wtorek, 13 maja 2014

Kafe o le!

Jest zimowy, okropny, biało-szary dzień. Zimno, aż palce kostnieją w rękawiczkach. Czapki nie noszę, bo żadna nie pasuje. Swoją drogą to bardzo ciekawe, że co roku kupuję nową w nadziei, że będzie "pasować do wszystkiego", po czym okazuje się, że łudząco przypomina tę z poprzedniego sezonu. Mam zatem mnóstwo szarych, wełnianych nakryć głowy - samotnych, nieznoszonych i niechcianych. A jednak się z nimi nie rozstaję.
Przyjechaliśmy do MIEJSKIEJ SZKOŁY, tutaj jeszcze zimniej. Jest tak paskudnie, że absolutnie nic mi się nie chce. Nie obchodzi mnie ani Tomek, ani Romek z 3c. Powiedzmy sobie to szczerze - jestem zmęczona dojazdami, dziennikiem, pogodą, butami, nie wiem w sumie czym jeszcze. W samochodzie nie odzywam się słowem i na szczęście nie muszę prowadzić. Nie lubię siebie takiej, ale kochać muszę. Pozostaję więc dla siebie pełna miłości. Tylko dla innych jakoś jej nie wystarcza…
Przed lekcjami robię w milczeniu kawę Markowi, Arkowi i sobie. Reszta nauczycieli jak zwykle odmawia, bo każdy trzyma swoją w szafce. Na klucz. Już przestało mi to przeszkadzać. Może kiedyś to się zmieni? Jak Syzyf pytam "a może jednak ktoś się skusi?" i nic. Zawsze pada odpowiedź: "Nie, nie. Mam swoją w szafce". Trudno. Niektórych przyzwyczajeń zmienić się nie da. Co prawda przyjemniej jest wypić kawę w miłym towarzystwie, ale… 
W pokoju nauczycielskim wszyscy na siebie wchodzą, bo swoimi rozmiarami przypomina on garderobę. Podobno kiedyś był większy, ale Wąs zarządził zorganizowanie kolejnej ćwiczeniówki dla pianistów i pokój nauczycieli został znacznie pomniejszony. 
Co prawda trudno się w nim wyciszyć i odpocząć, ale zawsze jest o czym i z kim pogadać. Wyjątkiem jest Tomek od francuskiego, który nie mówi w ogóle. On po prostu jest i go nie ma jednocześnie. Jedynym momentem, kiedy puści parę z ust jest obiad. Jemy, jemy i zjedliśmy, ocieramy kąciki ust a on mnie pyta: "pojadłaś?". "Tak, pojadłam": odpowiadam i nasza urocza konwersacja się kończy. "Dobre było, co?" czasem nieśmiało dodaję "no, całkiem całkiem". Mógłby chociaż powiedzieć, że uwielbia te cudnie doprawione żabie udka (patrz: usmażony drób z rosołu). Mógłby wiele, naprawdę… Kawy Tomek oczywiście nie pija, ma swoją (w szafce na klucz). Ma też swoją śmietankę w proszku i biały cukier, którego Marek nadużywa, a Areczek się brzydzi.
Moje zrezygnowanie udziela się kolegom, wszyscy trwamy w zimowym letargu. 
Na to wchodzi moja muza. 
Kobiety o tak prostym kręgosłupie jeszcze nie widziałam. Ma na imię Krystyna i nikt nie mówi do niej "Krysiu". Na tzw. "oko" ma 52 lata, nie jest szczupła, ale proporcjonalna. Chodzi dumnie z długim warkoczem koloru blond i maluje usta na czerwono lub rudo. Jej głos jest charakterystyczny i zwykle przekazuje wiele myśli na jednym oddechu. Ale nie, nie. Nie jest gadułą, która rozprawia o bzdurach. Nie wiem nawet czy w swojej szafce trzyma kawę rozpuszczalną zachodniej marki…
Krystyna uczy niemieckiego w najmłodszych klasach i dzieci ją kochają mimo, że doskonale słychać jej rozemocjonowany głos już na korytarzu. Tłucze dzieciom niemiecki do głowy bo jest przekonana o tym, że pójdą w świat z der die das na ustach mówiąc, miejmy nadzieję, coś mądrego w ogóle. 
Krystyna weszła z ledwo słyszalnym "Guten Morgen" do pokoju. Zwykle przychodzi godzinę wcześniej i czyta gazetę. Tym razem nie wyciąga ulubionego tygodnika.
Krystyna wyciąga zeszyt, podręcznik, ołówek i kolorowe długopisy. Wygląda na to, że przygotowuje się do lekcji, ale jednak nie… Jeszcze nie zapomniałam jak to jest podglądać czyiś sprawdzian, więc podpatruję co tak zajmuje Krystynę. To francuski…
- Pani Krystyno, pani się uczy francuskiego?
- Tak. Sama pani rozumie. Niemiecki znam bo uczę. Ileż można gadać po "tym" angielsku? Włoski mi jakoś łatwo wszedł, bo to tak, jakbym po łacinie mówiła. Ale ten cholerny francuski…
- Nie podoba się pani??? - i myślę sobie o tym cudnym języku z którego zdawałam maturę i nic już nie pamiętam...
- Inaczej się pisze jak czyta! Nie! Jest okropny! Ą, Ę, Bę, SRĘ! - zamurowało mnie bo zapalczywie wpatruje się w swój zeszyt. Krystyna zajmuje cały stół notatkami, marszczy brwi, przychodzi do szkoły wcześniej, żeby uczyć się francuskiego, który jej się nie (!) podoba…
- To dlaczego się pani uczy francuskiego, Pani Krystyno? 
- No bo co ja mam zrobić, jak ci Francuzi ani be ani me w innych językach? Ja podróżuję sobie z moim mężem (!) i jak trafimy do Francji to chcę rozumieć to, co do mnie mówią. Poza tym… gimnastyka umysłu. Pani tego nie zrozumie… pani jest młoda. I podziewuje sobie porannie, a ja myślę sobie jaka to ja młoda i, z miłości do siebie powiem, że głupia. Bo dlaczego ja się nie uczę choćby "cholernego" chińskiego w okienku??? Dlaczego piję kawę trwając w zimowym letargu?
- Może kawy? - nieśmiało proponuję. Krystyna nawet nie spojrzy na mnie, tak pochłania ją ten "cholerny" francuski. 
- Ach! Tak, Merci! - i po chwili - o! pardĄ, tak, poproszę. Au lait, jeśli można.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz