czwartek, 18 grudnia 2014

Tekla

Tekla. Tak właśnie ma na imię kolejna moja ulubienica. 
Za każdym razem, kiedy wchodzi na lekcję, zastanawiam się co ona w ogóle robi w szkole muzycznej. "Co ona w ogóle robi w szkole?" to kolejna, jeszcze ciekawsza kwestia. 
Tekla jest dziewięcioletnim posągiem. Popiersiem. Gają i Demeter w jednej osobie. Afrodytą, archetypem, Ariadną, Baronową. Ta mityczna zjawa, jeśli tylko pojawi się na lekcji, wprowadza święty duch spokoju, a nawet lekki smrodek lenistwa.
Wszelkie próby świadomego nauczania skazane są z góry na porażkę, bo Tekla, uwaga, jest ponad to.  Nie mogę powiedzieć, że jest filozofem, bo ten musi ściśle i konsekwentnie myśleć - krok po kroku. Tekla pływa między pojęciami, pytania uroczo zbywa stwierdzeniem "nie widzę różnicy" teatralnie zawieszając wzrok na portrecie Chopina. 

Ach...

Tekla jest skrzypaczką. Jej nauczycielka przed każdą lekcją pije melisę. Trudno jej nie zrozumieć, bo Tekla uparcie gra swoje. Każdą fałszywą nutę akceptuje z należytym szacunkiem i mocno się z nią zżywa. Oczywiście całym, wielkim, ciepłym i tętniącym sercem kocha muzykę. To samo wielkie serce kocha obrazy (nieważne czyje), kocha przyrodę (nieważne jaką), kocha zwierzęta - im bardziej pokrzywdzone i zapomniane przez świat, tym lepiej.

Biedna, dziś znów musi iść do szkoły. 
"Kiedy to się wreszcie skończy? Kiedy będę mogła WRESZCIE zrobić coś istotnego?" - pytania zamącają jej myśli.
Płótno czeka na wyszycie kwiatów, należy oberwać zeschnięte gałązki paproci stojącej w salonie. I trzeba napić się herbaty w przyzwoitym towarzystwie, omówić losy Połanieckich, zadbać o los porzuconych przez świat myszy i pajączków... 

Jej ciemny i powolny głos z pewnością zapisze się w historii świata jako ten, który, nie znosząc sprzeciwu, wskaże wartości, obroni uciskanych, nada głębi płytkiemu rozumowi.
Bo najważniejsze to przecież pokój i miłość do świata. 
Technologia? Nauka? ORTOGRAFIA? - "nie widzę różnicy, to wszystko skomplikowane".

wtorek, 16 grudnia 2014

Błogie '90 - Barbie

W obliczu postępujących zmian systemowych, nie sposób było pozostać tym samym człowiekiem. Zmieniało się wszystko i wszyscy - na wyścigi.
Zamiast przaśnej kapusty kiszonej zaczęliśmy jadać cytrynę, ziemniaki zastąpiły frytki, a czerwone jabłuszko wyparło zielone, kwaśne, okrągłe "coś z naklejką", po zjedzeniu którego, przez całe popołudnie bolał brzuch. I wreszcie, w każdym szanującym się, nowoczesnym domu miejsce znalazła... mikrofalówka. Sprzęt, który niczym ludzki żołądek dokonywał pierwszego trawienia i z powodzeniem, nawet kilka razy, odgrzewał kotlety. 

Pod przestronnym i wysoko sufitowym mieszkaniem babci Tereski, powstał bar. Nagle i niespodziewanie, obok mlecznego za rogiem wyrosła dziewczyna z wybielonym uśmiechem, trzymająca tacę, a na niej hamburgera. I wcale nie była chuda.
Bar-bie.
Barbie.
Żaden mleczny, przaśny z pomidorową w roli głównej.
To był czerwony bar z plastikową ladą i metalowymi krzesełkami z czarną skóro-podobną okrągłą poduszką do siedzenia.

W barze tym spotykała się elita przydrożna i gawędziła po łacinie, nad wyraz ekspresyjnie. Za ladą stała pani, która podawała strawę pachnącą innym, nieznanym światem - wysmażony olej spływający po kotlecie, jakiś pomidor przerobiony na miazgę, bułka z sezamem, nieśmiała sałata i kawał cebuli.
Barbie serwowała pierwsze polskie hamburgery! Cudowne, tłuste, wielkie, często z surówką z czerwonej kapusty.
Trudno o takiego w barze zwanym Restauracją.

Barbie zachęcała zapachem, smakiem, białym papierkiem z czerwonym, firmowym napisem. Oczywiście na każdej ścianie były lustra, można było więc obserwować się z każdej strony podczas jedzenia. Kelnerka z niebieską powieką mówiła, jak dawniej, "proszszsz" i wywracała oczami, kiedy musiała chwilę zaczekać "na drobne". Zamiast Coca-Coli nadal piło się Pepsi w szklanej butelce i przepraszało niebieską powiekę, że musi czekać.
Babcia łapała się za głowę, że takie coś w ogóle ktoś je, ale... no właśnie. Nie było alternatywy, bo babcine zupy pokornie jadła tylko jej synowa - moja matka, dyplomatka z ogromnym poczuciem taktu.
W barze zawsze siedział Rychu z podbitym i Szef z łańcuchem typu GOLD, ale nikt mnie nie zaczepiał, tylko pytali, czy idę do babci. Nie wiem, może ona zaczepiała ich w pełni świadoma jak okropnie gotuje i, że nie mogę być cały czas najedzona... 

Barbie nie pretendowała do bycia jednocześnie chudym i najedzonym, naturalnym białkiem i mikroelementami. Była po prostu plastikowa, lekko zmęczona, ale kolorowa.
Dziś już nie ma Barbie, jest za to nie jeden bar zwany Restauracją, a w znanych miejscach pojawiają się bary z kotletem na niby
Tamten był jeszcze prawdziwy, choć już troszkę zmodyfikowany...

Ale o tym - kolejna historia.










niedziela, 7 grudnia 2014

Zmęczony i kolęda



Spokojnie, do Świąt jeszcze trochę.
Szkoła jednak zawsze działa z wyprzedzeniem. Tak robiła od lat i nic się tu nie zmieni. Świątecznego Ducha wyczuwa już każdy uczeń oczekując przyjścia Wybawiciela, który zwalnia z lekcji całą klasę, całą szkołę i w ogóle wszystkie dzieci - hura.

Wybawiciel i kolęda...

Do klasy wchodzi Tomek Zmęczony. Trudno o inne imię. Uczę go, gdy zapada zmierzch, a on przy każdym uderzeniu w klawisz, ciężko wzdycha. Żadnego błysku w oku, żadnego "ale fajnie", za to wiecznie zniechęcone "nie wiem" i ciemność pod oczami. Zmęczony siada do klawiatury automatycznie skręcając kręgosłup jak krewetka i czeka, aż "coś" się wydarzy wyglądając "spode łba". Zwykle wtedy coś gram, ale nie tym razem.
Bardzo mu współczuję. Nie wiem, czy sama wytrzymałabym życie w takim natłoku obowiązków i presji nieustannego oceniania. Patrzę na te oczy i życzę im, żeby natychmiast ziemia przyspieszyła i Wigilia nastała nazajutrz, a potem znów zwolniła bieg, aż do 1-go stycznia. 
Nie o tym jednak.

Proponuję Zmęczonemu granie kolęd. "Znasz? Śpiewasz? Którą lubisz?" pytam zwyczajnie.
Niestety, Zmęczony nie wie o czym do niego mówię, a przerażenie w jego oczach przybiera olbrzymie rozmiary. "A wiesz co to kolęda?" ciągnę. Wtem następuje moment olśnienia przypieczętowany długim "a!!!". "Tak, no przecież" i Zmęczony daje sobie za przeproszeniem "w łeb". Niestety nie dzieli się ze mną swoją wiedzą. 
Ponownie zapada milczenie.
-No dobrze - powiadam - Kolęda to taka tradycyjna piosenka, którą wykonuje się tylko w okresie świątecznym. - I znów olśnienie, "aaa!!!" i samodzielny "buch w łeb". 
- No właśnie, to może zaśpiewasz jakąś kolędę i spróbujemy ją zagrać? Co Ty na to? Tak bez nut, jakbyśmy po raz pierwszy słuchali jakiejś piosenki i chcieli ją od razu zagrać.
- Oj, to będzie trudne - ciężko wzdycha Zmęczony i drapie się po głowie - ale po angielsku?
Szczerze mówiąc w ogóle nie przyszłoby mi do głowy, żeby Zmęczonego torturować angielskim na lekcji fortepianu.
- Nie, po polsku. - odpowiadam
- Oj, to nie wiem... Znam tylko "Chwała na Wysokości"
- Ach! Czyli "Przybieżeli do Betlejem"! Świetnie!
Zmęczony się niecierpliwi.
- Nie, tego nie znam. Mówiłem już "Chwała na Wysokości"! - i tu się już wystraszyłam, że tym razem w "łeb" dostanę i ja.
- Kiedy właśnie to ta sama kolęda. Bardzo piękna i bardzo znana. Posłuchaj.
Nauka nie idzie łatwo, ale okazuje się, że ta ograna z każdej strony kolęda, na dodatek polska i bez angielskich podtekstów i przypisów, brzmi całkiem nieźle. Gramy sobie na cztery ręce, albo na dwie - każdy prawą, albo lewą.


Zmęczonemu udaje się przetrwać i nawet na moment zapomina o tym, jak ciężki czeka go jutro dzień - szachy, basen, akrobatyka, judo, polski, kaligrafia, eksperyment na przyrodę i apel po trzeciej lekcji z oceną z zachowania...
W końcu nadchodzi  wyczekany przez Zmęczonego moment KOŃCA.

- Wie Pani co? Gdybym chodził nie do 1a tylko do 1c, to bym umiał te kolędy. W "c"  jest taka pani w rudych włosach i oni się uczą tych piosenek. Ja ich tylko trochę podsłuchuję na przerwie.

Zmęczony założył na ramię swój tornister, upewnił się, że jego sto osiemdziesiąt zeszytów i dziesięć grubych książek nadal są na miejscu i poszedł do domu skontrolować eksperyment na "przyrodę". Tornister, podobnie jak oczekiwania świata, przerastają go i wbijają mocno w ziemię. 

A kolęda, choć niewidzialna, gdzieś mu brzdąka swoje frazy i nie potrzebuje żadnych eksperymentów, tylko, jak się okazuje, fajnej pani z "c".

środa, 3 grudnia 2014

O, Kulturo.



Była sobie raz i kiedyś Kultura. Nie mieszkała za górami, ani lasami, tylko miedzy ludźmi. Potrzebowano jej na co dzień i od święta. Niektórzy widzieli ją w teatrze, inni podczas koncertu, 
a byli i tacy, co mieli ją zawsze i nie opuszczali nawet, gdy pili.
Prostolinijna, szczera, mówiła językiem zrozumiałym, choć każdy rozumiał go inaczej. Ci, zza drugiej strony rzeki mówili z sobą na migi, nie rozumieli dźwięków. Mimo to, Jej mowa była dla nich zrozumiała. Zachwyciwszy się ruchem jej warg i okrągłą gestykulacją, siadali na brzegu i niby nie słysząc, słuchali.

I tak żyli sobie ludzie - stare, śpiewające baby, dziadowie, panowie w muszkach, dzieci w podkolanówkach i kobiety w eleganckich sukniach. 
Kultura chodziła między nimi, wiązała ich podarte myśli i prostowała skrzywione kręgosłupy. Dzięki niej, ludziom lepiej chodziło się i rozmawiało - wyprostowanym i spójnym. Ludzie kochali się i nie chcieli opuszczać swoich wiosek. 
Owszem, podróżowali, ale nikogo i niczego nie opuszczali.

Pewnego dnia pojawiła się Guma - zwinna i sprawna, o wiele szybsza. Wystarczyło ją trochę rozgrzać i okazywało się, że robi to samo, co Kultura, tylko milion razy szybciej. Guma gięła się na tysiące sposobów, wyciągała język, machała nogami i pokazywała więcej niż ludzie chcieli. Samych ich zaskoczyło, że można tyle zobaczyć. Polubili Gumę. Była swojska, ale "świeżutka".
W końcu sami zaczęli wyjmować języki, machać nogami i pokazywać więcej, niż chcieli. Ale wtedy Guma podstępem zlepiła im języki, nogi, ręce, tak, że nie mogli się już ruszyć. Padli na ziemię zlepieni w jedną wielką, niezgrabną bryłę.
Nadzy, leżeli jeden na drugim zziębnięci i wystraszeni, powyginani, zniecierpliwieni i głusi od hałasu.
Poplątane języki nie pamiętały już tego, co mówiły przed pojawieniem się Gumy. Nie potrafiły wybełkotać prawdziwych słów. Przestrzeń między ludźmi stała się obca, nieznana.
Panował chaos.

I wtedy ktoś zaczął mruczeć jakąś melodię. Chyba tę samą, którą śpiewała jego babka gotując kaszę. Słów nie pamiętał i mruczał trochę fałszywie, ale nie przestawał. Coś drgnęło w dziewczynie leżącej obok. Przecież znała tę babkę, bo przyjaźniła się z jej ciotką.  Słyszała więc piosenkę.
Dołączyła i poprawiła fałsz.
"Ale to nie tak było" wybełkotał chłopak z obdartym kolanem. Poprawił czwarty takt. 

Po latach mruczeli już wszyscy, ale wciąż brakowało im słów.

Kultura stawiała pierwsze taneczne kroki.




wtorek, 2 grudnia 2014

KIEDYŚ

Mamy po trzydzieści lat. Nasze głosy zaczynają być słuchane, rozważane na poważnie. Okazuje się, że jesteśmy specjalistami, zakładamy własne firmy, wchodzimy w fazę kreowania rzeczywistości, żyjąc w przekonaniu, że coś zmienimy. Czy będziemy mądrzejsi od tych, którym zaprzeczamy, trudno orzec. Jest jednak coś, co potwornie ciąży i doskwiera, nie pozwalając przebić się do końca przez swoje marzenia. 

To dziwne kiedyś.

Jest sentymentalne i rozżalone, płacze nad teraźniejszością. Nie pozwala się pogodzić z tym, że ktoś, jeszcze wcześniej niż kiedyś, wylał beton na zabytkową posadzkę. Upojony swoim lamentem, 
nie widzi go i dlatego nie burzy szarej tandety. Ciągle patrzy za siebie, potykając się o korzenie przebijające kruchy materiał. 
Kiedyś - wiecznie obecne w dzieciństwie, ukryte w myślach i dezaprobacie mentorów zapomniało nauczyć jak myśleć, budować mimo wszystko. Przeoczyło moment, w którym należało rozkochać 
w tożsamości, bo zaprzeczyło temu, że żyjemy tu i teraz. Że w ogóle żyć trzeba, zapomniało dodać przypisu. A przecież tylko po to znosi się ból i cierpienie - żeby żyć. 

Kiedyś, to było inaczej. 
To nie to, co kiedyś.
Nawet nie masz pojęcia, jak to kiedyś ciężko było.
Cytaty z rzeczywistości. 

Ciężko, prymitywniej, siermiężniej - czy to znaczy lepiej

Czy wziąć w nawias teraźniejszość i żyć tym, co było - to cnota? Może należy wpleść się w obce wspomnienia i zagnieździć się w ich cieple?


Tworzyć swoje, nowe
TERAZ.
Zadanie dla chętnych, na szóstkę.






  





niedziela, 23 listopada 2014

Za późno?

"Czy aby nie za późno?" - zapytała swoje lustrzane odbicie.

Patrzyła w nie co dzień i do tej pory nie znalazła właściwej odpowiedzi. Za późno na wybór, skręt, rozprostowanie?
Teraz odpowiedzią mogło być wyraźne "tak" lub "nie". 
W głowie tykający puls świadomości trochę nerwowo ponaglał - za późno na "nie wiem". Tyle czasu uciekło jej między palcami, kiedy skupiała się na tym protekcjonalnym i niewidzialnym "nie wiem". 

"Nie wiem" i "nie wiem".
Strata.

Powtarzane wielokrotnie przestaje brzmieć jak odpowiedź. Zaczyna jak wyznanie, jak mantra, jak pacierz do bezimiennego anioła. "Nie wiem" nadawało jej rytm dnia, spowalniało czas i wydłużało każde, nawet najmniejsze cierpienie. Odkładało wszystko na później i roztaczało fałszywą opiekę nad każdym momentem, który mogłaby przeżyć w pełni - albo na "tak", albo na "nie". 

Bała się pomyłki, bała się, że zrobi fałszywy krok. Władzę nad nią przejmował lęk na myśl o tym, co powie o niej świat, gdy podniesie głowę i powie "nie". A co, kiedy zmieni zdanie? Czy jest w ogóle coś takiego, jak zmiana zdania? Czy to prawomocne? Wolno w końcu, czy nie?

"Nie wiem" jeszcze rezonuje, ale takie "nie wiem" to już tylko wspomnienie.

Zatrzasnęła szafkę z ukrytym pudrem, poprawiła usta i wrzuciła szminkę do torebki. Ostatni łyk zimnej kawy był niepotrzebny. Poprawia włosy, przygląda się jeszcze chwilę i mówi "tak" temu, co ma się wydarzyć.
Bo przecież nie jest za późno.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Niepodległy

11-go nigdzie nie idę. Zgodnie z zalecieniem Premier doktor Ewy, zostaję w moim domowym bunkierku. Zamykam się na cztery spusty i... pomyślę sobie.

Kiedyś dzień 11-go listopada kojarzył się z dniem wolnym, z zamkniętymi sklepami, Mszą za poległych bohaterów i apelem pod pomnikiem. W telewizji transmitowano uroczystości warszawskie, a w pokoju obok czekało mnóstwo lekcji. Jakoś dzień toczył się bez fajerwerków i konfliktów zbrojnych na tzw. pamiątkę. Było spokojnie, zwyczajnie i nudnawo. No, może oprócz wojskowych defilad - pięknie chłopcy chodzą w tych mundurach, ach, ach, ach. Tego dnia było zupełnie tak, jakby ktoś stary odwiedził dom i trzeba było kulturalnie, trochę staromodnie, przyjąć zacnego gościa. Może obchodziliśmy to święto po prostu nieświadomie, kto wie? A może gdzieś wisiał lęk, bo "nigdy nie wiadomo"? My po prostu siedzieliśmy cicho w swoich domach. A może niespecjalnie wierzyliśmy w tę niepodległość lat '90-tych?...

Teraz do drzwi puka nowoczesny gość w nieco obwisłych portkach i nie wiadomo czego właściwie oczekuje i kim w ogóle jest. Czy ogarnia mnie chęć ugoszczenia go? Nie bardzo. 
Można się przy nim poczuć niezręcznie i najzwyczajniej źle, bo wybrzydza, obraża mnie i je jak prosię. Najlepiej, gdybym się śmiała tak samo jak on, krzyczała te same słowa i bez przerwy szukała wroga. A ja nie chcę żyć w lęku, ani w przymusowej przyjaźni. Wystarczy, że zerknę za okno i już widać spuszczone, podległe, strachliwe, niechętne światu głowy. Te głowy boją się o jutro, zaciskając zęby uśmiechają się sztucznie. Kiedy trzeba, w obronie swojego "tu i teraz" mówią bardzo skomplikowane i modnie puste zdania.

A może by tak wreszcie ugościć Niepodległego, tak dla odmiany? 
Ktoś Ty jest, Niepodległy? Czy ja Cię znam?
Gdzieś chyba go widziałam...

To ktoś, kto potrafi chodzić sam, ale nie chodzi samotnie. Niepodległy ma przyjaciół, którzy wiedzą, że żaden jego ruch nie zależy od ich kaprysu. Szanują go i odpłacają lojalnością za każdy objaw jego życzliwości. 
Niepodległy ciężko pracuje i, myśląc o pojutrze, pracuje na jutro - dzisiaj. Każdego dnia wychodzi z domu i cieszy się słońcem i błękitem nieba. Jesienią zawsze ma przy sobie parasol - głupio byłoby pakować się pod czyjeś skrzydła. Niepodległy nieswojo by się czuł. Stojąc pod jednym parasolem nie można swobodnie podrapać się po głowie w geście rozmyślania. Czasem, owszem, trzeba skorzystać, ale tylko w wyjątkowych sytuacjach. 
Niepodległy nie jeździ stopem. Jak go na nic nie stać, idzie pieszo. 
Potrafi chodzić odważnie i... rozważnie, wybiera drogę, która wydaje się prowadzić do ważnego miejsca. Nie pcha się na grząski grunt, ale nie boi się wyzwań.
Zabiega o przyjaciół, ale nie za wszelką cenę. Ci, którzy oczekują wielkiej ceny, nie są przyjaciółmi.
Przed wyjściem na koncert prasuje koszulę, nie czeka, aż ktoś pożyczy mu na bilet. Wyraźnie mówi "dzień dobry".
Niepodległy wie czego chce, ale nie odbiera nikomu godności w imię realizacji swoich idei. Jako gość nie sprawia kłopotu, nie gada przy stole od rzeczy. W dyskusji na tematy ważne, nie boi się powiedzieć prawdy, nawet jeśli w konsekwencji nie dostanie ulubionego deseru.

Czy ktoś go w ogóle słucha? A może to za trudny kompan lub sąsiad?

Tylko takiego chce się słuchać i tylko z takim chce się przebywać. Takiego się podziwia, szanuje i kocha. 

Zanim więc zaczną się miałkie dyskusje, pretensjonalne debaty, zanim do stołu zasiądzie głośnie prosię, trzeba by chyba pomyśleć. O sobie - Niepodległym.

Niepodległego życzę Polsce. 
Niech się wreszcie z nim "ożeni"!







czwartek, 6 listopada 2014

ja to pani załatwię

Załatwianie, szeptanie, znaczące mruganie okiem i potwierdzanie machnięciem ręki.
Bardzo dobrze znane.

Niestety nie do każdego adresowane. Ale gdyby tak było, nikt nie cieszyłby się z tego, że udało mu się coś "załatwić". Jaka wielka satysfakcja ogarnia człowieka, który myślał i wiedział, że "nie" (bo nie!) , a jednak, przez niedopatrzenie, zapadło "tak"! Pot z czoła ścieka, chusteczki zwykle brak 
i wreszcie można coś zrobić.
Udało się załatwić. Udało się dowiedzieć, dotrzeć tu lub tam, w ogóle coś się udało.

Tymczasem trudno powiedzieć co się udało. Bo samo załatwienie niczego nie... załatwi. 
To przecież zwykła prowizorka, kolejny stan "na chwilę", na przeczekanie, na przetrzymanie. Czasem to zaczepienie, żeby wolno było coś zrobić. Załatwienie to takie małe, ciche, parszywe nic. 
A jednak jest to"coś", co potrafi zniszczyć ciężką i mozolną pracę. Niszczy ją swoim tempem, sprytem i tym kiepskim "niczym", tą pustką, która stoi za słowem "załatwić".

Załatwianie wyzwala kreatywność, ale nie twórczość. Otwiera nowe drzwi, ale niechętnie kogokolwiek przez nie przepuszcza.
Załatwianie nie jest dla każdego. Obejmuje je ramię tajne i zachowane dla "słusznych" lub "zacnych".

Pozwala popisać się swoimi umiejętnościami tu i teraz, na szybko, na "gwałtu rety". Wtedy właśnie odnosi sukces. Ale zawsze pozostanie niczym, gdy spotka się ze stałą, może nawet trochę kulejącą, twórczością. Skromną prawdziwie, czyli skromną godnie. 

Pisanie, rozmawianie, leczenie, słuchanie...

"A może da się to jakoś szybciej... załatwić?".




czwartek, 9 października 2014

Korzeń

Ciężki, masywny, rozrośnięty, zwykle pogmatwany i wcale nieregularny. Trzyma konstrukcję od lat, od setek lat w jednym miejscu. Nie pozwala na nadmierne wychylenia, na pochopną przesadność. Potrafi utrzymać pion, a nawet znaleźć schronienie potrzebującemu - w sobie samym. 
O jego masie świadczy głupi i głuchy pień, za sens służy słodki i dojrzały owoc otoczony sezonowo zmieniającymi się liśćmi. Niektóre z nich zmarszczą się między snopkami siana, zachowując swój zapach, nawet kolor - zachowując swój sens, podczas kiedy inne zwyczajnie skwaśnieją po upadku. Za sprawą przypadku uległy silniejszemu podmuchowi wiatru... 
Większa część rozwinie swoje dalsze życie ponownie zaczynając historię od gorzkiego ziarna, które, zgodnie z nauką, ma paść na żyzną glebę.

Najpierw snuje delikatną nić i przebija nią toporną ziemię. Mocna, wytrwała, spójna osobowość ziemi staje przeciw kruchej, zziębniętej pionierce. Niteczce. Nic więcej. 
Jak kret szuka drogi do spokoju i bezpieczeństwa, intuicyjnie tropi zapach własnego domostwa, własnych dźwięków, znanego kodu wszechrzeczy. 

Mały korzeniek. Nic takiego. 

Próbowałam się kiedyś z nim rozprawić.
Najlepiej poszło z tym głupim i tępym pniem. Wydawał się mocny i hardy, ale kilka wprawnych ruchów pozwoliło na oderwanie. Owoce pokulały w swoją stronę. 
Owoce, owocki - są albo nie ma.
Ale nie da się i nie można tykać korzenia, skoro dalej drąży cierpliwie ziemię. Nie gruby pień, 
a smukłe pionierki w niewidzialnych rękawicach chronią przed wiatrem tak zwaną "koronę". I niosą życiodajny pokarm. Dodają sił, szukają ducha, nie boją się, że coś nie wyjdzie. 



Ujrzeć swój korzeń... 
Taki chudy, pogmatwany, mocno poplątany
Ale swój własny 
I zrozumieć skąd i po co, jak, dlaczego 

Nic takiego.





środa, 8 października 2014

Nowy

Zaczyna się pięknie, niewinnie i z pełnią miłości. Nowego i bezbronnego należy głaskać i trzeba oswajać. Mawiają, że głaskanie jest dobre tylko na początku, oswajanie pouczające.
Tak mówią, gdy Nowy się zjawia. Skaczą, krzyczą, płaczą. Świat wydaje się przepięknym 
i odplamionym z win, kiedy pojawia się Nowy. Nowy wymaga energii płynącej z zewnątrz, siły głaszczącego i gumowych granic. Może się rozwijać. Kwitnie.

Wzrasta w okolicznościach, warunkach, nakazach. Jak roślinie, Nowemu przycinają skrzydła, żeby (podobno) szybciej rosły. Nowy zyskuje więc formę, by łatwiej go wpleść w tak zwane "pomiędzy". 
Nowy określa swoją kondycję, uczy się jak stawiać kroki, jak nie chwiać się więcej. Stawia granice tej kondycji i mówi "dalej nie mogę", lub "chcę więcej" i wiele innych zdań wykrzykuje do samego siebie. 
W końcu przyjdzie dzień na Nowszego. Trzeba będzie i dla niego znaleźć miejsce. Prościej poruszać się w przestrzeni, w której wszystko ma określone (swoje?) miejsce.

Któregoś dnia Nowy staje się Starym - znanym i przewidywalnym. Skrzydeł już nie podcinają, rosnąć już się nie da.

Stary Nowym jednak pozostanie dopóty, dopóki... pamięta.







piątek, 3 października 2014

Błogie '90te - Doris

Jak każda szanująca się dziesięciolatka, pewna mała pianistka w dwóch warkoczach, która wolała pisać pamiętnik niż ćwiczyć gamy, miała pieska. Piesek, fortepian, gruby dywan i biznesmen pod  jednym dachem - śmiali się wątpliwi przyjaciele. To właśnie kolejny obraz lat błogich i pięknych, czyli 90-tych. Wtedy również wspomniana pianistka uczyła się tego, że marzenia są po to, by je spełniać, a fantazjowanie - żeby je tworzyć. Nie do końca jednak wiadomo jakie będą... konsekwencje spełnionych marzeń. Ale tego można dowiedzieć się tylko je realizując. 

Posiadanie psa w miejskiej rodzinie wiązało się z czymś więcej niż z podawaniem karmy z pierwszych telewizyjnych reklam i wyprowadzaniem na wybetonowane ścieżki parku. Obecność psa była znakiem nowoczesności, bogatej emocjonalności, pokoju i harmonii. I być może cały czas pokutuje w miejskich rodzinach myślenie bardzo szlacheckie i szlachetne zarazem. Oto ktoś, kto psa posiada i o niego uchodzi za tego, którego stać na uczucia wyższe, refleksję i wreszcie stać go na spacer w środku dnia. W dodatku dzieci rozwijają się harmonijnie. W rodzinie, w której nie ma psa zwykle jest cicho, a kiedy atmosfera bywa napięta, nie ma kto przyjaźnie zaszczekać, więc szczeka on i ona i tak dalej. Bez psa jest sterylnie - matka zamiast czyścić dywany w szale i bez opamiętania, czyści paznokcie, co nie jest już tak przyjemne dla oka ojca. Nic nie pałęta się pod nogami, zegar tyka głośno jak u babci i nikt nie robi słodkiej awantury o spacer.

W mojej rodzinie psa nie było. Była suka. Miała cztery nogi, złotą mordkę i miejskie, długie paznokcie. Miała na imię Doris.
To ja sprowadziłam ją do domu.

Jak?

Jako najmłodsza i najbardziej wyzwolona, postanowiłam spełniać marzenia mojego uciskanego, starszego rodzeństwa. Dotąd wszyscy tylko marzyli o psie. Żyjąca w cieniu marzeń Kaśki, Ali i Marcina i wiecznie powtarzanym zdaniu "A! Wtedy, no wtedy... No Ciebie to jeszcze na świecie WTEDY nie było!" postanowiłam skutecznie działać. Nie mogłam już więcej słuchać wspomnień zabiegania o psa. Moja siostra Kaśka, kiedy była mała (czyli taka jaką ja na wieczne "zawsze" pozostanę) trzymała balon przy łóżku z napisem "REX - KRÓL PSÓW", co okazało się nieskuteczne. Nie pomagały negocjacje Marcina, ani płacz lokowatej i złotowłosej Alicji (Ali).
W końcu marzenia o psie poszły w odstawkę. Ale nikt nie spodziewał się, że w ich realizacji pomoże... szkoła.
Wtedy akurat czytaliśmy o tym, co "jeździł koleją" i samotnie odjeżdżał patrząc wstecz tęsknym i mokrym okiem. Ponieważ w '90-tych czytało się lektury od początku do końca, ja też postanowiłam załatwić sprawę skutecznie. I oczywiście pomogły mi w tym mokre oczy. Ale nie moje!

Opowiadanie i wariacje na temat dbania o "czworonogiego Przyjaciela" (duże "P", a co!), podawania wody, aby nigdy nie był spragniony, wyprowadzania na dalekie spacery i prowadzenia z nim długich rozmów ("bo ja nie mam przyjaciela...") okazały się tak poruszające, że po trzech tygodniach do domu trafiła Doris.
Miał być duży, najlepiej długowłosy pies. Przywieźli małą czarną sukę, ze złotymi plamkami na łapach, na pocieszenie... W książeczce stało "DORIS" i tak już zostało.  
Tylko, że nikt (czyli ja!) nie przewidział, że Doris naprawdę regularnie musi wychodzić, skoro miskę ma wciąż pełną wody, a już w ogóle nie było do przewidzenia, że... Doris jest stuknięta i wymaga psychiatry.

Zachowywała się jak spuszczona ze smyczy. Na spacer trzeba ją było ciągnąć, albo zanosić - dosłownie nosić na rękach. Zanim jednak dochodziło do pertraktacji w sprawie spaceru, Doris musiała się wykrzyczeć. Wychodziła z pięknej kamienicy i z całej siły obwieszczała światu, że ma go za nic. Szczekała i biegała za swoim ogonem jednocześnie. Agresywny szczek odstraszał wszystkich, więc z głowy miałam wszystkie potencjalne zagrożenia, jakie mogą spotkać dziewczynkę, która wychodzi na spacer do parku. Ciągnięcie na spacer szalonego, nie wiadomo na co szczekającego psa z pewnością nie było tym, czego oczekiwałam, ale na spacer wyjść trzeba było i kropka. Miał być piękny, duży, sprawny Lessie, a była suka rasy polującej, która odstraszyłaby każdego niedźwiedzia. Z pewnością moja szlachetna rodzina, gdyby liczyła na Doris podczas polowań, cierpiałaby głód... 

Tymczasem ciągnęłam czarnego woła na nowoczesnej smyczy, którą oczywiście kupiliśmy w nowo otwartym zoologicznym.
Zwykle podczas spaceru nagle coś jej przeskakiwało w tym psim mózgu i zaczynała biegać po parku tempem lamparta: za piłką, za zapachem, za facetem, za czymkolwiek. A ja za nią.
Czasem chodziłyśmy zupełnie spokojnie po świeżym śniegu i opowiadałam jej o tym, jak serdecznie nie znoszę ćwiczyć, jak ciągle słyszę, że robię "za mało", że "mogłabym, a jakoś nie zrobiłam" i tak dalej i tak dalej. I zawsze źle, a potem nagle dobrze. 
Doris słuchała i nie słuchała jednocześnie. I nigdy nie szczekała na mnie, kiedy marudziłam. A marudziłam bez końca. Bawiłyśmy się piłką z początku niepewnie i niechętnie. W końcu jej bezczelny ryjek wydał mi się najładniejszym ryjkiem świata. Powoli zauważałam, że jej sierść się mieni, a jej złote plamki na czarnym tle są regularne i śliczne. Namawiałam mamę, żeby kupiła jej psie czekoladki, aż w końcu chodziliśmy wszyscy ciągnąc Doris do parku. Cała nasza rodzina z psem przyklejonym do miejskiego bruku...

Przechodnie oglądali się za nami i myśleli sobie zapewne, co chcieli. A my chodziliśmy sobie z Doris tak, jak chcieliśmy, mając za nic drwiące spojrzenia. Trudno - nie był to Lessi z pociągu, ani nawet kundel bury, tak zwany "fajny pies". 

To była piękna wariatka, dzięki której chodziliśmy razem, a ja nie zwariowałam do końca. 



wtorek, 30 września 2014

Jeszcze

Coraz więcej starszych i starych ludzi wokół. Starzy chodzą, żyją, kupują, dają się nabrać. I chyba jedyne, czego mogą być pewni to fakt, że nie muszą nikomu ustępować miejsca w autobusie. Coraz bardziej czuć też jak wiele zależy od pokolenia, które właśnie wchodzi w odpowiedzialność. Pokolenia, które tej odpowiedzialności nie bardzo chce się podjąć. Nie do końca wie w imię jakich wartości, bo wszystko "uwrażliwiło" i zrelatywizowało. I chyba musiało się tak stać, żeby młodsi od nas wiedzieli lepiej, sprawniej, wyraźniej i w sumie bardziej schematycznie.


Idę ulicą. Nie ma młodych matek idących na spacer z własnym dzieckiem. Jest za to... babcia. Instytucja Babci w wielkim mieście  - kto to taki? To nie jest chłopka niańcząca swoje wnuki od czasu do czasu. Zresztą, czy chłopki niańczyły dzieci? Może niemowlęta...
To nie jest również babcia sukcesu w złotych klipsach, krótkich, siwych włosach i czerwonej szmince. To jest babcia nijaka. Ta babcia nie ma siły na zabawę, każdą zupę przyprawia tak samo i zawsze trzyma dziecko za rękę prowadząc je na spacer. To ta sama babcia, która będąc matką mówiła dziecku "no idź" jednocześnie histerycznie trzymając je za rękę przyciągała do siebie.

Teraz babcia idzie tą samą ulicą, którą przemierzała ze swoimi dziećmi. W sumie niczym się nie różni od siebie sprzed trzydziestu lat. Ma tak samo szare oczy, tę samą sukienkę i podobne buty na płaskiej podeszwie. Zmienił się tylko towarzysz - to już nie syn, a wnuk. Wnuczek pięciolatek myśli, że jest geniuszem (syn myślał tylko, że jest wyjątkowo uzdolniony, ale "geniuszem to ty nie jesteś"). Jego rodzice są w jego głowie, za to babcia na wyciągnięcie ręki. Wnuczek-Wnusiunio ma już krawat, modne trampki i telefon bez klawiszy. Będzie mówić nawet po chińsku - tak mówi ojciec.
I idą tak i nie rozmawiają. I idą i się nie śmieją. Idą i nie pasują. I cały czas się spieszą, bo to bo tamto.

Babcia już tak dalej nie da rady. "Przystaje" włączając film pokazujący lepszą rzeczywistość, udaje, że słucha opowiadań swojego wnuka... o niczym.

Świat się zmienia na oczach babci. I rośnie w oczach wnuka. Wnuk jest nowy i wszystko ma nowe. 
A babcia? Mimo, że stara, nadal przynależy do tego świata. I cały czas na kogoś czeka.
Na męża, dziecko, wnuka, na swój czas.

I jest coś, co nie pozwala babci zestarzeć się na zawsze, co każe jej każdego dnia tę paskudną zupę ugotować do końca.
"Nie chcę jeszcze iść" - mówi wnuk kurczowo trzymając babcię za rękę. Za dwadzieścia lat, mówiąc to samo, poluźni krawat i ocierając pot z czoła poprawi jej poduszkę pod głową. Przyniesie ulubiony bez nawet tam, gdzie nie wolno wnosić kwiatów "bo przecież taki właśnie zbieraliśmy, pamiętasz?".

To nic, że nie rozmawiają. Jeszcze.




czwartek, 4 września 2014

Z A P R O S Z E N I E

Drodzy Czytelnicy,

bardzo serdecznie pragnę zachęcić wszystkich Was na spotkanie autorskie ze mną, w najbliższą sobotę 6-go września o g. 12.00 do Pardon To Tu przy pl. Grzybowskim w Warszawie. 

Będziemy mogli się poznać (jeśli się znamy tylko wirtualnie), będzie można poczytać, posłuchać oraz uczestniczyć w warsztatach plastycznych i wytworzyć własną książkę. 
Zajęcia plastyczne skierowane są do Dzieci, ale przyjść, porozmawiać i posłuchać fragmentów lektury, może każdy - w każdym wieku.

Mam nadzieję, że spotkanie będzie bogate w pozytywne emocje i stanie się miłym wspomnieniem.

Do zobaczenia!

Grażyna m. Grobelna

środa, 3 września 2014

Sto procent zaangażowania

Uczucie szczęścia, może trochę zbyt oczywiste. Ciepły piasek pod stopami głaszcze wypieszczone stopy. Włosy i wątpliwości rozwiane, słoneczny ogień zagrzewa do działania, a woda, lekko poruszona, rozmywa napięcia. I tak sobie leżę łącząc się ze światem, naturą i samą sobą. 
Życiowa dewiza "wszystko robić na sto procent" realizuje się doskonale. Nie ma co ukrywać, leżenie wychodzi najlepiej.
Mam gazetę, ręcznik, książkę, pieniądze na "kukurydza gotowana i dla pani i dla pana", mam też fajny strój i okulary. Myśli z mózgu jeszcze nie wyparowały. 
Leżę.
Przeczytałam już horoskop, który mówi o cudzie, jaki ma się dokonać w moim życiu, przestudiowałam wywiad z aktorką odchodzącą na emeryturę i alkoholiczką opowiadającą jak bardzo dotyczy mnie jej problem ze zdrowiem ("to dotyczy nas wszystkich!"). Wyedukowałam się w zakresie życia duchowo-jogowego i wreszcie wiem co jeść. Brokuły wypierają kalafior - temat numeru. 
Modnie i na temat. 
Jest potwornie gorąco, nie dam rady już czytać gazety. Tęsknię do szkoły. Do rajstop i swetra. Tęsknię do Rudej Anki i Maksia, do Krysi, a przede wszystkim do Marka i Arka. Kiedy znów pojedziemy samochodem do naszej państwowej Firmy? Dopiero 1-go września. To jeszcze miesiąc... Co za pech. Ciekawe komu wypadł ząb, kto złamał rękę, kto w wakacje przeżył kolonię lub obóz wakacyjny, tak jak ja kiedyś... A może ktoś grał do kotleta na akordeonie, albo zakochał się bez pamięci?

Wracam. 

Jak zwykle zatrzymuję się w barze zwanym "restauracją", ale bez Marka i Arka nie kupuję nic do jedzenia. Świństwa można jeść tylko z przyjaciółmi, bo wtedy można celebrować chwilę nie czując smaku, lub udając, że spożywa się świeżego homara. W ogóle często udajemy - że jemy w restauracji, a jemy w barze; że jest kiepsko, a jest tak naprawdę tak, jak ma być; że jesteśmy młodymi nauczycielami, choć staż już dawno za nami...
Więc w barze zwanym restauracją idę w miejsce, o którym pisać nie sporo. Ale muszę. Idę. 
Wtem przed moimi oczami wynurza się sylwetka dobrze zbudowanej brunetki po pięćdziesiątce, o bardzo mocnej opaleniźnie (czerwona twarz jak nic przywieziona z dalekich krajów). Wśród jej kruczoczarnych loków przebijają się złoto i brylanty, czerwony tips na dłoniach błyszczy świeżością. Białe zęby i pełne teatralnego wyrazu... brwi. I oczywiście pies(ek!) na ręce z czerwoną, skórzaną, lakierowaną obrożą. 
- A ja Panią znam! - mówi, a piesek w tym intymnym miejscu przytakuje szczekiem.
- O! Jak miło! - do Pani, czy do Pieska, sama się nad tym zastanawiałam...
- Pani uczyła moją córkę! 8 lat temu. No! - i żywo walnęła córeńkę po jej solidnych plecach jak krasulę jakąś - teraz to już PANNICA!
To ohydne słowo "pannica" śniło mi się przez cały okres dojrzewania. Nienawidziłam go z całego serca i zrobiło mi się serdecznie żal dziewczynki, której nie znałam i nie pamiętałam nic a nic. Nie wiem jak się uczyła, co sobie myślała, PUSTKA! Ale odpowiedziała dziarskim tonem...
- No, mamuśka, nie pamiętam tej Pani! - i pytanie padło w moją stronę
- Czego Pani mnie uczyła? - i wyciera ręce
- Dominika - syczy mamuśka do pannicy
- Ja? Muzyki - i już poczułam że moja odpowiedź brzmi żenująco i nie wiem czemu pomyślałam, że trochę żebrząco... Jakbym trochę prosiła o uznanie. Zabawne.
- A ja pamiętam! - zrehabilitowała się "mamuśka", piesek odszczeknął swoje - Dominika była zadowolona. 

Dobrze, że pewne rzeczy można załatwiać szybko i bezboleśnie. Pannica zadowolona. Uff.




niedziela, 31 sierpnia 2014

Eros i Amor

Dziwne, jak każdego dnia przeciętny nauczyciel zmierza się... z porankiem. Nie wiem jaki szaleniec, oprócz Krystyny, rzecz jasna, pragnie wstać, założyć torbę na ramię i podążać dziarskim krokiem do swojej placówki oświaty. Nie da się każdego dnia robić tego z takim samym błyskiem w oku, a przecież Młode Oko potrzebuje tego codziennie, tak samo jak potrzebuje codziennej, matczynej miłości. Bardziej lub mniej świadomie codziennie idzie po "nowe": po ocenę, naganę, pochwałę i... po przerwę. 
"Motylki to tylko na początku" mawia Krystyna, a jednak wszyscy ją lubią. 
Krystyna - to właśnie ona zmusza Marka, Arka i mnie do myślenia. Nie ten nudny fizyk, ani nawet Nowa od polskiego, która wyluzowuje nawet najbardziej wyluzowanych z szóstej klasy. 
A my? Marek, Arek i ja? Jakimi belframi będziemy za te 20 lat? 

Nadal gimnastykuję się uczciwie, żeby lekcję przeprowadzić z tzw. modną passssją. Czy właściwie? W tej chwili uświadamiam sobie, że to jest błąd, że nie tak powinniśmy pracować i nie tego powinniśmy wymagać od nauczycieli swoich dzieci. Jedyne, co powinno się zrealizować w szkole to POWOŁANIE. 
W słowie tym zawiera się "wołanie". I to wołanie nie byle jakie, tylko wołanie "po" coś. Powołany ma kochać to, co robi, a nie podniecać się błyskotliwą lekcją. Siermiężne? Chyba jednak nie. Raczej "stałe" i z pięknymi chwilami uniesień, z mocnym gruntem pod stopami i miłością do swoich uczniów. I nienawiścią do dziennika - rzecz jasna.

Pasja mija: raz jest, raz jej nie ma. Działa jak afrodyzjak, jak eros, a nie amor. Przyciąga i daje świeży powiew, który jest konieczny do życia, ale czy buduje je całe?

Kwiaty, kawa i do pracy.
A może ja się po prostu starzeję?

niedziela, 24 sierpnia 2014

Dziecięca Wiara i Nadzieja

Marzenia ośmiolatki, nieważne, czy po samotnej podróży do barwnej Europy, czy nie, są zwykle podobne. Początek lat '90 przynosił nam, dzieciom mnóstwo wrażeń, o których ani ich rodzice, ani nawet starsze rodzeństwo nie śniło. Na ulicach pojawiały się pierwsze bilbordy z czerwonymi napisami, na targu można było kupić kasetę Whtiney Huston, tato pachniał Old Spycem i szykował się do założenia firmy. Wtedy czuło się zmianę. Nagle można było uwierzyć, że wszystko się zmieni, że trzeba próbować, że jest szansa na lepsze, barwniejsze.
Ojciec wkładał krawat, mama zaczęła farbować włosy, w reklamie pani blondynka mówiła "tak jak ja lubię, jak on lubi" i od tej pory każda żona przedsiębiorcy miała na sobie blond. Moje rodzeństwo uczyło się bardzo pilnie, a mnie się wydawało, że mój tato zostanie prezydentem. To było oczywiste, że zostanie. W oczach ośmiolatki wolność oznaczała po prostu otwarcie wszystkich możliwości i prostą drogę do sukcesu.
Wszyscy mieliśmy nadzieję i ten stan jest chyba najcenniejszym z całej gry o pieniądze, sławę i powodzenie.
Tato, że jego firma zmieni świat, siostry - że dostana się na studia, brat, że zostanie wielkim inżynierem, mama - że po prostu wszystko będzie dobrze.
Ja miałam nadzieję, że zostanę wielką artystką. Do dziecięcej kariery wiodła prosta droga. Wystarczyło zapalić lampkę w ciemnym pokoju, światło rzucić na siebie i tańczyć, śpiewać i cierpliwie słuchać nagranych oklasków.
Tyle z artyzmu.

Oczywistość sukcesu i spełnienia wisiała nad nami wszystkimi. Ekscytacja podlana stresem. Musiało się udać. Musiało się spełnić i spełniało się - powoli, czasem trochę szybciej.
- Tato, a może Ty zostaniesz prezydentem?
- Ja?
- No tak - byłam taka pewna, że to się za chwilę wydarzy! - Zostałbyś prezydentem, prawda?
- Ja... no nie wiem dziecko, nie wiem... - i charakterystycznie wysuwał twarz do lustra zawiązując krawat. Dopiero dzisiaj rozumiem, że to nie była odpowiedź kogoś, kto rozważa ofertę, tylko kogoś, kto nie do końca chce rozczarować i ostudzić dziecięcy zapał. Mama byłaby przecież idealną pierwszą Damą, Blond I-szą.
Ale za możliwościami zdecydowanie wolniej szła... głęboka wiara w ich spełnienie. Nadzieja? Nadzieja tak. Wiara z nadzieją różnią się jednak od siebie. Obie trochę naiwne, ale to w wierze zawiera się odpowiedzialne opowiedzenie się za czymś. Jeśli się tylko ma nadzieję, to tak, jakby zostawić coś w obcych rękach, a jak się nie uda, to umyć je i iść dalej. Może dlatego umiera ostatnia - bo już nie do końca od nas zależna?
Wiara jest inna, a jej ewentualne załamanie - dużo bardziej bolesne. I w tym sęk.

Ale wierzyć trzeba, nawet jeśli innym wydaje się, że to wiary nie warte.

sobota, 23 sierpnia 2014

Brutalna lokalna i keybord w kinie

Wcale nie zapomniałam jak to jest być uczniem. Zapach korytarzy, szatni i tablicy wymęczonej kredą przywołują wspomnienia. Z tą samą satysfakcją i poczuciem, jakże irracjonalnego spełnienia, zapisuję zieloną tablicę świeżą kredą. Rano najlepiej widać kontrasty, najostrzej i najwyraźniej wiadomo o co chodzi. Niestety, wakacje dobiegają końca, wspomnienia odżywają, szczególne te najbardziej jaskrawe. Wróćmy ma chwilę do lat '90...
Zamiast "lekcja, temat" Pani Ruda, wychowawczyni, zapisała "KONCERT za dwa tygodnie". Pamiętam, jak całą lekcję tłumaczyła nam zasady zachowania. Po pierwsze "galowy strój, czyste buty", po drugie "nie jemy cukierków podczas grania, a najlepiej nawet w przerwie panujemy nad sobą". Ewentualne "słuchamy" jakoś umknęło jej uwadze, a co za tym idzie - całej naszej klasy i, jak się okazało... całej szkoły. Ja zapamiętałam tylko, że mam… grać dla tych, którzy nie mięli jeść cukierków "ani niczego innego!". Przed wszystkimi, w plajtującym, kameralnym kinie niedaleko szkoły miałam wystąpić w tzw. "galowym stroju", najlepiej bez próby i przygotowana na sto procent. To była moja, jak się okazało, pierwsza koncertowa przygoda, spełnienie wszystkich najczarniejszych snów lękowych, typowych dla uczennicy szkoły muzycznej. A senne fantazje na temat porażek scenicznych ciągnęły się wariacyjnie i zaskakująco jak co najmniej ballady Chopina.
Podczas kiedy w klasie maturalnej wszystkim się śniło, że NAGLE mają iść do sali matematycznej i zdawać egzamin dojrzałości z matematyki i chemii, mnie, uczenniczce z siódmej "a" śniło się, że wchodzę na scenę z kompletną dziurą w głowie. Nie wiem co grać. A wszyscy czekają.
Koncert był zawsze czymś świętym i potwornie stresującym. Całe to czekanie, chusteczka w ręce, chusteczka na klawiaturze, podsłuchiwanie kolegów, którzy ZAWSZE szybciej grali, stanowiło aurę nie do zniesienia dla takich jak ja. Wiedziałam, że oni podsłuchiwali mnie i drżeli podobnie jak ja przed swoim koncertowaniem. Tak właśnie odbieraliśmy sobie nawzajem pewność siebie, budowaliśmy swoje kompleksy i zamiast gromadzić się w zespołach, konkurowaliśmy ze sobą w złudnym poczuciu budowania swojej niesamowitej, solowej kariery. Po koncercie i tak następowała zwykle reprymenda za potknięcia.
Byli tacy, którzy uciekali, Anka płakała, Tomek w ogóle się nie przejmował i grał jak chciał, kujonki nawet nie wiedziały, że grały, bo zawsze grały szybko i "tak, jak na lekcji". Ja wiedziałam, że za każdym razem wystawiam się na pożarcie. Byłam głęboko przekonana o tym, że scena to jedyne miejsce, w którym mogę naprawdę grać tak jak chcę, że nikt nie mi nie przerwie, nie będzie głośno liczył, nie powie, że "źle, musisz dalej ćwiczyć". Dlatego "szalałam" i zaskakiwałam moje nauczycielki. Czasem tak mnie ponosiło, że... zapominałam tego, co miałam zagrać. To była cena tego szaleństwa i poczucia wolności. Jedyną obroną był… uśmiech i godne pożegnanie publiczności. I te krzywe zęby w uśmiechu - no cóż.
Koncert w plajtującym kinie kameralnym był jednak występem dla wszystkich z naszej zwykłej rejonówki-podstawówki.
Weszłam do kina.
"Tak chcesz wystąpić?!" - Biologicy w wielkich okularach zdecydowanie nie spodobała się krótka czarna sukienka. No ale co miałam zrobić? Zdjąć?
Sala była już prawie pełna. Klasy schodziły się w porządku wiekowym - karnie i ze snickersami. Nie wiem czy przyszła cała szkoła, czy tylko trzy czwarte. Czułam się jak w ulu, do tego w "nieprzystającej" sukience. Stres.
Wtedy zobaczyłam coś, na czym miałam grać...
Jak miałam na tym grać??? Ja??? Prawdziwa uczennica prawdziwej szkoły muzycznej, w której muzyka elektroniczna, eksperymentalna lat 70tych była czymś absolutnie nowatorskim i niestrawnym, nieznanym prawie? Królował w niej metronom, Chopin z doniczką paproci przy fortepianie, dywan i szafa z mnóstwem pożółkłych nut owiniętych w szary papier... Ja miałam grać na keybordzie? Jak na tym się w ogóle gra?
Nie miałam jak położyć nut, skserowanych oczywiście.
"Jakoś sobie poradzisz" powtarzały biologica i Ruda, obie odpowiedzialne za wielkie i szerokie "wszystko".

Po raz pierwszy bałam się naprawdę. Tu chodziło o dobre imię - moje, Chopina, metronomu, szkoły. "Co powie moja Pani???" - ta myśl była miażdżąca.
- To ty? - podeszła jakaś pani i jak Boga kocham, pamiętam, że miała wspaniałe buty. Piękne, subtelne sandałki z wężowej skóry.
- Będziesz dzisiaj grała dla całej szkoły? - to była dziennikarka z lokalnej gazety. W ogóle była świetnie ubrana...
- Tak, zagram to i to.
- A jak się uczysz grać? - dzisiaj miałabym ochotę powiedzieć "sama".
- W szkole muzycznej, proszę Pani. Ale nigdy nie grałam dla tylu ludzi...
"A teraz wystąpi..." - te słowa przerwały naszą konwersację. Usłyszałam swoje imię i nazwisko, zobaczyłam publiczność, jak prawdziwa, koncertująca pianistka i w końcu zobaczyłam ten ohydny keybord.
"Power" nie działa. NIE DZIAŁA!
Już działa. Pedału brak, bo model podstawowy.
Zaczęło się. Gram.
Gram.
Nie słychać, że gram ciszej i głośniej, bo klawiatura nieczuła.
Pomyłeczka.
Gram.
I trach. Nuty spadają wraz ze stojakiem na moje ręce.
Gram dalej, czuję się jak kapitan Tytanica.
No i koniec. Palce mi się zaplątały w papier, nie wiem co robić.
Przerywam, niestety.
Ustawiam raz jeszcze stojak, ale niestety ponownie spada. I jeszcze raz. Sytuacja wymaga ode mnie jakiejś reakcji.
Uśmiech. Ustawiam nuty dalej, ale już nie wiem gdzie skończyłam, a poza tym nie potrafię grać od środka. Niestety.
Nagle poczułam falę napływającego stresu pomieszanego z chęcią płaczu i śmiechu. Rozpłakać się przed Aśką z "c"? W życiu!
Wpadłam więc w paniczny śmiech i zeszłam ze sceny.
Paparazzi z lokalnej i dziennikarka w świetnych butach złapała mnie od razu na korytarzu, a ja, głupia, zdradziłam jej swoje imię i nazwisko.
Koncert, w drugiej części zakładał występ sławnego zespołu, ale zagłuszyły go snickersy i inne Fanty. Biologica biegała i uspokajała młodzież krzycząc, zespół nie słyszał się wzajemnie. KATASTROFA.

Następnego dnia w brutalnej lokalnej czytam:
"Młoda pianistka tłumaczyła swój nieudany występ tym, że nigdy nie grała przed tak dużą publicznością".
Załamanie i rozczarowanie.
I właśnie wtedy zdecydowałam, że zostanę pisarką. Rachunek prosty. Nie trzeba grać na keybordzie. Pisać można co się chce i... nosisz świetne buty.




wtorek, 19 sierpnia 2014

Szary

Szary.
Jest wszędzie. Kiedyś był zmorą, kojarzoną z beznadziejną codziennością. Wszystko było szare - nijakie, jakby brudne, nieokreślone, bez wyrazu. Szary był blok, beton, przydrożne lampy, szare były garnki, zeszyty, kredki i rolki papieru. Zresztą szarością było po prostu wszystko. To słowo brzmi "absolutnie" i tak ma brzmieć. 
Szary jest podstępny. Tworzył i tworzy nadal złudzenia. Miało być białe, jest "prawie" białe. Jest szare. No tak! Prawie białe. Miało być czarne, jest... prawie czarne?...
Ale jeszcze nie tak dawno wszechobecna szarość zamazywała rzeczywistość. Coś, co było na przykład żółte, wcale nie musiało być takim widziane. Przykrywała je jakaś nieracjonalna szara poświata. Może to psychologia, może po prostu głupota... Ale trudno pamiętać nasycenie kolorów mojego dzieciństwa. I kredki świecowe - ledwo było widać kolor.
A może po prostu nasz cały świat miał wtedy "doła"? Czyżbyśmy nie dostrzegali wówczas nasyconych barw? Przecież trawa była zielona. Ale inaczej. Przecież maki zawsze czerwone. A jednak. Niezapisana kartka w zeszycie - czysta? Wszystko jakby spowite szarością, nieokreślonością. Jakimś takim "bylejactwem" i prowizorką. Tak to pamiętam. 

Szary, długi blok i jego klaustrofobiczne wnętrze z milczącymi głowami. Szara była codzienność i szare - przygarbione plecy. Smutne. Szary nie krzyczał, ani nie awanturował się publicznie. Szary czekał, oddychał sobie, egzystował bez zasad. Był po prostu wielki, straszny i w gruncie rzeczy nieporadny. 
Szary dusił i zniechęcał. Im bliżej siebie byliśmy, tym podejrzliwiej patrzyliśmy na wszystkich i wszystko. A w szarym świecie mieszkał... 
Szarak.
Szarak to przeciętniak, nic takiego specjalnego. Nic wyjątkowego nie osiągnie, będzie balansował w tej swojej szarości i przeciętności. Zero wiary i nadziei. Miłość to może jeszcze - od czasu do czasu. Ala Szarak przetrwa, bo jest nieokreślony - ma cały czas szerokie pole do działań i niczego nie ryzykuje. Bo jest żaden i wszędzie się przytuli, jakoś sobie poradzi. Zupełnie jak ten beton, który pokrywa nawierzchnię. Wszyscy go lubią na początku, bo "miękko się jeździ rowerem".

Tej na pozór spokojnej szarości jest tyle, że nie wiadomo, gdzie się zaczyna, a gdzie kończy. Dziś jest modna i piękna, choć naprawdę niewiele o niej wiadomo. Niestety. Ta szarość, pokorna wobec  jakiegoś głosu, jednocześnie wyszczekuje różnie zdania - niezobowiązująco. Niby "kompetentnie".
Coś się dzieje jednak z tymi, którzy pod szarością rosną. Jedni oczywiście nie zauważają jej w ogóle i pewnie nigdy nie zauważą. Ale są tacy, którzy przebiją ją jednym sprytnym ruchem. Uchodzi powietrze, okazuje się, że pod nim jest jakieś życie. 
A ten ruch to odwaga. Pełna i nieprowizoryczna. Piękna i mądra. Choć jest szczupła, to wysoka.

Szarość? Słaba i wątła.
Chyba nawet... nie, nie żal.


wtorek, 12 sierpnia 2014

Wakacje, czyli obóz

Pokolenie współczesnych trzydziestolatków przeżywało swoje obozy. Wakacyjne. Jedni jeździli z harcerzami, inni tylko na "zimowe", jeszcze inni na letnie kolonie w góry lub nad morze. Ja jeździłam wszędzie. Miałam "jak najwięcej korzystać" i… "poznawać (dziecko) nowych ludzi". Nie było facebooka ani bloga. Były zwyczajne, papierowe listy i telefon na żeton z literką.
To na tych obozach nauczyłam się pisać i jasno stawiać warunki: "Mamo, przyślij mi 360.000 i czyste majtki. Wszystko jest w porządku, jest fajnie.". Ale miałam wtedy siedem lat.
Obóz lub kolonia to czas odpoczynku i wytchnienia. Czyżby?

Najpierw "autokar"czyli uczucie, że nikogo nie znasz i zwykle poznajesz największego obozowego łobuza lub łobuzkę, od którego potem chcesz trzymać się z daleka.
Na moje obozy co roku jeździła ta sama wychowawczyni - p. Ula. Pani Ula była prześliczną, młodą studentką. Obiekt westchnień każdego współwychowawcy, ale ci zmieniali się co roku. Rezygnowali po pierwszym obozie. Pani Ula to typ kobiety, która wie czego chce, nie zachwyca się byle pierwszym mięśniakiem i gwiżdże na wszystko i na wszystkich.
Rano gwizdek, do wymarszu gwizdek, marsz od lewej i z piosenką na ustach. Wszyscy mają śpiewać, bo "łatwiej się idzie, zobaczycie"- to jest pani Ula, pani obozów i kolonii.
Obóz w górach trwał trzy tygodnie. Rodzice wysyłali na wakacje, bo byli pewni, że to najlepszy sposób na poznanie świata, polskich gór, samorozwój. "Trzeba zmieniać klimat, żeby lepiej się żyło i, żeby mózg lepiej chłonął" - mawiali. A zatem jeździłam w góry.
Obóz to nie hotel. Pokój - im większy, tym lepszy. Mój był zwykle siedmioosobowy. Każdy miał łóżko, metalową szafkę nocną bez lampki (kto by czytał na obozie???) i ściany pomalowane do połowy olejną farbą, z charakterystyczną kreską - zupełnie, jak w szkole. Nienawidziłam tego z całego serca.
W ogóle siermiężność wszystkiego wokół dobijała mnie nawet jak byłam dzieckiem. W Szklarskiej Porębie, w górach, mogłoby być wszystko cudne, górskie, "jakieś" w ogóle! A był ohydny popękany beton, wylany na cudne kocie łby, tysiące sklepików z tandetą i pierwszą Fantą oraz kafejki z plastikowymi białymi krzesłami. To nic, że góry, cudne powietrze, krajobrazy… Kto w tym widział wartość?

Pobudka, szybka toaleta (szybka!) i oczywiście gimnastyka z p. Ulą.
W dwuszeregu zbiórka, gwizdek.
"Nie te buty! Jak chcesz ćwiczyć w sandałkach?". Biegłam więc drugi raz, żeby przebrać obuwie. Ale jak już je znalazłam, to się okazało, że doszliśmy właśnie do końcowego wdechu i wydechu. Do tego sandały nadają się tak samo dobrze jak trampki…
Śniadanie pod hasłem "pamiętajcie, bułka w góry, chleb na miejscu" ze słodką herbatą nalewaną aluminiową nabierką, jak w szkole. I sprzątanie.

Gwizdek.

A po gwizdku sprawdzanie porządku w pokojach. To był dopiero stres. Kurze i papierki, ścielenie łóżka, układanie rzeczy w szafie, czyli wszystkie znienawidzone czynności podstawówkowicza musiały być ogarnięte. W przeciwnym wypadku - pilot i cała zabawa od początku.
Pani Ula z panią Danielą stanowiły bardzo dobrany duet strażniczek porządku. Jak policyjne psy, lub perfekcyjne panie domu kolonijnego, wyczuwały na odległość papierki i inne kurze.
Po ewentualnym pilocie, wymarsz.
Filozofia maszerowania pani Uli była dla wszystkich zrozumiała tylko na poziomie rozumienia języka polskiego. Naczelne zdanie brzmiało "idź z pierwszymi, będziesz miał dłuższy odpoczynek". Jak mam iść z pierwszymi, jak moje nogi są o połowę krótsze???
Niestety szłam z tyłu i gadałam i dyskutowałam i słuchałam, czy idę na pięć, czy jednak na trzy. Co gorsza, gadałam do siebie w językach, które wydawały mi się francuskim albo chińskim. Przerwa na kanapkę była wcale nie taka długa, jak się nam marzyła. Widoczki, czyste powietrze, konkursy, karty na szczycie i aparat fotograficzny z filmem kodaka, gdzie trzeba było oszczędzać klisze - to był codzienny standard. Dziś nie trzeba oszczędzać żadnych kliszy, a górska jajecznica z mąką podawana w zwykłej jadłodajni jest czymś albo nie do zjedzenia, albo czymś do lansowania na fejsie - że to jest takie przaśne… Dla nas wówczas wszystko było takie oczywiste: wymarsz, bułka i piosenka.
Podczas jednej z wycieczek p. Daniela powiedziała, że chętni, mogą jechać wyciągiem i spotkamy się na szczycie z resztą grupy. Ale w kontekście przebytych dwóch tygodni w pełni mobilizacji: bez pilota, bez opóźniania tempa grupy, dwóch tygodni formowania nas na tych, którzy mają zdobywać, a nie tylko konsumować, że nieważne osiągnięcie, ważna droga… brzmiało to jak propozycja diabła kusiciela. Blamaż. Nikt na to nie przystał.
Wszyscy wykańczaliśmy się w poczuciu wielkiego spełnienia, karnie wkładaliśmy trampki na poranną gimnastykę, a podczas ulewy wszyscy grzecznie, równo i czysto śpiewaliśmy piosenki. Słowa pisała p. Ula na tablicy pięknym, szkolnym pismem.
Wyjście do miasta? Półgodzinne i zwarte. "Ile wydałaś? Nie za dużo?", "NIE!". "Kupiłam tylko to i to i tamto i jeszcze TO, o!".

Ale pewnego wieczoru, dzień przed ogniskiem zapukałam do pokoju tzw. kadry. Kadrowa Ula otworzyła drzwi i próbowała tak wyjść, żebym niczego nie widziała. Ale, naiwna, nie wiedziała, że jestem najmłodsza w rodzinie i ja po prostu wszystko widzę i wszystko słyszę. Daniela, Ula i Romek (jeden z tych wychowawców, co smalił cholewki do Pierwszej Kadrowej) siedzieli przy stole i urabiali jakieś kolorowe kulki. Wokół było mnóstwo książek otwartych na pierwszej stronie. Nie wiedziałam po co to. Pogadałam z p. Ulą i poszłam spać.
Następnego dnia wszystko się wyjaśniło. Każdy z nas dostał ręcznie robioną branzoletkę - wakacyjną pamiątkę i książkę z pięknie wypisaną dedykacją.

Po raz pierwszy ktoś napisał, że świetnie sprzątam!
Im naprawdę zależało.






piątek, 8 sierpnia 2014

Janda i Powstanie

Bardzo, bardzo cienka granica
czyli o sztuce

Powstanie. Powstanie. Powstanie. 
Tymi słowy otworzyła się księga świętych wspomnień Powstańca i wybrzmiało oratorium, rozpoczął się spektakl: „Pamiętnik powstania warszawskiego”.
Mroczna sceneria Muzeum, wszechobecna czerń i wreszcie to, o czym w ogóle trudno pomyśleć. Lęk, bohaterstwo, szaleństwo, tragedia i „Jezus Maria” matki, żony, dziewczyny, Powstańca, tzw. „zwykłego cywila”.

Pamiętnik nazwano spektaklem-oratorium. Jasne głosy wokalistów, jakby nucąc na wzór romantycznej opowieści piosenkę - opowiadały, przywoływały, uczestniczyły w powstaniu, modliły się. Kompozytor (Jerzy Satanowski) wplótł muzyczne cytaty modlitw, kontrastował dramat tekstu
z dyskretną, delikatną partią muzyczną. Artystycznie wszystko dokładnie, mistrzowsko przemyślane. Bombardowanie, grzebanie, kopanie - zagrane, wyśpiewane, światłami „wybłyskane”, czasem wykrzyczane, czasem wyszeptane. 
Janda czytająca jak mistrzyni wpycha w fotel.

Aż się boję napisać, że ja tego nie wytrzymuję i mnie w fotel nie wpycha. Nie z przekory, nie z zazdrości. Odnoszę wrażenie, że uczestniczę w jakiejś imitacji, że mam dotykać tego wydarzenia artystycznie, a nie chcę. Czyżbyśmy, słuchacze-widzowie, tego naprawdę potrzebowali? Takiego bombardowania z każdej strony, wykrzyczenia... artystycznego? 

Zastanawiałam się dlaczego nie zrobiło to na mnie ogromnego wrażenia. Dlaczego film Jana Komasy dotknął mnie do szpiku i po jego obejrzeniu delikatniej, uważniej chodziłam po Chmielnej i Nowym Świecie, Alejach, aż do domu. Dlaczego wystawa zdjęć żyjących jeszcze Warszawiaków-Powstańców ciągnąca się wzdłuż Parku Ujazdowskiego
i króciuteńkie, jednozdaniowe wspomnienia nie pozwalają iść dalej bez zastanowienia, wciskają w ziemię?

Nie, nie dlatego, że jestem ofiarą kultury obrazkowej. Po prostu za dużo. 
W sztuce ma być albo wprost i bez dodatków, albo przez wyjątkowość formy do sedna.

Przed twórcami spektaklu-oratorium stanęło bardzo trudne zadanie. Bo czy robić sztukę
z tragedii? Czy w ogóle trzeba? Czy wolno?
Janda wybrała czytanie zobrazowane, powiedziała wszystko. Nie zasłoniła się niczym,
co obroniłoby formę, sztukę. A widz uczestniczył w imitacji bombardowania, grzebania, ucieczki. Po co? Dla mnie brak w tym pokory. 
Nie czuję się Powstańcem i nie chcę udawać, że coś przeżyłam. To nie jest katharsis. Ciągle zadaję sobie pytanie, czy przypadkiem nie jesteśmy bandą rozkrzyczanych tchórzy, którzy tylko krzyczą i trzęsą grzywkami, a pierwsi pakowaliby plecak, żeby wiać, gdzie pieprz rośnie.

Może pozwólmy po prostu mówić Powstańcom, skoro jeszcze są wśród nas?
Może następnym razem, za rok, lub pięć, jakiś Piękny Głos usiądzie i po prostu przeczyta Pamiętnik Białoszewskiego, a może swój... 

I niech wtedy „Jezus Maria” wybrzmi w sercu tych, którzy nie rozumieją, którzy przyszli
się wsłuchać.

środa, 30 lipca 2014

Precz Panno, precz.


Kiedy piszę ten felieton, jest 30 lipca. Gorąco. W życiu większości młodziaków we w miarę modnych ciuchach - niepewność. Może niekoniecznie wielki strach. Niepewność. Niepokój o pracę, przyszłość, bezpieczeństwo. Nikt nikomu nic nie każe oprócz tego, by wiedział, czego chce. Na tym gruncie, niczym z fantastycznych opowieści, rodzi się łakoma Panna Konsumpcja. To ona bierze los w swoje ręce i bawi się słabeuszami z nadętymi brzuchami. Śmieje się i śmieje, podstępnie i zgrabnie wtrącając im do głów własne zasady. Nie widzą tego młodziaki, oni tylko chcą, chcą, chcą...

Myśl urodzona 70 lat temu nie ma dziś wielkiego brzucha, ani młodej broni, nawet tej prowizorycznej, ulepionej. Nie jest też rozumiana - nie pasuje, nie klei się do zuchwałej Panny, nie chce niczego oprócz szacunku. Wyśmiewana, bo nie racjonalna. Głupia, bo nieostrożna. Wreszcie niepotrzebna nikomu. 

Czyżby?

Było tak samo gorąco. Może nawet duszno? Ale inaczej duszno jak dziś. Tamto powietrze wydaje się klarowne, choć bojaźliwe. Odważne i szalone. Duch wiedział czego chce. Chciał wreszcie wolności. Nie wiadomo, czy wiedzieli jakiej. Trudno poznać ich myśl prawdziwie.
Naiwnie?
Komu wolno tak powiedzieć? Młodziakowi zza komputera, myślicielowi zza dębowego biurka, ważniakowi hen, hen wysoko?
Panna zbiera plon. Kradnie każdą cenną myśl, ale żadnej nie ubogaca, nic nie wnosi.

Po chwili oprzytomnienia, bez kadzideł i hymnów już słychać. Słyszę. Ten straszny krzyk. Wołanie o godność, prawdę, życie i śmierć w ramionach ukochanej za sto szczęśliwych lat. Ten krzyk da się słyszeć na ulicy: przy barze, w kościele, na przystanku. Wszędzie tablica z nazwiskami, czasem nie widać liter. Myśl nie jest wcale jasna, trudno ją zrozumieć.

Precz Panno, precz.


piątek, 27 czerwca 2014

koniec

Noce krótkie, dni dłużą się całkiem przyjemnie. Jest (prawie) ciepło, dziennik wypełniony wszystkimi tematami, zagadnieniami, obecnościami i uwagami. Wigilia zakończenia roku to jedyna noc, kiedy wschód słońca mnie niepokoi - zwykle o 3 nad ranem jestem dopiero na kwietniu…
Jedziemy. Arek, Marek i ja. Radio wydziera się z kiepskich głośników stałym repertuarem amerykańskim, a my, popijając kawę z tektury jedziemy niemniej szczęśliwi niż nasi uczniowie, że ten rok dobiegł końca. Kolejny rok.
Marek snuje plany na przyszłość. Co roku zresztą opowiadamy o tym, jakie wspaniałe zorganizujemy  koncerty, konkursy, warsztaty. Realizujemy skromną część, ale staramy się. Dalej Marek opowiada o tym, jak zamierza ćwiczyć na swoim instrumencie - to jest dopiero fantastyka.
"Osiem godzin dziennie, słuchajcie, osiem godzin! Jak w liceum normalnie!" I ten błysk w oku. Nikt nie ośmieli się powiedzieć, że to chyba się niezbyt uda i, że dwie dziennie wystarczą. Ale nawet Arek zaciska kciuki i jak zwykle nic nie mówi. Ja też mogłabym zająć się pisaniem powieści fantasy, bo zwierzam się z własnych wizji. Marzę o spełnieniu siebie w roli odmieniacza losu ucznia. Wszystkich uczniów w całej Polsce - szerokiej i wielkiej Polsce. Zwykle właśnie w samochodzie, w towarzystwie Marka i Arka nachodzą mnie myśli rozwiązujące palące kwestie polskiej edukacji i pod koniec drogi widzę siebie już z teką ministra. W drodze powrotnej zamierzam być też terapeutą, a przynajmniej wychowawcą.
Arek milczy. On pewnie najchętniej włączyłby film i zjadł pyszne słodkości od 3c. Trzecia ce ma w klasie tatę cukiernika i on wie co i z czym się łączy. Oj, wie...
Kawa smakuje pysznie, ale jakoś smutnawo. Za chwilę rozstanę się z tą szkołą. Już nie będę uczyć adeptów polskiej sztuki muzycznej, nie zorganizuję koncertu i nikt nie będzie krzyczał "PANI IDZIE!", kiedy zobaczy mnie na końcu korytarza. Takiego Wąsa pewnie też nigdzie nie znajdę, ani Lucy. I naprawdę nie wiem czy ktokolwiek kiedykolwiek będzie tak sumiennie stał na straży dziennikarskiego porządku jak nasza Dziennikarka... 
Rozstania są trudne, choć być może konieczne, by zrobić coś "jeszcze więcej". Nie wiem. Dziś tego jeszcze nie wiem.



środa, 25 czerwca 2014

Ruda Anka i dyktando

Zastanawiałam się ostatnio (jak  zwykle zresztą) o co tak naprawdę chodzi w zawodzie nauczyciela. 
O to, żeby nauczyć?, żeby być dobrą ciocią?, a może wszystko na raz? - wychowanie, nauczanie i do życia przygotowanie… Koncepcja rysuje mi się w głowie i gdzieś intuicyjnie wszystko wydaje się oczywiste. Najlepiej, zostać nauczycielem bez skazy - być wymagającym, ale sprawiedliwym 
i dobrym, dawać wolność kierując nią umiejętnie… Czasem wydaje mi się, że to jest po prostu niemożliwe, a każda sytuacja kryzysowa to poważny i niełatwy egzamin z życia.
Minęły już (mam nadzieję, że bezpowrotnie) czasy, kiedy nauczyciel dyscyplinował linijką i nie oglądał się na żadne dysfunkcje, choroby i niedyspozycje. Jednak ja stykam się z takimi problemami coraz częściej.
Anka, lat 10.
Ruda, zielone oczy, piegi, loki - jak z obrazka. Nikt nie chce z nią gadać, nikt nie chce jej cukierków, kiedy ma urodziny. Uznana za dziwaczkę, zepchnięta na klasowy margines. Nikomu do szczęścia niepotrzebny jej pomysł na zabawę. Siedzi sobie i chce się bawić. Kręci się, drapie, wykrzykuje coś od czasu do czasu, ale to pogrąża jej sytuację, wywołuje tylko śmiech u swoich extra koleżanek.
Wiem, że przewyższa je dziesięciokrotnie swoim potencjałem, chłonnością wiedzy, szybkością myślenia. W sumie jest chyba… genialna. Dlaczego więc siedzi sama? Dlaczego nikt nie pyta jej jak zrobić to "dodatkowe" z matmy?
Przyzwyczaiłam się już do ławkowej Piosenkarki, do Maksia lubię-gdy-się-wkurzasz. Ale Anka jest za każdym razem inna. Nie wiem czego się spodziewać. Wygląda to mniej więcej tak:
"O! Anka na parapecie!", "Aniu, nie rób fikołków na tej brudnej podłodze", "ANKA! Nie pluj na Tomka!", "Nie bij Zosi!", "Proszę Cię, Dziecko, odezwij się…". To tak z grubsza.
Do tej pory znałam ją tylko z sytuacji przerwowych i opowieści p. Bożeny - koleżanki 
z nauczycielskiego. Bożenka lubi mój kubek, ale nie chce wypić ze mną kawy. Ma swoją i, jak większość, "nie chce robić problemu". Trudno więc czegoś więcej dowiedzieć się o Ance.
P. Bożena zaniemogła, a Dziennikarka zapytała, czy "nie chciałabym zastąpić Bożenki". Oczywiście wie, że ma mnie w szachu (jeszcze jeden brak tematu w e-dzienniku i MAT po pensji!). "Oczywiście, Pani Dyrektor. Oczywiście, że tak!".
Dzwonek, zaczynamy.
Pierwsze powitanie: "dzień dobry Dzieci, dzień dobry Pani" zamiast "dzeeeeń-dooooo-bryyyy?". 
I zaczynam.
- Dzisiaj zastępuję Panią Bożenkę, będziemy powtarzać to, czego do tej pory się nauczyliście. Wstajemy!
I w tym momencie zdarzyło się coś nieoczekiwanego. Anka podchodzi do mnie.
- A mogę panią przytulić?
Zdębiałam. Podeszła, objęła z całych swoich sił i poszła się bawić.
- Bo ja taka jestem. PRZYTULAŚNA. Ja jestem CHORA proszę Pani. - Ona ma 10 lat!!! "Bo ja jestem chora???", myślę sobie. Kto tu jest chory?
- Chciałam Pani powiedzieć, że już panią lubię. Ładnie pani śpiewa i w ogóle lubię tutaj przychodzić bo jest… fajnie.
- Eeeee ona tak zawsze - odzywa się mała Żmijka w drogich okularach
- To dobrze - odpowiadam. Nastała cisza, której nie wytrzymał Maciek-uczę-się-bez-przerw.
"Dobra. To pracujemy czy nie???". I koniec babskich wynurzeń. Dyktando.

środa, 18 czerwca 2014

Trampki i majonezy i inne plastiki

Mam wolne. Duże miasto aż prosi się o uwagę, zainteresowanie, przejście główną ulicą w świecących nowością butach. Już wszystko jest na miejscu: są okulary, jest puder i róż, gazeta w torebce i pstro w głowie. Idę więc i zatrzymuje mnie pierwsza lepsza knajpa z pełnowartościowym, odtłuszczonym jedzeniem, oczywiście bez glutenowej skazy na sumieniu.
Wszyscy, którzy tu przychodzą wyglądają tak samo: kolczyk tu i tam, zdychający, wczorajszy dziewczęcy kok, pozytywna ironia na ustach i kolorowe rajstopy. Koniecznie trampki lub inne plastiki. Moje nowe skórzane podwijam pod siedzisko, żeby nie paść ofiarą tych, co nikogo i nigdy nie oceniają. Najważniejsze to luz, więc… luz.
Jem nowoczesną kanapkę z bezmięsnym kotletem, bezjajecznym majonezem i odtłuszczonym kawałkiem sera. "Mniam" myślę sobie, bo tu nie chodzi o smak. Tu rozchodzi się o poważną inwestycję - we własne życie, w zdrowie. To dopiero nasza cywilizacja je odkryła. Może dlatego jesteśmy mózgami uniwersalnymi i ponadczasowymi?
Przeglądam zakazaną gazetę, nie wiem jak rozpocząć konsumpcję. Podchodzi więc do mnie Niepozorna. Jest w szarej kurtce, ma szare włosy , okulary, lat około 50 oraz plastikowe buty. Swoją drogą zastanawia mnie fenomen plastikowego obuwia, które kosztuje trzy cyfry. Kiedyś mama szalała, żeby kupić skórzane, dziś gumy w rozmiarze 38 są niedostępne, bo wszyscy chcą je mieć. Myślę sobie, że czuć gumę pod stopami, to jakby fundować sobie chodzenie po fałszywie miękkim betonie, jakby zacierać obraz rzeczywistości… z kokardką i błyskotką oczywiście. Niby ładne, ale...
Wracając do Niepozornej…
Krótka zaczepka z długopisem i podpisem. Mam naturalnie natychmiast złożyć deklarację ze wszelkimi możliwymi numerami mnie identyfikującymi, ale, jak ujęła to w słowach Niepozorna "wszystko bez konsekwencji". Zadziwiające, że można się podpisać "bez konsekwencji" podając wszystkie swoje dane. Odmawiam, bo wydaje się, że jeszcze myślę, ale to nic pewnego…
"I nie obchodzi Pani, że wszyscy zginiemy?!" - czoło Niepozornej marszczy się groźnie. "Naprawdę nie wesprze Pani naszego pooozytywnego ruchu?!" - ale o co tak naprawdę chodzi, nie wiem. Wiem tylko, że mam podpisać. No to nie podpisuję. "To niech SOBIE Pani poczyta w internecie, a nie czyta tę swoją gazetę!" - słyszę słowa z wyrzutem. Mój odtłuszczeniec stygnie. Biorę go więc do ust, ale bezjajeczny majonez spływa po brodzie prosto na modne spodnie. Po prostu świetnie. Niepozorna zyskała bezsłowne i tak samo jak majonez - bezjajeczne - poparcie tłumu, ale ostatecznie sobie poszła, biadoląc. "Kto tu jest intruzem" myślę sobie rozglądając się wokół.
Moja kanapka się rozpadła, każda jej ekoczęść wołała o spojenie w całość. Osobno smakowały jałowo, brakowało istoty i sensu. W określonej formie każdy ze składników jakoś pasuje, ale solo raczej nieciekawie. Składnik solo musi być nadzwyczaj szlachetny.
Wzrok współbiesiadników typu "heloł??? jesteś uświniona i na dodatek nie chcesz nic pozytywnego podpisać, ale cię nie oceniam" trochę mnie zmroził. 
Ale w rogu tej bezjajecznej jadłodajni spotkałam się z kimś, kto... nie miał trampek.



wtorek, 10 czerwca 2014

Jeszcze jedno ogłoszenie

W piątek 13-go po godzinie 14.10 na antenie RADIA EMAUS zapraszam do wysłuchania rozmowy Marii Łączkowskiej... ze mną. Rzecz o książce - rzecz jasna :)
Dla tych z Zachodu i Wschodu, Południa i Północy - audycji radiowych Radia EMAUS można słuchać też internetowo (www.radioemaus.pl). 
Zachęcam bardzo serdecznie, choć nie ukrywam, że drżę (dr dr).

PS. To właśnie w tym Radiu pisałam swoje pierwsze bajki dla dzieci. Może jeszcze kiedyś ujrzą światło dzienne?

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Z A P R O S Z E N I E - P o Z n a Ń 13-go PIĄTEK

To nie jest kolejny felieton. Za to pierwsze zaproszenie :) 

Zachęcam wszystkich moich czytelników do wzięcia udziału w spotkaniu z autorką książki dla dzieci pt. "O Onku, Once i dwóch balonikach" (czyli, prościej - to będzie spotkanie ze mną). 
Zaczynamy w piątek 13-go czerwca o g. 18.00 w kawiarence ŚWIETLICA CAFE w Poznaniu (adres: ul. Krakowska 9a). Będzie trochę czytania, trochę rozmawiania i będą też autografy :)

Bardzo bardzo serdecznie wszystkich Was zapraszam!!!

Grażyna

piątek, 6 czerwca 2014

Błogie '90-te, banany i inne medale

Nie cierpiałam bananów, które moja mama z pewnością skrzętnie wybierała na rynku "żeby tylko były świeże, proszę Pani, to dla córki". Wówczas obok zielono-żółtych bananów, na niektórych straganach stały w jednym rzędzie, ułożone jedno obok drugiego- wieeeelkie, odblaskowo-zielone jabłka. Mimo, że były kwaśne, że bolał po nich brzuch i zęby, prawie każdy je kupował. Wiadomo było, że przed jedzeniem trzeba będzie odkleić naklejkę ze skórki, dokładnie umyć. Jabłko z naklejką prezentowało się jakoś tak… kompetentnie. Wyparło "te nasze maludy". A "te nasze" pachniały, były rzeczywiście mniejsze, a każde wyglądało niepowtarzalnie. Jedyną ich wadą było to, że… były nasze. Zwarte szeregi "zielonych" zmiażdżyły więc gromadę indywidualistów, na szczęście nie na zawsze.
Ale dość o wyższości jabłek nad bananami. 
Za nami już podróż "autokarem" turk turk turk, zbliża się noc. Jako siedmiolatka nie do końca wiedziałam o co chodzi w tym, że jakaś pani zza lady rozdaje ludziom klucze. Trudno mi było ocenić do czego one miały posłużyć. Ale znowu ktoś powiedział, że idziemy spać i, że "się rozchodzimy". Kontekst tego wydarzenia jest taki, że w domu nikt się nie rozchodził, wszyscy raczej na siebie wpadaliśmy niż zamykaliśmy i wynikały z tego niezłe wymiany uprzejmości. O rozchodzeniu nie było nawet mowy. Trudno mi było więc sobie wyobrazić na czym polega to "całe rozejście".
Jakaś pani powiedziała, że mnie zaprowadzi do mojego pokoju i, że od środka mam się zamknąć na klucz. I wtedy zrozumiałam, że to jest niezapomniana chwila. Do tej pory nigdy nie miałam swojego pokoju.
Mój pokój hotelowy był jakąś... komnatą. Miałam spać na wielkim łóżku, w odległości 3 metrów nie było moich sióstr, za ścianą cisza. W oknach zielone ciężkie zasłony wyglądały jak teatralne kulisy. Szafa była taka stara, że bałam się ją otworzyć będąc świeżo po lekturze "Opowieści z Narni", które mi kupiła kulturalna siostra (przeczytała mi na głos i stwierdziła, że "fajne" i oznajmiła, że "bierze").
Trudno było śnić w takiej ciszy, ale podjęłam wyzwanie… Nie mogę powiedzieć, że się wyspałam. 
Rano autokar jechał dalej z całą gromadą osób rządnych przygód, kolorowych gadżetów z plecakami pełnymi bananów i kanapek. Sok sokopodobny smakował równie egzotycznie jak dnia poprzedniego. Pani w autobusie postanowiła, że "nie mogę tak wyglądać" i postanowiła zrobić mi fryzurę jaką powinna mieć dziewczynka. Czesała mnie wieczność szponami koloru czerwonego wybierając pojedyncze kosmyki moich lichych włosów. Nie wiem, czy jest na tym świecie siedmiolatka, która lubi być czesana. Ja tego serdecznie nie znosiłam. Ale przynajmniej moja głowa po tych torturach prezentowała się nienagannie.
I wtedy autokar się zatrzymał. Drzwi otworzyły się na świat. Byłam pewna, że dotarliśmy do RAJU. 
Tak go sobie wyobrażałam. Mnóstwo kolorowych wielkich postaci - chodzących i zbudowanych z klocków, wszędzie strumyczki, wata cukrowa, lody, mili ludzie…
I nagle... poczułam co to znaczy chodzić w tłumie. Okropne i budzące lęk. Myślałam, że skoro wszyscy "dokądś idą", a idą w tym samym kierunku to ja też powinnam iść w tę stronę. Ale okazało się, że oni szli do nowszej wersji latryny, która wcale nie była mi w głowie po wyjściu z autokaru. Chciałam rzucić się w ten wir kolorów, tak bardzo brakowało ich w mojej szkole, na ulicach wokół domu.
Tam było tak wielu ludzi! Ilość Legolandowców przekraczała moje możliwości policzenia. Umiałam tylko to stu. Z racji wzrostu skupiłam się więc na butach i szybko zrozumiałam, że w Legolandzie mają "super buty" - były małe, duże, nowe, stare, kolorowe, sportowe, szpilki (!), trampki, WSZYSTKO BYŁO! Moje różowe sandałki wcale nie wyglądały źle w ich towarzystwie, ale tak jak te banany, były moje, więc do kitu.  
Chodziłam tak sobie od stoiska do stoiska i do dzisiaj zastanawiam się jak to się stało, że rozumiałam to, co do mnie mówiono (przynajmniej z grubsza). Oczywiście - gubiłam się, to znów odnajdywałam, bałam się, ale szłam dalej. Ostatecznie wydałam mnóstwo pieniędzy na watę cukrową. Byłam zachwycona tym, że wata potrafi być różowa (na festynie parafialnym sprzedawali tylko białą). W ogóle tam wszystko było wspaniałe…
Doświadczenie kolejki do "nie-wiadomo-czego", czyli do nowoczesnej latryny, nauczyło mnie tego, żeby nie stać już nigdy w żadnej kolejce w ciemno, żeby nie wierzyć "na wygląd" ("bo wyższy"), że inni wiedzą lepiej. Szłam sobie dalej i dotarłam do stoiska, gdzie się wydobywało złoto i robi medale. Zrobiłam więc sobie medal i… wycieczka się skończyła.
Znów autokar. Tym razem nie pozwoliłam się uczesać. Wracałam z Legolandu w sandałkach w kolorze cukrowej waty, z medalem i, jak się okazało z wieloma refleksjami na przyszłe, dorosłe życie. Przed oczami miałam idylliczny obraz barwnej rzeczywistości, na bardzo, bardzo bardzo długie lata.

Dojechaliśmy niespodziewanie prędko. Nikt nie spodziewał się, że będziemy o 5tej rano na miejscu. Moich rodziców nie powiadomiono, ale czekałam wytrwale. W końcu ktoś spakował mnie do auta i zawiózł do domu. Wszyscy jeszcze spali, kiedy uparcie dzwoniłam do drzwi.
Otworzyła mi mama z rozwianym włosem i zdębiała.
- Wróciłam!
- Matko Bosssska… JUŻ??? Sama? - Nie wierzyła własnym oczom - Dziecko!!! - przerażony wzrok jeszcze nic nie wiedział o roztopionym lodzie, o kolejce, medalu, o fryzurze ani o zawartości mojego plecaka…
Dopiero po kilku godzinach dobiegł mnie głos - coś pomiędzy krzykiem ze zdumienia, obrzydzeniem a załamaniem "co to jest?!" - oczywiście moja mama…
Nasz wzrok padł na brązowe post-bananowe coś. Mama już nie chciała słuchać "jak było", tata chętnie "chciałby wiedzieć".
Od tej postanowiłam otwarcie mówić, że nie lubię bananów.