sobota, 31 maja 2014

Dziennikarka

Każdy uczeń, nieważne, czy uciskany, faworyzowany, czy taki, "co go nic nie dotyczy" uważa, że szkoła jest do kitu. Trudno spotkać entuzjastę prac domowych, teorii fizyki, teorii chemii, teorii geografii, teraz nawet teorii muzyki, plastyki… Dobrze, że jeszcze WF pozostał zajęciem praktycznym, ale, kto wie? Już sobie wyobrażam jak za 15 lat uczniowie będą zakuwać teorię gimnastyki: rozdział 1. wymyk 1a odmyk 2. kozłowanie a przeskok przez kozła...
Ale co tak naprawdę sprawia, że nikt szkoły nie lubi? Dlaczego uczniowie jej nie znoszą, a żaden z nas, nauczycieli w niedzielny wieczór nie wyczekuje z niecierpliwością poniedziałkowego poranka? Moja refleksja jest prosta i chyba wcale nie jest odkrywcza.
Ocenianie i kontrola (na "dorosłe" ewaluacja i controlling), czyli DZIENNIK.
Wszystko jest świetne, jeśli ocena jest satysfakcjonująca, ale problem, czasem nie do przeskoczenia, gdy okazuje się, że piątka koleżanki zdobyta jest ściąganiem, a czyjaś trója to wynik zbyt powolnego pisania. Sprawiedliwość... - słowo trochę zużyte, nieprawdziwe, z definicji abstrakcyjne.
Czy wszystkich mierzyć tą samą miarą? Jak oceniać? Liczy się wynik, czy praca i wysiłek? Jak to wyrazić w jednej cyfrze? Zawsze, kiedy robię sprawdzian, takie myśli przychodzą mi do głowy. Co ja właściwie sprawdzam… "Moje dzieci" czy może jednak siebie? 
Nie ukrywajmy, że często jestem rozczarowana tym, że nie wszyscy piszą na szóstkę.
Wtedy okazuje się, że w ogóle za "wolno piszą" bo "za wolno myślą", a za wolno myślą, bo "nie uważają". Denerwuje brak efektów. A bywają również po prostu bezczelnie zdolne dzieci. Tak jest i tyle. Sprawdzian jest jeden. I punkty też są (albo ich się nie przyznaje). 
Szkoła nauczyła mnie tego, że równości nie ma i nigdy nie będzie. Nie potrafię wyjaśnić źródeł jej pochodzenia, ale jakoś muszę tą nierównością sterować, zarządzać, niektórzy nawet chcą ją wyrównać… Kiedy patrzę na moich uczniaków, widzę, że każdy jest zupełnie inny od innych. Są przeciętniaki, są gapy, plotkary, łobuzy, intelektualiści, liderzy opinii i... mogłabym tak wymieniać godzinami. Tak naprawdę liczy się tylko to, czy każdy ma taką samą szansę na realizację swoich marzeń. Jako nauczyciel, czuję czasem siłę, żeby pomóc spełnić te marzenia, ale i tak muszę ich ocenić. Pała, czy może jednak naciągana trója? I czy piątka "na zachętę" jest w ogóle jakąś zachętą?
Czy nad stwierdzeniem "nie uważa" w moich czasach ktoś się zastanawiał? A dzisiaj??? Dzisiaj to znowu ja muszę bardziej uważać niż mój uczeń, bo konsekwencje mogą być różne…
A kontrola czyha wszędzie: kontrola zeszytu, kontrola pisowni, kontrola wyników nauczania. Teraz kontroluje się również face'a i testuje się przystosowanie do jedynie słusznego systemu mierzenia nabycia wiedzy. Kilka krzyżyków, kilka zdań, obrazków i gotowe. Nie widzę tu żadnej szansy - na nic. Najgorsze jest to, że zawsze wyobrażałam sobie, że ten szkolny kontroling skończy się wraz ze zmianą ról. Wydawało mi się, że kiedy zostanę nauczycielką, wszystko zmienię i nie będę oceniać - będę nauczycielką marzeń.
Tymczasem ja również nie pozostaję wolna od oceny i kontroli. Ciągle czuję na sobie dreszcz stresu, wciąż za mało ocen, że okienka tematów nie wypełnione. Dreszcz oblatuje mnie zawsze pod koniec miesiąca, kiedy wchodzę do szkoły. Myśli zupełnie jak przed matmą sto lat temu: "Zobaczy czy nie zobaczy?", "powie coś czy nie powie?" "PYTA?". Dyrka Dziennikarka (rozumiem ją jak nikt inny - MUSI kontrolować!, bo ktoś ją skontroluje!) wodzi za mną wzrokiem po korytarzu i... trach. Spotykamy się wzrokiem.

Mam dywanik - dziennik nie jest uzupełniony. "Brakuje ocen, proszę Pani! No co ja mam z Panią zrobić?!".
Repetowanie jak nic.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz