sobota, 31 maja 2014

Dziennikarka

Każdy uczeń, nieważne, czy uciskany, faworyzowany, czy taki, "co go nic nie dotyczy" uważa, że szkoła jest do kitu. Trudno spotkać entuzjastę prac domowych, teorii fizyki, teorii chemii, teorii geografii, teraz nawet teorii muzyki, plastyki… Dobrze, że jeszcze WF pozostał zajęciem praktycznym, ale, kto wie? Już sobie wyobrażam jak za 15 lat uczniowie będą zakuwać teorię gimnastyki: rozdział 1. wymyk 1a odmyk 2. kozłowanie a przeskok przez kozła...
Ale co tak naprawdę sprawia, że nikt szkoły nie lubi? Dlaczego uczniowie jej nie znoszą, a żaden z nas, nauczycieli w niedzielny wieczór nie wyczekuje z niecierpliwością poniedziałkowego poranka? Moja refleksja jest prosta i chyba wcale nie jest odkrywcza.
Ocenianie i kontrola (na "dorosłe" ewaluacja i controlling), czyli DZIENNIK.
Wszystko jest świetne, jeśli ocena jest satysfakcjonująca, ale problem, czasem nie do przeskoczenia, gdy okazuje się, że piątka koleżanki zdobyta jest ściąganiem, a czyjaś trója to wynik zbyt powolnego pisania. Sprawiedliwość... - słowo trochę zużyte, nieprawdziwe, z definicji abstrakcyjne.
Czy wszystkich mierzyć tą samą miarą? Jak oceniać? Liczy się wynik, czy praca i wysiłek? Jak to wyrazić w jednej cyfrze? Zawsze, kiedy robię sprawdzian, takie myśli przychodzą mi do głowy. Co ja właściwie sprawdzam… "Moje dzieci" czy może jednak siebie? 
Nie ukrywajmy, że często jestem rozczarowana tym, że nie wszyscy piszą na szóstkę.
Wtedy okazuje się, że w ogóle za "wolno piszą" bo "za wolno myślą", a za wolno myślą, bo "nie uważają". Denerwuje brak efektów. A bywają również po prostu bezczelnie zdolne dzieci. Tak jest i tyle. Sprawdzian jest jeden. I punkty też są (albo ich się nie przyznaje). 
Szkoła nauczyła mnie tego, że równości nie ma i nigdy nie będzie. Nie potrafię wyjaśnić źródeł jej pochodzenia, ale jakoś muszę tą nierównością sterować, zarządzać, niektórzy nawet chcą ją wyrównać… Kiedy patrzę na moich uczniaków, widzę, że każdy jest zupełnie inny od innych. Są przeciętniaki, są gapy, plotkary, łobuzy, intelektualiści, liderzy opinii i... mogłabym tak wymieniać godzinami. Tak naprawdę liczy się tylko to, czy każdy ma taką samą szansę na realizację swoich marzeń. Jako nauczyciel, czuję czasem siłę, żeby pomóc spełnić te marzenia, ale i tak muszę ich ocenić. Pała, czy może jednak naciągana trója? I czy piątka "na zachętę" jest w ogóle jakąś zachętą?
Czy nad stwierdzeniem "nie uważa" w moich czasach ktoś się zastanawiał? A dzisiaj??? Dzisiaj to znowu ja muszę bardziej uważać niż mój uczeń, bo konsekwencje mogą być różne…
A kontrola czyha wszędzie: kontrola zeszytu, kontrola pisowni, kontrola wyników nauczania. Teraz kontroluje się również face'a i testuje się przystosowanie do jedynie słusznego systemu mierzenia nabycia wiedzy. Kilka krzyżyków, kilka zdań, obrazków i gotowe. Nie widzę tu żadnej szansy - na nic. Najgorsze jest to, że zawsze wyobrażałam sobie, że ten szkolny kontroling skończy się wraz ze zmianą ról. Wydawało mi się, że kiedy zostanę nauczycielką, wszystko zmienię i nie będę oceniać - będę nauczycielką marzeń.
Tymczasem ja również nie pozostaję wolna od oceny i kontroli. Ciągle czuję na sobie dreszcz stresu, wciąż za mało ocen, że okienka tematów nie wypełnione. Dreszcz oblatuje mnie zawsze pod koniec miesiąca, kiedy wchodzę do szkoły. Myśli zupełnie jak przed matmą sto lat temu: "Zobaczy czy nie zobaczy?", "powie coś czy nie powie?" "PYTA?". Dyrka Dziennikarka (rozumiem ją jak nikt inny - MUSI kontrolować!, bo ktoś ją skontroluje!) wodzi za mną wzrokiem po korytarzu i... trach. Spotykamy się wzrokiem.

Mam dywanik - dziennik nie jest uzupełniony. "Brakuje ocen, proszę Pani! No co ja mam z Panią zrobić?!".
Repetowanie jak nic.

czwartek, 29 maja 2014

Dżentel-menek

Jest nieprzyzwoicie wcześnie. Do radia nie przyszli jeszcze poranni goście, kawa nie zrobiona, za oknem nadal ciemno. Za wstanie z łóżka w takich warunkach powinno rozdawać się nagrody. Ale zawsze ktoś musi być pierwszy… 
Żal mi lodu na ulicach i diamentowego, dziewiczego śniegu. Za chwilę ten piękny, biały świat zmiesza się z błotem, a po ulicach wędrować będą ludzie zasłaniający swoje twarze, idący szybko i ostrożnie, marszczący twarz charakterystycznie - "na zimowo". 
W radiu codziennie mówią to samo. Ilekroć je włączam, wracam myślami do czasów, kiedy byłam uczennicą. Rodzice słuchali porannych rozmów polityków, a mnie od razu bolała głowa. Jadłam kanapkę z Millerem, Kaczyńskim, Kwaśniewskim. Pamiętam nawet herbatę z Mazowieckim z podstawówki. Wszystkie poranne radiowe kłotnie, czyli tzw. "debaty" doprowadzały mnie do szału i trudno było mi się uśmiechać do żółtego sera na kanapce. Sądziłam, że te głosy mówią o kompletnie nieważnych rzeczach. Wtedy liczył się sprawdzian z matmy, oddanie prac klasowych z polskiego (mnóstwo uwag, po prostu mnóstwo!) i pączki ze sklepiku, które kończyły się po drugiej przerwie…
Teraz włączam tę samą audycję, słyszę te same głosy i znów piję z Millerem od rana. Przysłuchując się audycji, mam już inne odczucia, choć jakoś dziwnie irytacja nie stała się dla mnie obca. 

Ups… Muszę jechać do szkoły. Areczek na pewno już czeka.
Jadę ja, moja sukienka i nowe, eleganckie buty, w których jest mi, powiedzmy to sobie szczerze, zimno. Wszystkim mówię, że są bardzo wygodne, ale tak naprawdę czuję, że poświęcam się dla świata idąc po lodzie w szpilkach, prowadząc w nich samochód, podbiegając do ucznia podczas przerwy. A może poświęcam się dla własnego poczucia (względnego) piękna? Mniejsza z tym. Jeszcze chwila myślenia i spóźnię się na pierwszą lekcję.
- To ty zapomniałaś??? - powiada wyjątkowo zorganizowany Arek w samochodzie, kiedy znów spowiadam się z tego, czego będę uczyła moich małych geniuszy.
- Arek, jedziemy, bo muszę jeszcze przejrzeć konspekt!
- Oprzytomnij! Dzisiaj są REKO-Lekcje!!! Masz woooolne! - Nie do wiary. Poczułam się zupełnie jak wtedy, ileś tam lat temu. Ulga, kamień z serca, luz, bluz i piosenki z gitarą. Perspektywa Mariusza katechety rozśpiewanego z mikrofonem tak mnie zachęciła, że od razu dodałam gazu. Trzeba było jednak założyć inne buty. Trzeba, nie trzeba…
Docieramy do firmy, śniegu po kolana. Zdążam tylko przywitać się z dziećmi i wio, do Mariusza (Mariusz czeka z gitarą).
Wychodzimy z klasy, a drzwi za mną zamyka Kuba (Kubuś). 
- Ustawiamy się parami - mówię jak prawdziwa nauczycielka. Wszyscy grzecznie się "ustawiają", grzecznie wszystko wykonują. Podchodzi Kubuś.
- Proszę Pani, a Pani ma z kim iść? - "Oczywiście, że nie mam z kim iść" pomyślałam. Nawet na korytarzu szkolnym nie mam z kim iść. Nie bójmy się powiedzieć tego przynajmniej przed sobą samą!
- Kubusiu, ja idę sama, żeby mieć was na oku przez całą drogę. - Odpowiedź lekko "przydurnawa" nie satysfakcjonuje drugoklasisty.
- No to ja z panią pójdę! Mogę? - Zamurowało mnie. Kajtek sięga mi do pasa, wystaje mu wiecznie podkoszulek spod swetra. Budowanie zdań potwornie go stresuje, a kiedy trzeba, nie potrafi zwyczajnie siedzieć. Tym pytaniem całkowicie mnie zaskoczył. 
- Możesz! - i jakoś nikt nie nazwał go lizusem, kiedy szedł obok mnie.
- A mogę Pani wyznać tajemnicę? 
- A możesz?
- Mogę, tylko to jest taka tajemnica, że nie może pani powiedzieć ni-ko-mu!
- No to nie powiem - deklaracje przychodzą mi czasem szybko...
- Bo ja bym chciał zostać dżentelmenem. - Zamurowało mnie. Skąd się biorą dziecięce marzenia??? Skąd ten wyraz??
- A dlaczego chciałbyś zostać dżentelmenem?
- Bo mój dziadek to dżentelmen. I ja też bym chciał być dżentelmenem!
I wszystko jasne.

Idziemy sobie i gaworzymy o pogodzie, a w tej drodze Kuba otwiera drzwi, przepuszcza przodem mnie i swoje koleżanki z klasy. Nikt tego specjalnie nie widzi. Ale miarka mojego obiektywnego zdystansowania przebrała się, kiedy doszliśmy do oblodzonych schodów.
"Ja pójdę pierwszy. Niech pani zaczeka. Ja pani dam rękę". I tak też uczynił. Przez chwilę poczułam się jak… kobieta? Wyobraziłam sobie jego dziadka idącego ze swoją żoną, lub córką i Kubą, który podpatruje swojego dziadka. W jego oczach, to dżentelmen i z pewnością myśli, że wszyscy tak robią… Może kiedyś pomyśli, że to głupoty, a może nie? Proste i piękne jest takie podpatrywanie, a przede wszystkim skuteczne. 

A ja, głupia, po wycieczce z Kubą nabrałam pewności co do tego, że trzeba zakładać ładne buty mimo oblodzonych chodników. Niestety, dnia następnego szłam już z inną klasą drżąc o swoje stawy.
Niestety, żadnego Kuby nie było.




środa, 28 maja 2014

Jesteś świetna

Nie mogę narzekać. Będzie krótko. 
Po udanym koncercie podczas którego grali moi zdolni siedmiolatkowie, do sali wchodzi jedna z mam z czekoladkami "I love You" i mówi: "Jest pani świetna". Podobno Lenka (jej córka, moja uczenniczka) lubi moje lekcje bardziej niż "cokolwiek innego" i kocha ćwiczyć. Doprawdy nie wyobrażam sobie, jak można kochać ćwiczyć granie na instrumencie, ale jak widać można. Moja nauczycielka z pewnością nie miała żadnych wątpliwości, że ćwiczyć nienawidzę z całego mojego wielkiego serca. Ale obie się dziwiłyśmy, że na koncertach się nie myliłam (może przeżywałam wówczas momenty świetności???). Zastanawia mnie dlaczego zawsze po udanym koncercie musiałam usłyszeć, że i tak jestem "zdolna ale leniwa?", nawet jak zagrałam "koncertowo"?
Nie, nie. Nie pożerają mnie ani pycha, ani samouwielbienie. Po prostu takie słowa popychają, ciągną w górę - są świetne.
Kiedy osobista mama mówi "jesteś świetna", wydaje się, że oszalała, że nie wyszła z pieluch, kremików i puderków. Tymczasem słowa z "obcych" ust nabierają innego znaczenia. Ich ocena wydaje się… niezależna - nie zależy od temperatury krwi ani stopnia zażyłości.
Dzisiaj jestem "świetna" i niech tak zostanie - przynajmniej do porannej kawy.

poniedziałek, 26 maja 2014

Dojechałam

Po co, na co i dlaczego akurat POLKA zła? Mama, matka, mateczka, mamuś. Kiepsko brzmi tylko "mamaaa" z zaśpiewem na ostatnią głoskę.
"Mamo, nie dzwoń codziennie, mam tyle na głowie", "Tak, zjadłam coś ciepłego, głodna nie chodzę! Mamo, za chwilę mam trzydziestkę i dbam o zdrowie", "Tak, mam (jeszcze) pieniądze...", "Nie, nie, głos w porządku, wszystko okej, nie przejmuj się". To tylko kilka urywków z rozmów kobiet pięknych, młodych, wyemancypowanych, ze starą maturą i starą torebką. Mama dzwoni i prześwietla Cię w trzy sekundy, jak Sherkock podejrzliwa, jak Kodżak błyskotliwa i jak Gadżet pomysłowa. Jest bowiem mnóstwo sposobów na poradzenie sobie w każdej trudnej sytuacji, bo "nie ma, DZIECKO, sytuacji bez wyjścia".
Czasem jasność myślenia spływa jak grom z jasnego nieba (swoją drogą jaśniej już się nie da…) i pojawia się myśl tyle odkrywcza, co banalna. Oto ona: Mama oswaja rzeczywistość. I nie ma drugiej osoby, która robiłaby to z tak głębokim przekonaniem. Matczyna miłość nie potrafi oswajać bez przekonania. Choćby umierała ze strachu, mama pokona siebie… dla ciebie. Bo potrafi wznieść się na wyżyny pracując dla Ciebie, rezygnując z tej pracy, gotując po raz setny tę samą zupę, której nie cierpi, a którą TY lubisz, idąc ciemną ulicą, żeby Cię znaleźć, kiedy zbyt długo nie wracasz. To jest mama.
To od matki usłyszysz: "niczym się nie przejmuj, spróbuj", a nie "spójrz na to realnie, jest niewesoło, nie poradzisz sobie". To mama powie, że jesteś śliczna, nawet, jak nie możesz schudnąć ani grama 
i wyglądasz jak pączuch w smalcu... Z czerwonej plamy na obrusie zrobi wieczny podstawek pod wazon, a z tłustej - pod kosz z jabłkami. Wzruszy ramionami, a potem kupi taki, który nie przyjmuje plam "i już". 
I to ona jest pierwszym katalogiem mody małej dziewczynki. 
Pamiętam, jak moja mama rano szykowała się do pracy. Ja, smarkata, razem ze starszymi siostrami, podglądałam i też się malowałam pod stołem. Nie pozwoliłam sobie na chodzenie w spodniach (mama chodziła oczywiście w spódnicy). Kręciła włosy na rozgrzaną lokówkę, paliła papierosa i popijała czarną kawę. W międzyczasie domalowywała usta, oczy i policzki (pudrem Yardleja) i… "tylko nie podchodź za blisko do tej gorrrrącej lokówki". I nieważne, że lusterko lekko do wymiany, że nie miała toaletki z prawdziwego zdarzenia. Przez te 10 min. była dla nas wszystkim damą z obrazów Axentowicza.
Ale najważniejsze jest właśnie to oswajanie rzeczywistości. Z mamą jakoś łatwiej coś naprawić, odważyć się, nie zwariować od podniosłości chwili. Bo zawsze usłyszy się "No daj spokój, przecież to wcale nie jest aż tak daleko, wysłać Ci kabanosy od p. Mariolki?. Oczywiście nie chcę żadnych kabanosów od Mariolki, ale przechodzi mnie dreszcz na myśl, że kiedyś tego pytania zabraknie. Bo  z ust każdej innej osoby nie będzie już miało ono czarodziejskiej mocy umami...

Wychodzę z super nowoczesnego pociągu z "mega super hit wypasionym" laptopem. Wokół mnie wiele młodych osób z super nowoczesnymi telefonami, okularami i trampkami. Jak na zawołanie, bez umawiania chwytamy za super czułe na dotyk (co za czasy!) telefony, a nasze słowa odbijają się jakby od siebie dworcowym echem: "dojechałam". 

niedziela, 25 maja 2014

Sokrates w taksówce

Bywa, że człowieka ogarnia tak uciążliwe zmęczenie, że nie jest w stanie na ten przykład prowadzić samochodu. W wielkim polskim mieście chwila nieuwagi może spowodować bardzo duże szkody. Najpierw czeka się co najmniej 7 min na to, aż ktoś wspaniałomyślnie dopuści do włączenia się do ruchu, a potem? Drżysz o swój lakier, więc przyspieszasz wzorując się na innych. W ten sposób pasujesz do reszty.
Mam ogromne szanse spóźnić się na ważne wydarzenie, więc jadę… taksówką. Czynię to niezwykle rzadko, ale ilekroć mi się to zdarza, marzę sobie (bardzo prywatnie), że zawsze tak jest - że mam Pana Woźnicę. Czy to złe?
A może wcale nie jestem w tym odosobniona? 
W tym zawożeniu jest coś uroczego. Tak naprawdę cały czas ja wożę kogoś (z przyjemnością), ale może, jak czasem ktoś zawiezie mnie, a ja sobie pomarzę, to świat się nie załamie, a mi będzie przyjemniej?…
Jadę z Panem w okularach słonecznych i kraciastej koszuli. Mercedesem ze skórzaną tapicerką. Wszystko gra, radio też.
Nagle Pan przemawia - to o korkach, szybko o pogodzie, by płynnie przejść do zainteresowań. Rozmawiamy więc o filozofii, bo to "wspaniała rzecz". "Tak się można zagłębić, pomyśleć. Ja to tak nie chcę żyć, proszę pani, że wie pani: tylko praca, spanie, pranie, fizjologia". No więc słucham dalej. Czasem się zdarza, że ktoś coś zasłyszał i kokietuje (znane? przerabiane?). Ale Pan T. zrobił mi szybkie streszczenie myśli społecznej… Hegla. I błyskotliwie przełożył to na życie codzienne przeciętnego Kowalskiego: "Postęp poprzedza wojna. Musi być jakieś załamanie. I jak się w to wgłębić, to ten Hegel ma rację! Choćby podczas rozwodu, czy zmiany pracy". Po prostu filozof!
Słucham dalej. Pan T. okazuje się artystą malarzem z bardzo trzeźwym podejściem do swojej twórczości. "Zacząłem, bo mi się to podoba. W ogóle to jest niesamowite, że można coś namalować. Ja najbardziej na świecie chciałbym kiedyś dojść do takiej perfekcji, że mógłbym malować ludzkie twarze. I wtedy nie przejmowałbym się opiniami, tylko bym malował" - powiada. Nie pytał mamy ani siostry, czy jego obrazek jest ładny, tylko sprzedał przez internet i czekał na opinie "obcych". 
- A teraz pan maluje?
- Nie. Ale jeszcze kiedyś zrobię sobie taki czas w życiu, że będę tylko malował. - I się uśmiecha
Przejechaliśmy przez rzekę, za chwilę będziemy na miejscu, ale okazuje się, że Pan T. jest zapalonym żeglarzem. Kupił ledwo zipiącą żaglówkę, samodzielnie ją reanimował, nazwał i pływa z żoną. Mniam po prostu! "Zupełnie jak płk. Kukliński" powiedziałam z zachwytem i oczami wyobraźni zobaczyłam za kółkiem przez moment nieprzyzwoicie przystojnego Marcina Dorocińskiego. Tak mi przykro, że najpierw widzę aktora, a potem dopiero "postać zasadniczą" używając muzycznego żargonu... Głupio, głupio, głupio, ale trudno. 
Opowiada mi o wiatrach, rodzajach drewna, pierwszym wodowaniu i czuć w tym powiew wolności, spełnienia, radości. W starym Mercedesie czuję się jak na pokładzie Titanica, który nie zatonie.

Co Pan robi w tej taksówce??? Dlaczego kelner zasuwa w 3 językach, taksówkarz czyta Hegla i Kanta, a… nie skończę tego zdania, stawiam kropkę.

W drodze powrotnej jadę już niestety z "hej dziewczyno daj buziaka, bo jak nie dasz, będzie draka". Siedzenie niby tak samo wygodne, a jednak trudno się przebić przez keybordową perkusję… W tych dźwiękach nie zatapiając się… tonę!

sobota, 17 maja 2014

Darcie (na) Maksa

Maks - nie bez powodu tak mu na imię. Po prostu maksymalista. Mimo, że jest niedużym pięciolatkiem, jest świadomym Europejczykiem - granic nie zna. Swobodnie pokonuje większość "niemożliwego" lub "zakazanego". Tkwi w nim coś z oprawcy, kiedy staram się prowadzić lekcję, dlatego na własne potrzeby, nazwałam go Maksiem-uwielbiam-gdy-się wkurzasz. W dodatku on wszystko mówi na uśmiechu, jest zawsze spocony i, kiedy mówi robią mu się ślinowe baloniki w kącikach ust, które szybko pękają. Maksiu żyje pełnią życia!
Kiedy tylko zwracam mu uwagę jest z siebie... dumny. Ja zaczynam się denerwować. To go nakręca i jeszcze bardziej mnie zaczyna denerwować. Następnie Maksiu puchnie z dumy, a ja czerwienieję. W kolejnym etapie proszę, żeby się uspokoił, on się śmieje. Mi w ogóle nie jest do śmiechu. Gdybym miała na głowie grzebień koguta, podziobałabym go i wyrzuciła z tego szkolnego kurnika. Po piątej lekcji słyszę już tylko "ko ko ko" na korytarzu. To okropne, wiem, nie znoszę siebie w takich chwilach! Ale czasem czuję, że ja też bywam przebodźcowana… 
Maksiu robi wszystko, żebym wyszła z siebie. Wchodzi na ławkę, pluje sobie w twarz, kładzie się na swoją koleżankę, przewraca przy tym dwie inne i ciągle mówi, że chce iść "siku". Jak dla mnie to czasem zbyt wiele. 
Co robić? Robić ciekawą lekcję. Przynoszę więc liście jesienią, żeby na nich grać. Oczywiście Mocna Księgowa wyśmiewa mnie, że przychodzę z koszyczkiem do szkoły, ale w Pani Mariolce z portierni nie znajdzie sojusznika… 
Lekcja zaczyna się bosko. Jest cisza, błysk w oku. Jeszcze na korytarzu mówię: "Do sali wpadł na przerwie wiatr i coś zostawił, musicie uważnie wejść do środka…".
Super, Maksiu maksymalnie zaczarowany, wszystkie dzieci wchodzą na paluszkach, podziwiają liście leżące na szkolnym parkiecie. Maksiu wytrzymuje na tyle, żeby usiąść. Ufff, siada.
"No i co z tymi liśćmi, proszę pani????" - poczułam się tak, jakbym przedstawiła kiepską ofertę jako telefonistka call center.
I zaczyna się o barwie dźwięku, poszukiwaniach, "co to jest eksperyment?". Niestety ja miałam zawsze słabość do poszukiwań. Sama kiedyś uczestniczyłam w takiej lekcji jako uczennica mojej profesorki. Nie jestem przełomowym nauczycielem. Staram się, ale nie wychodzi mi ta lekcja tak fajnie, jak jej…
Szukamy z dziećmi różnych barw i dźwięków. Idzie nawet niebanalnie. Dynamika się wzmaga, gramy coraz głośniej i głośniej, aż w końcu Maksiu odkrywa… destrukcję. Zaczyna drzeć liście. Drze i drze, ale ja nie przeszkadzam - to przecież też muzyka. Ponadto jest zaangażowanie, jest emocja (i to jaka!) jest PERFORMANCE! maksymalnie nieokiełznany… Maksiu tak się rozkręcił, że trzeba było mu dać skończyć. Nie miałam żadnego planu B w odwodzie. Szał trwał jakieś 2 minuty, reszta idąc za przykładem Maksiarza, zrobiła to samo, ale nawet gdyby chcieli, nie byliby w stanie mu dorównać.
Maksiu się (nieoczekiwanie)…………. zmęczył. Dyszał i sapał, a para z głowy i uśmiechu buchała "ufff i pufff". To był idealny moment na uświadomienie sobie co to wszystko było, co się stało, jakie dźwięki słyszeliśmy itede itepe. 
Szczerze mówiąc byłam tak samo wykończona jak, co najmniej, Maksiu.
Rozglądam się po sali i już wiem, że jeśli nie będzie pani Mariolki portierki, mam burę za bałagan w sali. To nie jest bałagan, to jest PORAŻKA pedagoga. Porozrzucane, podarte liście (bo fajny dźwięk "drrrrr"), wytarte nimi ściany (bo niezwykłe "szur szur"), poprzestawiane ławki (leśny tunel)… Kto to zrozumie… Tylko Mariolka portierka, bo aktualnie czyta biografię Debussy'ego (to temat na osobny rozdział). Może potraktuje to jako impresję jesienną?

Siedzimy w kole, kończymy lekcję, mamy się pożegnać. Marzę, żeby Maksiu już sobie poszedł, żeby rodzice wzięli go do domu, a najlepiej pojechali na miesięczne wakacje na Hawaje! I wtedy Maksiu siada obok mnie spocony, zziajany, ośliniony, rozanielony powiada: 
"Pani jest dzisiaj taka milutka"…

Dzwonek.

czwartek, 15 maja 2014

To nie ja, to nie ja

Jadę do pracy żółtym samochodem. Jest siódma rano, korki jeszcze nie zdążyły wyjść na ulice, a ja jadę sobie i słucham radia. Świat mój jest zwyczajny, a ludzie "wycięci z szarych stron ze środka ksiąg" - zupełnie, jak w piosence. Jadę i nie mogę się napatrzeć na ten zwykły świat. Trudno powiedzieć, że mnie rozpieszcza, ale ostatecznie nie stoję na zmywaku i nie odwiedzam urzędnika tłumacząc mu jak bardzo poszukiwałam pracy i jak trudno ją znaleźć. Jest w porządku. Jadę do Malwinki, Maksia 
i Krzysia i p. Krystyny. Jak mówi poetka dwie przecznice ode mnie - jadę do pracki.
Ale czuję, że to nie jest koniec mojej historii, że czegoś brakuje. Nie umiem tak jechać i nie myśleć o… sobie, o planach, o marzeniach. No bo czego ja właściwie chcę? O co tak naprawdę mi chodzi w tym życiu? Studiowałam tyle lat mądre słowa największych europejskich głów, słucham nadal kolejnych 
i co? 
Konkluzja trochę uderzająca - niestety człowieku, musisz sam rozpoznać co dla ciebie ważne, nie zwalaj na nikogo odpowiedzialności za swoje lenistwo. Rób po swojemu, a przynajmniej spróbuj. 
I szczerze mówiąc nic mnie tak nie przeraża i zarazem nie zachęca, jak to cholerne "spróbuj"...
Jadę, a w tle, być może nieprzypadkowo śpiewa Edzia, że nie jest Ewą. "Teraz już nie jest, ale kiedyś była" - myślę sobie. Z pewnością zapłonęła wielkim płomieniem, tak jak chciała, a i tak krzyczy "to nie ja, to nie ja. nie jaaaaaaa!". Czy spłonęła, czy nie, to jej sprawa. Ważne, żeby zapłonąć. Drę się w tym samochodzie razem z nią "to nie ja, to nie ja" nie wiedząc do końca kim jest i czego chce moje "ja". Wraz z kulminacją emocji widzę się przez chwilę w rzeczywistości Cygana, w której stoję między chłodnym niebem i płonącą od piekła ziemią. "Łooooułoooo" wychodzi raczej kiepsko, ale nikt nie słyszy. Może w ogóle nikt nie usłyszy, ale próbować trzeba. 
Są tacy, którzy płoną. A "jaaaaaaaaa"? 
Dojechałam.

wtorek, 13 maja 2014

Kafe o le!

Jest zimowy, okropny, biało-szary dzień. Zimno, aż palce kostnieją w rękawiczkach. Czapki nie noszę, bo żadna nie pasuje. Swoją drogą to bardzo ciekawe, że co roku kupuję nową w nadziei, że będzie "pasować do wszystkiego", po czym okazuje się, że łudząco przypomina tę z poprzedniego sezonu. Mam zatem mnóstwo szarych, wełnianych nakryć głowy - samotnych, nieznoszonych i niechcianych. A jednak się z nimi nie rozstaję.
Przyjechaliśmy do MIEJSKIEJ SZKOŁY, tutaj jeszcze zimniej. Jest tak paskudnie, że absolutnie nic mi się nie chce. Nie obchodzi mnie ani Tomek, ani Romek z 3c. Powiedzmy sobie to szczerze - jestem zmęczona dojazdami, dziennikiem, pogodą, butami, nie wiem w sumie czym jeszcze. W samochodzie nie odzywam się słowem i na szczęście nie muszę prowadzić. Nie lubię siebie takiej, ale kochać muszę. Pozostaję więc dla siebie pełna miłości. Tylko dla innych jakoś jej nie wystarcza…
Przed lekcjami robię w milczeniu kawę Markowi, Arkowi i sobie. Reszta nauczycieli jak zwykle odmawia, bo każdy trzyma swoją w szafce. Na klucz. Już przestało mi to przeszkadzać. Może kiedyś to się zmieni? Jak Syzyf pytam "a może jednak ktoś się skusi?" i nic. Zawsze pada odpowiedź: "Nie, nie. Mam swoją w szafce". Trudno. Niektórych przyzwyczajeń zmienić się nie da. Co prawda przyjemniej jest wypić kawę w miłym towarzystwie, ale… 
W pokoju nauczycielskim wszyscy na siebie wchodzą, bo swoimi rozmiarami przypomina on garderobę. Podobno kiedyś był większy, ale Wąs zarządził zorganizowanie kolejnej ćwiczeniówki dla pianistów i pokój nauczycieli został znacznie pomniejszony. 
Co prawda trudno się w nim wyciszyć i odpocząć, ale zawsze jest o czym i z kim pogadać. Wyjątkiem jest Tomek od francuskiego, który nie mówi w ogóle. On po prostu jest i go nie ma jednocześnie. Jedynym momentem, kiedy puści parę z ust jest obiad. Jemy, jemy i zjedliśmy, ocieramy kąciki ust a on mnie pyta: "pojadłaś?". "Tak, pojadłam": odpowiadam i nasza urocza konwersacja się kończy. "Dobre było, co?" czasem nieśmiało dodaję "no, całkiem całkiem". Mógłby chociaż powiedzieć, że uwielbia te cudnie doprawione żabie udka (patrz: usmażony drób z rosołu). Mógłby wiele, naprawdę… Kawy Tomek oczywiście nie pija, ma swoją (w szafce na klucz). Ma też swoją śmietankę w proszku i biały cukier, którego Marek nadużywa, a Areczek się brzydzi.
Moje zrezygnowanie udziela się kolegom, wszyscy trwamy w zimowym letargu. 
Na to wchodzi moja muza. 
Kobiety o tak prostym kręgosłupie jeszcze nie widziałam. Ma na imię Krystyna i nikt nie mówi do niej "Krysiu". Na tzw. "oko" ma 52 lata, nie jest szczupła, ale proporcjonalna. Chodzi dumnie z długim warkoczem koloru blond i maluje usta na czerwono lub rudo. Jej głos jest charakterystyczny i zwykle przekazuje wiele myśli na jednym oddechu. Ale nie, nie. Nie jest gadułą, która rozprawia o bzdurach. Nie wiem nawet czy w swojej szafce trzyma kawę rozpuszczalną zachodniej marki…
Krystyna uczy niemieckiego w najmłodszych klasach i dzieci ją kochają mimo, że doskonale słychać jej rozemocjonowany głos już na korytarzu. Tłucze dzieciom niemiecki do głowy bo jest przekonana o tym, że pójdą w świat z der die das na ustach mówiąc, miejmy nadzieję, coś mądrego w ogóle. 
Krystyna weszła z ledwo słyszalnym "Guten Morgen" do pokoju. Zwykle przychodzi godzinę wcześniej i czyta gazetę. Tym razem nie wyciąga ulubionego tygodnika.
Krystyna wyciąga zeszyt, podręcznik, ołówek i kolorowe długopisy. Wygląda na to, że przygotowuje się do lekcji, ale jednak nie… Jeszcze nie zapomniałam jak to jest podglądać czyiś sprawdzian, więc podpatruję co tak zajmuje Krystynę. To francuski…
- Pani Krystyno, pani się uczy francuskiego?
- Tak. Sama pani rozumie. Niemiecki znam bo uczę. Ileż można gadać po "tym" angielsku? Włoski mi jakoś łatwo wszedł, bo to tak, jakbym po łacinie mówiła. Ale ten cholerny francuski…
- Nie podoba się pani??? - i myślę sobie o tym cudnym języku z którego zdawałam maturę i nic już nie pamiętam...
- Inaczej się pisze jak czyta! Nie! Jest okropny! Ą, Ę, Bę, SRĘ! - zamurowało mnie bo zapalczywie wpatruje się w swój zeszyt. Krystyna zajmuje cały stół notatkami, marszczy brwi, przychodzi do szkoły wcześniej, żeby uczyć się francuskiego, który jej się nie (!) podoba…
- To dlaczego się pani uczy francuskiego, Pani Krystyno? 
- No bo co ja mam zrobić, jak ci Francuzi ani be ani me w innych językach? Ja podróżuję sobie z moim mężem (!) i jak trafimy do Francji to chcę rozumieć to, co do mnie mówią. Poza tym… gimnastyka umysłu. Pani tego nie zrozumie… pani jest młoda. I podziewuje sobie porannie, a ja myślę sobie jaka to ja młoda i, z miłości do siebie powiem, że głupia. Bo dlaczego ja się nie uczę choćby "cholernego" chińskiego w okienku??? Dlaczego piję kawę trwając w zimowym letargu?
- Może kawy? - nieśmiało proponuję. Krystyna nawet nie spojrzy na mnie, tak pochłania ją ten "cholerny" francuski. 
- Ach! Tak, Merci! - i po chwili - o! pardĄ, tak, poproszę. Au lait, jeśli można.


poniedziałek, 12 maja 2014

Kiedy Tato robi kanapkę

Zawsze zazdrościłam mojej szkolnej przyjaciółce, że kanapki do szkoły komponuje jej tato. Moje zawsze robiła mama, więc nie wyróżniałam się w klasie niczym. Chyba, że moja była akurat na diecie i w przypływie dbałości zdrowie dostawałam chleb z kiszonym ogórkiem. Chłopacy grzecznie trzymali się wtedy na dystans, a dziewczyny na swój sposób podziwiały mój zdrowy tryb życia…
Gośka nosiła do szkoły biały chleb i zawsze z takim samym obrzydzeniem patrzyła na dzieło swojego ojca marudząc, że "znowu załadował za dużo masła". Zwykle otwierała taką kanapkę, wydłubywała tłuszcz spod szynki i wywracała oczami w geście dezaprobaty. Niestety mojej z ogórkiem nie chciała, chociaż ja pożarłabym to masło "na raz", a ona z pewnością zadowoliłaby się jego brakiem pod kwaśnym ogórkiem. Zamieniać się na kanapki? - wstyd. Tyle, że jej kanapkę komponował jej tato. Była jedyną w klasie osobą, której tato znał się na chemii, pracował w biznesie i smarował rano obficie masłem chleb swojej Gośce. Była jeszcze jedna dziewczyna, której ojciec przygotowywał odżywcze posiłki. Ona dostawała zawsze z jajkiem, bo tato (też inżynier, tak jak mój) uznawał, że "w jajku jest wszystko i ma je jeść". Więc jadła. Kanapek dostawała mnóstwo, więc rozdawała je głodomorom, a tych jakoś nie brakowało.
Zawsze marzyłam o tym, żeby chociaż raz kanapkę zrobił mi właśnie tato. Ale mój rano zawoził mnie do szkoły, a mama przed wyjściem rozdawała przydziały z serem, ogórkiem, szynką i jabłkiem. Tata też dostawał swój srebrny przydział. Organizacja była inna i nikt nie chciał tego zmieniać. Tak było dobrze i już. 
Moi uczniowie co przerwę rozpakowują takie srebrne paczuszki i zawsze zastanawia mnie, czy nie mają za dużo masła. Ale nie zaglądam.

Po niezaplanowanych odwiedzinach mamy i taty pakuję walizkę, drobiazgi i mimo, że absolutnie wszystkich to śmieszy, mama pakuje mi jeszcze jabłka z targu: "przecież taaaakich TAM nie dostaniesz!". W tym momencie ojciec mój, niespodziewanie, bierze nóż do ręki i rozkrawa bułkę. Idzie mu to po inżyniersku - precyzyjnie, miarowo, przemyślanie. Nie wierzę własnym oczom, doczekałam się kanapki… dwupiętrowej z masłem, szynką, chrzanem na pobudkę i w ogóle wszystkim, co "pasowało". Mama trochę zdębiała, ja, nie ukrywam, też. A tata po prostu robił kanapkę i, żeby nie było zbyt słodko powiedział "po co córko masz gdzieś tam jeść byle co? przecież my to wyrzucimy, jak nie zjemy". Mimo to wiem, że wszystko było świeże. Ojciec nie może się rozczulać nad tym, co robi. 
To nic, że jak wzięłam ją do ust, to prawie oczy mi wypłynęły z chrzanowymi łzami. To nic, że bułka biała, że puste kalorie, że wielka. Kanapkę zrobił TATO!!
Do miasta zwanego metropolią jadę ze srebrnym, wyczekanym skarbem. I nic w tym złego, że majonezu więcej niż masła, a masła i tak za dużo. Mama dorzuciła swój kwaśny ogórek "dla złamania smaku", więc niczego nie brakuje. Przypominam sobie Gośkę wydłubującą nadmiar tłuszczu z licealnej kompozycji. Ja na swoją czekałam dużo dłużej, ale się doczekałam i niczego nie zmieniam.
Nie sposób zasnąć w drodze, kiedy ma się przy sobie taką ilość życiodajnej energii. Mam nadzieję, że moim uczniom tak samo jak i mnie, wracają siły po szkolnym drugim śniadaniu. Bo to daje wielką siłę…
Dla wtajemniczonych - jestem kanapką, nie szklanym naczyniem :)

środa, 7 maja 2014

buty i stara torebka

To jeden z tych dni, kiedy myślę sobie "co za pech", bo ujrzałam stan konta bankowego. I mam tylko jedną kartę. Zwykłą. 

Wtedy, mimo wszystko, moją uwagę zwykle zwracają buty na wystawie, ładna sukienka, albo, co gorsza, płaszcz. Buty też nie są świetnym rozwiązaniem, bo zwykle skórzane, na wysokim obcasie i... nie można nie kupić (chyba, że środków wystarcza na jedno espresso).

Wchodzę do sklepu, biorę do ręki te skórzane cudeńka i po pierwsze odwracam podeszwą do góry, by zmierzyć się z metką. A ta po prostu się ze mnie śmieje i śmieje się cały świat. Widzę tę trzycyfrową cenę z zerami po przecinku i nie mogę zrozumieć dlaczego nie podają jej po denominacji… W końcu już minęło tyle lat! Ale co tam - przymierzam, paraduję po sklepie. Sprzedawczynie są dwie: zła i dobra. Jedna oschła i dająca do zrozumienia, że z pewnością mnie na te buty nie stać (i ma rację), a druga zachwala: a to, że "do mnie pasują" (jak zapewne każde inne z tego sklepu za podobną cenę), potem, że "schodzą jak świeże bułeczki" (tyle, że ja bym chciała, żeby nikt nie miał takich samych butów jak ja!), a kiedy kręcę nosem słyszę "proszę się spokojnie zastanowić, może wody? albo stópkę?". I mimo, że doskonale rozpoznaję te mechanizmy i tak wychodzę z kartonem butów na wysokim obcasie, które w kryzysie kobiecości wywołanej krzykiem, dresową bluzą i przygarbieniem, okazują się być najlepszym lekiem "na całe zło". Cokolwiek to "całe zło" oczywiście oznacza. Jedynym usprawiedliwieniem jest "made in italy", a nie "in china". Bosko, od razu inaczej idę.
Scena jak z filmu: stara, pełna zmiętych paragonów torebka, piękne buty i ja, wyższa o całe 9 cm!, wychodzimy do świata. Jest w tym coś wartego uwagi, że nie kompletuje się już torebki z butami. Tak po prostu wychodzi - jestem (niechcący) modna! Cały świat rzuca się do moich stóp, w marzeniach odnoszę sukces. Wyobrażam sobie, że Krzysiek wreszcie napisał dyktando, a Piotrek z II c oduczył się dłubania w nosie, że moje wypociny czyta cały świat, że zarabiam z przyjemnością i, że inni z przyjemnością spędzają ze mną czas. 
I trach. Okazuje się, że trzeba odrobić zaległe zadanie domowe. SZKOŁA! W nowych, czy w starych butach - muszę włączyć komputer, otworzyć e-dziennik i uzupełnić braki. Nogi mi się uginają na samą myśl, bo nie pamiętam, czy Malwinka była obecna na mojej lekcji dwa miesiące temu we czwartek, co dokładnie zrealizowałam dziesiątego października. W tych chwilach przypominam sobie stres przed każdą lekcją matmy, jak się okazywało, że mieliśmy rozwiązać zadania od 1 do 7 ze strony 49 a nie tylko nr 1 i nr 7…  
Ale tańczę sobie moimi "made in italy" w parze ze starą torebką, oglądają się za mną tylko sklepowe witryny. 
I chyba nie jestem osamotniona bo w drodze do domu co chwilę mijam jakąś (stosunkowo) "młodą" z kartonem pod pachą, w nowych butach, z wyświechtaną torebką na ramieniu. Oczywiście rozmawia przez telefon i, oczywiście, obie odgarniamy długie włosy jak gwiazdy filmowe. To nic, że pokój wynajęty i dojazd do pracy daleki (ja mam jeszcze e-dziennik na głowie). Inaczej się odgarnia włosy w nowych butach, prawda?