czym doprowadzała pana Zdzisława od historii do szału. Ale uczyła się całkiem nieźle i miała "aspiracje humanistyczne", więc wszyscy nauczyciele odpuszczali jej te paznokcie, dresową bluzę i buty na obcasie.
W klasie była też artystka Joanna. Rodzice Joanny byli lekarzami, więc znała ona niektóre zagraniczne trendy myślowe. Dlatego też wyglądała jak dziecko kwiat, malowała ciągle kwiatki, nic nie rozumiała ani z matmy, ani z chemii, nawet na polskim słuchała Freddiego Mercurego ukradkiem. Nosiła długie rozpuszczone włosy i leżała na ławce w akcie protestu, że nic nie rozumie. Jedyną lekturą, która nią poruszyła była cienka  i szyta książeczka pt. "O psie, który jeździł koleją".

Ja siedziałam pod oknem, w trzeciej ławce, czasem ze sportową Gośką, czasem z Magdą. 
Sportowa Gośka była najlepsza w bieganiu i knuciu intryg klasowych, miała czarne włosy, a jej mama podjeżdżała pod naszą szkołę jakimś niesamowitym wiśniowym samochodem z elektrycznymi szybami i chowanymi przednimi światłami. 
A Magda? Magda po prostu chciała pracować w sklepie i szykowała się do "handlówki".
Było nas o wiele więcej. 

Łączyła nas jedna jedyna myśl.
Wszyscy marzyliśmy o tym, żeby jak najszybciej skończyć tę szkołę i iść dalej. Dlaczego po prostu się nie zmienialiśmy, dlaczego woleliśmy "wreszcie skończyć szkołę" i "omijać ją szerokim łukiem", zamiast spotykać się po szkole, żeby robić coś wspólnie? Czy byliśmy tak pochłonięci nadziejami własnymi i naszych rodziców, że nie umieliśmy wytworzyć wspólnoty? Albo chociaż wspólnej myśli? A może to normalne, a może wychowawca nie z tych czasów, a może po prostu zbyt nagle zaczęliśmy eksponować różnice będące między nami? 
A może nikt nas tego nie uczył i nie pobudzał do takiego myślenia. 

Uczyliśmy się pilnie... przyjmować kolejne wiadomości.

niedziela, 1 lutego 2015

BLOG ROKU 2014






Halo halo?
Jest tam kto?

Drodzy Czytelnicy!

Chcę, zgłosić A GDYBY PO SWOJEMU do konkursu Blog Roku 2014. To już, do wtorku trzeba się meldować.
W związku  z tym, że wprowadzono kategorię Tekst Roku 2014 chcę Was zapytać, czy macie jakiś swój ulubiony tekst? Czy macie jakieś sugestie?
Bardzo, ale to bardzo moglibyście mi pomóc wybierając właściwy felieton.

Dziękuję!
grażyna


piątek, 9 stycznia 2015

wolne

Gorączka grudniowego szału samodzielnie i bez pytania weszła do jej mieszkania.
To już ten stan, kiedy najlepiej po prostu wyjść z domu.

Wstaje z łóżka bo MUSI. Szuka budzika, bo dzwoni zupełnie jak ten dzwon, który jest nie wiadomo gdzie. Podczas poszukiwań potyka się o książkę, potem o gazetę, którą czytała tydzień temu. Mało brakowało, złamałaby nogę ślizgając się na folii, na której suszy obraz za, ma nadzieję, miliony dolarów.
Robi sobie kawę i strąca kubek z cholerą w tle.
To koniec.
Koniec kolejnego kubka z meblowego fast-fooda.
No i koniec chleba - wzdycha. Więc bawi się w wegankę typu anty-pszenica. Szuka garnka, żeby ugotować kaszę i nastawia ten cudowny posiłek na elektryczny ogień.
Pranie krzyczy, ledwo otwarty list śmieje się z niej, bo czeka od wczoraj na lekturę. Żelazko zakurzone, kotki w rogu miauczą złośliwie.

Nie wiadomo gdzie jest początek i koniec mieszkania, ale ona wie dokładnie gdzie jest.
Strona sto pięćdziesiąta ósma. Zostało jeszcze osiemdziesiąt trzy.

wtorek, 6 stycznia 2015

błogie '90 - spacer z Bożeną

Do szkoły poszłam, gdy miałam siedem lat. Podstawówka zabierała dziecku wówczas osiem wiosen, a ewentualne liceum, kolejne cztery. Słowo "egzamin" brzmiało poważnie i nikt nie śmiał lekceważyć tego kluczowego, jakby się mogło wydawać, wydarzenia w życiu. Matura? Tylko raz. No chyba, że kogoś czekała poprawka.

Moja pierwsza wychowawczyni miała na imię Bożena. Wyglądała raczej na Bożen(k)ę, statystycznie wzorową uczennicę. Nasza Pani miała czerwony długopis i czarne szpilki z kokardką, oczywiście były to lakierki. Nosiła też bluzki z żabotem i czarne sweterki w towarzystwie których, tandetna kokarda z brokatem we włosach prezentowała się nadzwyczaj stylowo. I tak, jak my, była po prostu bardzo mała. Pasowaliśmy do siebie doskonale: mała Bożenka i małe dzieci.
Pierwszego dnia oprowadziła nas po naszej (!) wielkiej szkole, Tysiąclatce. Wszystko był "nasze" - nasza szkoła, nasza Pani, nasza klasa, nasz dziennik. Używaliśmy tych sformułowań jak imienia, czegoś co nas definiowało jak uczniów. Wszyscy starsi też mówili, że to wszystko "nasze".
Ciekawe, tak wejść i bez specjalnego aktu zdobyczy mówić "to nasze", nie tworząc jeszcze żadnej wspólnoty, żadnych zasad. NASZE jest i tyle. Ten brak definicji, zasad i "naszość" bez tożsamości, bez specjalnych zobowiązań pozwalały nam więc smarować po ławkach długopisem, a niektórym również na wyrzucanie szkolnego  (naszego!) mienia za okno.

Korytarze Tysiąclatki były dla mnie tak samo szare na każdym piętrze. Trudno było zauważyć różnicę między piętrem nr 1, a nr 3. Granitowa, twarda podłoga, zimna i śliska, wzbudzała jakieś dziwne poczucie wstrętu, lęku, ale i dumy. Do dziś trudno mi zrozumieć to, że już jako tak mała dziewczynka miałam w sobie dumę. Może dlatego, że każdy siedmiolatek chciał chodzić do szkoły? Może dlatego, że niczym nie rozproszeni po prostu dumni byliśmy z tego, że możemy iść dalej (Po tym obrzydliwym korytarzu)? A może dlatego, że dumą jest być jak starsi...

Pani Bożenka swoim skrzeczącym głosem szła pierwsza w szeregu i pokazywała nam szkołę. Mówiła "Po prawej okna i nie wolno siadać na parapecie, a po lewej sale, w których się CO dzieci?" "uuuuuczyyyymyyyy" muczeliśmy zgodnie jak cielęta. "A czego?" i sama udzielała odpowiedzi wymieniając przedmioty, o których nie miałam pojęcia.
A za tymi oknami było ogromne, betonowe boisko. Wielki plac, na którym zbieraliśmy się "na apel". Miejsce prób i błędów społecznych, patelnia konfrontacji z ewentualnym wrogiem, miejsce schadzek plotkarek i "męskich ustaleń". Wtedy jeszcze nie było to dla mnie oczywiste - do czego służy boisko.

Pod szkolnym sufitem odpoczywały wisielce z opadłymi skrzydłami. Mowa o paprociach w białych, plastikowych doniczkach, z których zwykle ciekła woda. Zapamiętałam je dokładnie. Te smętne, opadłe, zielone gałęzie bardzo pasowały do ogólnego wystroju szkoły. Były zmęczone od rana do wieczora.
Na końcu korytarza były toalety "na lewo dziewczynki, na prawo chłopcy". Dochodząc do nich już wiedziałam, że nigdy tam nie wejdę. Potrzeby lepiej załatwiać rano na zapas i po powrocie ze szkoły. Sprawa jasna, lekcja szybka.

Nasza szkoła, nasza szkoła ukochana...

Za to w auli z zieloną kotarą i białym napisem z białych, papierowych literek "WITAJ SZKOŁO!!!" stało coś, co nadało sens tym korytarzom, paprociom, toaletom, przedmiotom i Bożence.
Tam było prawdziwe, trochę uszkodzone pianino. Marzenie.
Podeszłam, żeby sprawdzić, jakie wydaje z siebie dźwięki, ale nie dało się otworzyć.
Pianino było na kłódkę.
"Dzieci, siadamy" syknęła Bożenka. Rozpoczęliśmy pierwszy powitalny, szkolny apel. I to była tylko próba przed tym wieeeeelkim aaaaapeeeeeleeeem "boiskowym".

piątek, 2 stycznia 2015

BIEDNA NARZECZONA

- Kto chce? Kto chce Narzeczoną? - jakiś głos echem obija się o kupiecką prowizorkę. Jest tu, zaraz tam, leci tam. Płynie tam, gdzie dają więcej. 
Wraca z niczym.
- No? Kto chce? Kto chce Narzeczoną? - Kupiec wychodzi zza lady.
Bazar ciągle głuchy.

Kupiec czesze włosy, przegląda książki o tym, jak zachęcać. Piszą, że trzeba mieć czyste buty, więc szlifuje je z dokładnością mordercy. Doskonale zaciera ślady po brudnej podłodze. Czyścioszek.
W końcu staje przed ladą. Wychodzi do ludzi tak, jak każą w książkach i jest serdeczny.
- Mam do sprzedania, moi drodzy, moi KOCHANI coś niezwykłego! Wspaniałego! Egzemplarz niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju! - i kłania się byle komu. 
Znów zaczesuje błyszczące włosy, a chusteczką ściera na wszelki wypadek pył z modnych butów. Nie poddaje się ani na moment.
Bazar nic nie słyszy.

- Towar ładny! Nie pożałujesz Pan! - zaczepia wyglądających na bogaczy.
W końcu podchodzi jakiś Przystojniak w granacie i złotych guzikach.
- Co Ty właściwie chcesz sprzedać, chłystku? - pyta.
- Coś specjalnego!
- No co? Pokaż! - i pomachał palcami przed nosem kupca odchylając głowę wielkopańskim gestem.
Kupiec odsłonił plastikową kotarę. Z nerwów przełknął ślinę.
Stała za nią jakaś Zjawa.
Miała bose stopy, chude nogi, piękne, delikatne stopy. Jedwabna sukienka w mdłym kolorze powiewała w zgodzie z melodią wiatru. Ale była podarta. Trudno było to zauważyć, ale była. Kupiec pomalował jej twarz. Zielone oczy i głębokie spojrzenie zakrył ciężar sztucznych rzęs. Różowe policzki i złoty puder przykryły oznaki przemarznięcia. Trzęsła się na tym targu. 
Nikt tego nie widział?
Kupiec oglądał ją z bliska i z daleka. Nie spodobały mu się włosy, bo "nieokiełznane".
- Będzie zniżka - Syknął kupiec. W książce pisali, żeby odwracać uwagę. Krzyknął od razu - Ona ma WSZYSTKO!
- To znaczy co? - roześmiał się Przystojniak. On też umiał czytać.
- Wszelki atrybut nowoczesności - zaciera ręce.
- O! A to ciekawe... - Przystojniak podrapał się po głowie - "Atrybut nowoczesności" powtarzał w myślach.
- Proszę spojrzeć! - Kupiec otworzył jej walizkę. Chciał ją dodać za darmo do zakupu. - O! Niech Pan patrzy!  - Wyjmuje bez zażenowania. - Puder z zagranicy, umiejętności zza oceanu, temperament jaki Pan zechcesz. Książka... jakaś gruba. Te stare bibeloty pomogę Panu sprzedać.
- Jest coś jeszcze?
- Nie, nie ma.
- Ona w ogóle coś umie?
- A jakże! Niech pan spojrzy!
Zjawa nagle ożyła. Na zawołanie zapłakała, to zaśmiała się, zatańczyła. Potrafiła śpiewać, biegać w miejscu i powtarzać słowa w zawrotnym tempie, dokładnie i z odpowiednim akcentem.
"Błyskotliwa jest" - powiadają inni
"Ładna nawet" - zachwalają.
"Mądra?" - zapytał łysy z wąsem.
Bazar zamilkł, Kupiec nie wiedział co odpowiedzieć.

- Głupia dosyć. Ale nie odbiega od reszty. Gdy trzeba, jest lepsza. Zobaczcie, jaka modna, jaka uśmiechnięta!
Bazar zaakceptował zjawę mimo, że uśmiechała się tylko na zawołanie.
- Do pracy zdolna? - zapytał Przystojniak ze złotymi guzikami.
- Jak najbardziej, drogi Panie!
- Nie wiem sam... - zamyślił się. - Wygląda na pesymistkę.
- Pesymistkę? A czy Panu to odpowiada?
- Nie. 
- Nie, no przecież to optymistka! Optymizm w ciele żywym! - roześmiał się jak "równy gość".
Przystojniak poklepał kupca po ramieniu. Kupiec zniósł to, choć nienawidził tego z całego serca. Sam dałby mu w twarz, ale nie mógł. Musiał sprzedać. To od Przystojniaka zależało jego "jutro".
Zjawa stała sama. Zielone oczy błagały o siłę, o spokój i odrobinę godności. Do tej pory myślała, że godność jest, lub jej nie ma. Kiedy jednak stanęła za plastikową kotarą, zapragnęła chociaż jej odrobiny. Marzyła, żeby to się wreszcie skończyło, z pogardą patrzyła na tych, którzy rozważali zakup.

"Biorę" z ust Przystojniaka zabrzmiało wulgarnie. Nie płacąc całości odszedł. Głupi Kupiec nie przeliczył kolorowych banknotów. Uwierzył obcemu, bo nie doczytał książki do ostatniego zdania. Głupi.
Zjawa wyszła jak królowa, tanecznym, dumnym krokiem. Ale co z tego? 
Upadła tak żałośnie, że aż Kupcowi zrobiło się jakoś... żal? Nie miała siły wstać.
Przystojniak to przewidział. Realizował tylko swój plan. 
Wziął więc jej walizkę, a od jedwabnej sukni odciął fragment materiału - na chustkę. Sprawdził jak pachnie jej puder, bo ta wiedza jest na wagę złota. 
Teraz ma już wszystko.

W końcu Przystojniak kazał jej wstać, więc wstała, 
Kupiec nie mógł już nic zrobić. Przecież ją sprzedał. Sprzedał Narzeczoną.
A podobno ją kochał. Podobno zrobiłby dla niej bezgraniczne i lekkomyślne "wszystko". Może zapomniał, co miał na myśli, gdy powtarzał to słowo po tysiąckroć? 

- Panie! Zapomnijmy o tym! - krzyczał! - Ja nie chciałem żebyś ją kupił! To MOJA Narzeczona!
- Ale ja jej nie chcę sprzedać, chłystku! - krzyknął Przystojniak z oddali.

Było już za późno.