Jadę do pracy żółtym samochodem. Jest siódma rano, korki jeszcze nie zdążyły wyjść na ulice, a ja jadę sobie i słucham radia. Świat mój jest zwyczajny, a ludzie "wycięci z szarych stron ze środka ksiąg" - zupełnie, jak w piosence. Jadę i nie mogę się napatrzeć na ten zwykły świat. Trudno powiedzieć, że mnie rozpieszcza, ale ostatecznie nie stoję na zmywaku i nie odwiedzam urzędnika tłumacząc mu jak bardzo poszukiwałam pracy i jak trudno ją znaleźć. Jest w porządku. Jadę do Malwinki, Maksia
i Krzysia i p. Krystyny. Jak mówi poetka dwie przecznice ode mnie - jadę do pracki.
Ale czuję, że to nie jest koniec mojej historii, że czegoś brakuje. Nie umiem tak jechać i nie myśleć o… sobie, o planach, o marzeniach. No bo czego ja właściwie chcę? O co tak naprawdę mi chodzi w tym życiu? Studiowałam tyle lat mądre słowa największych europejskich głów, słucham nadal kolejnych
i co?
Konkluzja trochę uderzająca - niestety człowieku, musisz sam rozpoznać co dla ciebie ważne, nie zwalaj na nikogo odpowiedzialności za swoje lenistwo. Rób po swojemu, a przynajmniej spróbuj.
I szczerze mówiąc nic mnie tak nie przeraża i zarazem nie zachęca, jak to cholerne "spróbuj"...
Jadę, a w tle, być może nieprzypadkowo śpiewa Edzia, że nie jest Ewą. "Teraz już nie jest, ale kiedyś była" - myślę sobie. Z pewnością zapłonęła wielkim płomieniem, tak jak chciała, a i tak krzyczy "to nie ja, to nie ja. nie jaaaaaaa!". Czy spłonęła, czy nie, to jej sprawa. Ważne, żeby zapłonąć. Drę się w tym samochodzie razem z nią "to nie ja, to nie ja" nie wiedząc do końca kim jest i czego chce moje "ja". Wraz z kulminacją emocji widzę się przez chwilę w rzeczywistości Cygana, w której stoję między chłodnym niebem i płonącą od piekła ziemią. "Łooooułoooo" wychodzi raczej kiepsko, ale nikt nie słyszy. Może w ogóle nikt nie usłyszy, ale próbować trzeba.
Są tacy, którzy płoną. A "jaaaaaaaaa"?
Dojechałam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz