Zawsze zazdrościłam mojej szkolnej przyjaciółce, że kanapki do szkoły komponuje jej tato. Moje zawsze robiła mama, więc nie wyróżniałam się w klasie niczym. Chyba, że moja była akurat na diecie i w przypływie dbałości zdrowie dostawałam chleb z kiszonym ogórkiem. Chłopacy grzecznie trzymali się wtedy na dystans, a dziewczyny na swój sposób podziwiały mój zdrowy tryb życia…
Gośka nosiła do szkoły biały chleb i zawsze z takim samym obrzydzeniem patrzyła na dzieło swojego ojca marudząc, że "znowu załadował za dużo masła". Zwykle otwierała taką kanapkę, wydłubywała tłuszcz spod szynki i wywracała oczami w geście dezaprobaty. Niestety mojej z ogórkiem nie chciała, chociaż ja pożarłabym to masło "na raz", a ona z pewnością zadowoliłaby się jego brakiem pod kwaśnym ogórkiem. Zamieniać się na kanapki? - wstyd. Tyle, że jej kanapkę komponował jej tato. Była jedyną w klasie osobą, której tato znał się na chemii, pracował w biznesie i smarował rano obficie masłem chleb swojej Gośce. Była jeszcze jedna dziewczyna, której ojciec przygotowywał odżywcze posiłki. Ona dostawała zawsze z jajkiem, bo tato (też inżynier, tak jak mój) uznawał, że "w jajku jest wszystko i ma je jeść". Więc jadła. Kanapek dostawała mnóstwo, więc rozdawała je głodomorom, a tych jakoś nie brakowało.
Zawsze marzyłam o tym, żeby chociaż raz kanapkę zrobił mi właśnie tato. Ale mój rano zawoził mnie do szkoły, a mama przed wyjściem rozdawała przydziały z serem, ogórkiem, szynką i jabłkiem. Tata też dostawał swój srebrny przydział. Organizacja była inna i nikt nie chciał tego zmieniać. Tak było dobrze i już.
Moi uczniowie co przerwę rozpakowują takie srebrne paczuszki i zawsze zastanawia mnie, czy nie mają za dużo masła. Ale nie zaglądam.
Po niezaplanowanych odwiedzinach mamy i taty pakuję walizkę, drobiazgi i mimo, że absolutnie wszystkich to śmieszy, mama pakuje mi jeszcze jabłka z targu: "przecież taaaakich TAM nie dostaniesz!". W tym momencie ojciec mój, niespodziewanie, bierze nóż do ręki i rozkrawa bułkę. Idzie mu to po inżyniersku - precyzyjnie, miarowo, przemyślanie. Nie wierzę własnym oczom, doczekałam się kanapki… dwupiętrowej z masłem, szynką, chrzanem na pobudkę i w ogóle wszystkim, co "pasowało". Mama trochę zdębiała, ja, nie ukrywam, też. A tata po prostu robił kanapkę i, żeby nie było zbyt słodko powiedział "po co córko masz gdzieś tam jeść byle co? przecież my to wyrzucimy, jak nie zjemy". Mimo to wiem, że wszystko było świeże. Ojciec nie może się rozczulać nad tym, co robi.
To nic, że jak wzięłam ją do ust, to prawie oczy mi wypłynęły z chrzanowymi łzami. To nic, że bułka biała, że puste kalorie, że wielka. Kanapkę zrobił TATO!!
Do miasta zwanego metropolią jadę ze srebrnym, wyczekanym skarbem. I nic w tym złego, że majonezu więcej niż masła, a masła i tak za dużo. Mama dorzuciła swój kwaśny ogórek "dla złamania smaku", więc niczego nie brakuje. Przypominam sobie Gośkę wydłubującą nadmiar tłuszczu z licealnej kompozycji. Ja na swoją czekałam dużo dłużej, ale się doczekałam i niczego nie zmieniam.
Nie sposób zasnąć w drodze, kiedy ma się przy sobie taką ilość życiodajnej energii. Mam nadzieję, że moim uczniom tak samo jak i mnie, wracają siły po szkolnym drugim śniadaniu. Bo to daje wielką siłę…
Dla wtajemniczonych - jestem kanapką, nie szklanym naczyniem :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz