Bywa, że człowieka ogarnia tak uciążliwe zmęczenie, że nie jest w stanie na ten przykład prowadzić samochodu. W wielkim polskim mieście chwila nieuwagi może spowodować bardzo duże szkody. Najpierw czeka się co najmniej 7 min na to, aż ktoś wspaniałomyślnie dopuści do włączenia się do ruchu, a potem? Drżysz o swój lakier, więc przyspieszasz wzorując się na innych. W ten sposób pasujesz do reszty.
Mam ogromne szanse spóźnić się na ważne wydarzenie, więc jadę… taksówką. Czynię to niezwykle rzadko, ale ilekroć mi się to zdarza, marzę sobie (bardzo prywatnie), że zawsze tak jest - że mam Pana Woźnicę. Czy to złe?
A może wcale nie jestem w tym odosobniona?
W tym zawożeniu jest coś uroczego. Tak naprawdę cały czas ja wożę kogoś (z przyjemnością), ale może, jak czasem ktoś zawiezie mnie, a ja sobie pomarzę, to świat się nie załamie, a mi będzie przyjemniej?…
Jadę z Panem w okularach słonecznych i kraciastej koszuli. Mercedesem ze skórzaną tapicerką. Wszystko gra, radio też.
Nagle Pan przemawia - to o korkach, szybko o pogodzie, by płynnie przejść do zainteresowań. Rozmawiamy więc o filozofii, bo to "wspaniała rzecz". "Tak się można zagłębić, pomyśleć. Ja to tak nie chcę żyć, proszę pani, że wie pani: tylko praca, spanie, pranie, fizjologia". No więc słucham dalej. Czasem się zdarza, że ktoś coś zasłyszał i kokietuje (znane? przerabiane?). Ale Pan T. zrobił mi szybkie streszczenie myśli społecznej… Hegla. I błyskotliwie przełożył to na życie codzienne przeciętnego Kowalskiego: "Postęp poprzedza wojna. Musi być jakieś załamanie. I jak się w to wgłębić, to ten Hegel ma rację! Choćby podczas rozwodu, czy zmiany pracy". Po prostu filozof!
Słucham dalej. Pan T. okazuje się artystą malarzem z bardzo trzeźwym podejściem do swojej twórczości. "Zacząłem, bo mi się to podoba. W ogóle to jest niesamowite, że można coś namalować. Ja najbardziej na świecie chciałbym kiedyś dojść do takiej perfekcji, że mógłbym malować ludzkie twarze. I wtedy nie przejmowałbym się opiniami, tylko bym malował" - powiada. Nie pytał mamy ani siostry, czy jego obrazek jest ładny, tylko sprzedał przez internet i czekał na opinie "obcych".
- A teraz pan maluje?
- Nie. Ale jeszcze kiedyś zrobię sobie taki czas w życiu, że będę tylko malował. - I się uśmiecha
Przejechaliśmy przez rzekę, za chwilę będziemy na miejscu, ale okazuje się, że Pan T. jest zapalonym żeglarzem. Kupił ledwo zipiącą żaglówkę, samodzielnie ją reanimował, nazwał i pływa z żoną. Mniam po prostu! "Zupełnie jak płk. Kukliński" powiedziałam z zachwytem i oczami wyobraźni zobaczyłam za kółkiem przez moment nieprzyzwoicie przystojnego Marcina Dorocińskiego. Tak mi przykro, że najpierw widzę aktora, a potem dopiero "postać zasadniczą" używając muzycznego żargonu... Głupio, głupio, głupio, ale trudno.
Opowiada mi o wiatrach, rodzajach drewna, pierwszym wodowaniu i czuć w tym powiew wolności, spełnienia, radości. W starym Mercedesie czuję się jak na pokładzie Titanica, który nie zatonie.
Co Pan robi w tej taksówce??? Dlaczego kelner zasuwa w 3 językach, taksówkarz czyta Hegla i Kanta, a… nie skończę tego zdania, stawiam kropkę.
W drodze powrotnej jadę już niestety z "hej dziewczyno daj buziaka, bo jak nie dasz, będzie draka". Siedzenie niby tak samo wygodne, a jednak trudno się przebić przez keybordową perkusję… W tych dźwiękach nie zatapiając się… tonę!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz