Po co, na co i dlaczego akurat POLKA zła? Mama, matka, mateczka, mamuś. Kiepsko brzmi tylko "mamaaa" z zaśpiewem na ostatnią głoskę.
"Mamo, nie dzwoń codziennie, mam tyle na głowie", "Tak, zjadłam coś ciepłego, głodna nie chodzę! Mamo, za chwilę mam trzydziestkę i dbam o zdrowie", "Tak, mam (jeszcze) pieniądze...", "Nie, nie, głos w porządku, wszystko okej, nie przejmuj się". To tylko kilka urywków z rozmów kobiet pięknych, młodych, wyemancypowanych, ze starą maturą i starą torebką. Mama dzwoni i prześwietla Cię w trzy sekundy, jak Sherkock podejrzliwa, jak Kodżak błyskotliwa i jak Gadżet pomysłowa. Jest bowiem mnóstwo sposobów na poradzenie sobie w każdej trudnej sytuacji, bo "nie ma, DZIECKO, sytuacji bez wyjścia".
Czasem jasność myślenia spływa jak grom z jasnego nieba (swoją drogą jaśniej już się nie da…) i pojawia się myśl tyle odkrywcza, co banalna. Oto ona: Mama oswaja rzeczywistość. I nie ma drugiej osoby, która robiłaby to z tak głębokim przekonaniem. Matczyna miłość nie potrafi oswajać bez przekonania. Choćby umierała ze strachu, mama pokona siebie… dla ciebie. Bo potrafi wznieść się na wyżyny pracując dla Ciebie, rezygnując z tej pracy, gotując po raz setny tę samą zupę, której nie cierpi, a którą TY lubisz, idąc ciemną ulicą, żeby Cię znaleźć, kiedy zbyt długo nie wracasz. To jest mama.
To od matki usłyszysz: "niczym się nie przejmuj, spróbuj", a nie "spójrz na to realnie, jest niewesoło, nie poradzisz sobie". To mama powie, że jesteś śliczna, nawet, jak nie możesz schudnąć ani grama
i wyglądasz jak pączuch w smalcu... Z czerwonej plamy na obrusie zrobi wieczny podstawek pod wazon, a z tłustej - pod kosz z jabłkami. Wzruszy ramionami, a potem kupi taki, który nie przyjmuje plam "i już".
I to ona jest pierwszym katalogiem mody małej dziewczynki.
Pamiętam, jak moja mama rano szykowała się do pracy. Ja, smarkata, razem ze starszymi siostrami, podglądałam i też się malowałam pod stołem. Nie pozwoliłam sobie na chodzenie w spodniach (mama chodziła oczywiście w spódnicy). Kręciła włosy na rozgrzaną lokówkę, paliła papierosa i popijała czarną kawę. W międzyczasie domalowywała usta, oczy i policzki (pudrem Yardleja) i… "tylko nie podchodź za blisko do tej gorrrrącej lokówki". I nieważne, że lusterko lekko do wymiany, że nie miała toaletki z prawdziwego zdarzenia. Przez te 10 min. była dla nas wszystkim damą z obrazów Axentowicza.
Ale najważniejsze jest właśnie to oswajanie rzeczywistości. Z mamą jakoś łatwiej coś naprawić, odważyć się, nie zwariować od podniosłości chwili. Bo zawsze usłyszy się "No daj spokój, przecież to wcale nie jest aż tak daleko, wysłać Ci kabanosy od p. Mariolki?. Oczywiście nie chcę żadnych kabanosów od Mariolki, ale przechodzi mnie dreszcz na myśl, że kiedyś tego pytania zabraknie. Bo z ust każdej innej osoby nie będzie już miało ono czarodziejskiej mocy umami...
Wychodzę z super nowoczesnego pociągu z "mega super hit wypasionym" laptopem. Wokół mnie wiele młodych osób z super nowoczesnymi telefonami, okularami i trampkami. Jak na zawołanie, bez umawiania chwytamy za super czułe na dotyk (co za czasy!) telefony, a nasze słowa odbijają się jakby od siebie dworcowym echem: "dojechałam".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz